Spokój pod cedrami

Spokój pod cedrami

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy Liban zdoła odzyskać rangę centrum ekonomicznego Bliskiego Wschodu?
Libańczycy wierzą, że ich państwo ponownie stanie się najważniejszym ośrodkiem finansowym, odzyskując miano Szwajcarii Bliskiego Wschodu. Wygląda na to, że reputacja kraju, nadszarpnięta 17 latami krwawej wojny domowej, poprawi się szybciej, niż myślano.


Rozmowa z NABIHEM BERRIM, przewodniczącym parlamentu libańskiego
Henryk Suchar: - Co musiałoby się zdarzyć, by bliskowschodni proces pokojowy przestał być pojęciem niemal abstrakcyjnym?

Nabih Berri: - Myśleliśmy, że przełomem będzie dojście do władzy w Izraelu Ehuda Baraka. Nasze nadzieje spełzły na niczym. Negocjacje nie ruszyły do przodu.
- Zawiódł pana nowy szef rządu izraelskiego?
- Powiem tylko, że gdy został premierem, wielu Arabów składało mu gratulacje. Zdawało się, że porozumienie jest w zasięgu ręki. Było to złudne wrażenie, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń na południu Libanu. Samoloty izraelskie dokonują częstych nalotów, niszcząc nasz kraj.
- Dlaczego Tel Awiw nie skłania się do ugody? Może Izraelczyków zbytnio pochłania rozwiązywanie problemu palestyńskiego?
- Izrael popełniłby błąd, usiłując prowadzić separatystyczne rokowania z Libanem i Syrią, tak jak wcześniej to zrobił z Palestyńczykami. Pokój musi mieć charakter kompleksowy i powinien tworzyć korzystny klimat w regionie. Izraelczycy muszą się porozumieć ze wszystkimi stronami. Z konfliktem jest bowiem jak z epidemią - jej ogniska należy wszędzie zlikwidować. Ponad dwadzieścia lat temu państwo żydowskie podpisało układ pokojowy z Egiptem, najsilniejszym krajem w świecie arabskim. Tymczasem wcale nie wyczuwa się z tego powodu odprężenia. Otoczenie arabskie nie zaakceptowało tego, co zdarzyło się w stosunkach między Tel Awiwem a Kairem.
- Czy nie ostygł również zapał Syrii podejmującej wysiłki na rzecz porozumienia bliskowschodniego?
- Jestem przekonany, że Syria dąży do pokoju. Domaga się kontynuacji rokowań, realizacji ustaleń konferencji madryckiej w 1996 r. Izraelczycy chcą jednak zaczynać wszystko od zera. Czy to ma sens? Rządy mogą się zmieniać, ale muszą przestrzegać zobowiązań.
- Jak pańscy rodacy odnoszą się do Syryjczyków?
- Tylko oni nam pomogli. Wojna domowa w moim kraju wybuchła w 1975 r., by skończyć się po siedemnastu latach. Gdyby coś takiego wydarzyło się za oceanem, Stany Zjednoczone pewnie by się rozpadły. Tymczasem nasi syryjscy sąsiedzi wysłali do nas 40 tys. żołnierzy. Nie chcieli za to ani grosza. - Czy nie można tego nazwać ingerencją w wasze wewnętrzne sprawy? - Skądże znowu! Damaszek udzielił nam politycznego i militarnego wsparcia, abyśmy mogli odbudować pokój. Dzięki pośrednictwu syryjskiemu doszło do ugody zwaśnionych Libańczyków w saudyjskim mieście Taif. W 1992 r. odbyły się wybory parlamentarne. Zajęliśmy się formowaniem armii libańskiej. Bez współpracy z Syrią byłoby to niemożliwe. - Czy nadszedł już czas na uchylenie sankcji wobec Iraku?
- Naród iracki cierpi. Dzieci umierają. Przewodzę partii, która przeciwna jest Saddamowi Husajnowi. Za to, co uczynił - napadając w 1990 r. na Kuwejt - dziś jest jednak karane społeczeństwo irackie, a nie on sam. Najlepszym rozstrzygnięciem dla Bagdadu jest przywrócenie demokracji. To jedyna droga, nie zaś embargo i izolacja. Embargo USA paradoksalnie umacnia pozycję Husajna.

O tym, że Liban ponownie staje się enklawą normalności, świadczy coraz większa liczba turystów. W 1999 r. pod libańskimi cedrami ma wypoczywać 750 tys. osób, o 100 tys. więcej niż w roku ubiegłym. Dzięki nim lokalny budżet zyska około miliarda dolarów. W czasach świetności, w najlepszym 1972 r., na plażach i w górach "perły" Bliskiego Wschodu relaksowało się jednak aż 1,5 mln przybyszów z zagranicy. Zdaniem ministra turystyki Arthura Nazariana, zainteresowanie jego krajem wzrośnie, gdy Liban i Syria podpiszą porozumienie pokojowe z Izraelem. Nazarian liczy nawet na 5 mln turystów rocznie. W to, że te przepowiednie się spełnią - między innymi za sprawą Polaków - nie wątpi Maguy Yolla Fayad, właścicielka agencji turystycznej Planet. Anwar Chalil, szef resortu informacji, zapewnia, że w Libanie jest spokojnie. Ulice Bejrutu są dziś tak bezpieczne jak aleje i zaułki Nowego Jorku. O bezpieczeństwo przechodniów dodatkowo dbają patrole wojskowe i policyjne. Ghassan Iskandar, dyrektor w Middle East Economic Consultants, potwierdza tę opinię. Obawia się jedynie zbyt gwałtownej emigracji rodaków. W kraju mieszka dziś zaledwie 3,5 mln Libańczyków. Tymczasem na świecie może ich być ok. 14 mln. - Kto zajmie miejsce emigrantów-dezerterów? - zastanawia się Iskandar. Jego polska żona, Maria, żartuje, że lukę wypełnią Polki. Pani Iskandar jest duszą libańskiej Polonii. To z jej inicjatywy rozpoczęto remont polskiego cmentarza w Bejrucie, na którym jeszcze niedawno spoczywały prochy Ordonki. Groby na polonijnej nekropolii otrzymają niedługo marmurowe tablice. Będzie to możliwe między innymi dzięki gestowi Alicji Grześkowiak. Marszałek Senatu przekazała bowiem na prace murarskie 2 tys. USD. Po II wojnie światowej na ziemi libańskiej osiadło niemal 750 uchodźców z Rzeczypospolitej. Bardzo łatwo się zasymilowali. Wielowyznaniowy Liban zawsze szczycił się tradycjami gościnności i tolerancji. Dziś Libańczycy są Polakom wdzięczni za udział w kontyngencie pokojowym ONZ. Lokalne media z sympatią mówią również o Grażynie Tohme. Polka zasłynęła z działalności charytatywnej. Finansuje naukę i opiekę nad dziewięciorgiem dzieci libańskich w ramach organizacji Dom Dziecka SOS. Jedna z wychowanek Tohme witała papieża, gdy odwiedził Bejrut. Podczas wizyty Ojca Świętego pielgrzymi przemieszczali się między innymi samochodami Daewoo Lublin.
Jan Paweł II jest "kultową" postacią w Libanie, w którym prawie połowę mieszkańców stanowią chrześcijanie - maronici. Według utrwalonego układu politycznego, prezydentem państwa musi być maronita. Funkcja premiera przypisana jest muzułmaninowi-sunnicie, zaś fotel przewodniczącego parlamentu (trzecia osoba w hierarchii państwowej) należy się muzułmaninowi-szyicie. Wyznawcy islamu coraz głośniej kwestionują ten pochodzący z 1943 r. system. Twierdzą, iż jest anachroniczny i niedemokratyczny, choćby dlatego, że zwolenników religii proroka Mahometa jest dziś w kraju najwięcej. Wszystkich Libańczyków jednoczy pragnienie lepszego jutra.
Mają nadzieję, że utrzymany zostanie rozwój gospodarczy, dzięki czemu możliwe będzie zatrudnienie kolejnych setek tysięcy pracowników. Na razie prawie jedna czwarta ludzi zdolnych do pracy nie ma stałego zajęcia. Zadłużenie państwa sięga 19 mld USD. Sukcesem zakończyła się walka z inflacją. W 1992 r., po ustaniu bratobójczego konfliktu, wyniosła ona 116 proc. W tym roku wartość narodowej waluty, funta, obniży się tylko o 2 proc. Boutros Antoine Labaki, wiceprezes Rady ds. Rozwoju i Rekonstrukcji, wskazuje na inne osiągnięcia ostatnich lat. Podkreśla, że w Libanie jest dziś pod dostatkiem prądu. Przed siedmiu laty był on dostarczany przez 4 h dziennie. Wtedy też funkcjonowało jedynie 250 tys. linii telefonicznych (teraz jest ich milion). Nie brakuje wody, choć w 1992 r. aż 80 proc. zasobów wodnych było skażonych. George Haddad, szef firmy 5Ms, przyszłość swej ojczyzny widzi w różowych barwach. Marzy mu się, by jak najszybciej metr kwadratowy na Hamrze - reprezentacyjnej arterii Bejrutu - znowu kosztował 20-25 tys. USD, jak przed wojną. Na razie kosztuje on 5 tys. USD.


Więcej możesz przeczytać w 45/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0