Koalicja antyglobalna

Koalicja antyglobalna

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Seattle spotkali się zwolennicy oraz przeciwnicy procesu globalizacji gospodarki
Dla administracji Billa Clintona, głoszącej hasła wolnego rynku, globalizacji i swobodnej międzynarodowej wymiany handlowej, III ministerialna konferencja Światowej Organizacji Handlu (World Trade Organization) stała się powodem poważnego zażenowania i międzynarodowej kompromitacji. Zamiast otworzyć rynki dla produktów amerykańskiego przemysłu i rolnictwa, spotkanie w Seattle przyczyniło się do stworzenia nowej globalnej koalicji, którą łączy strach przed procesami wychwalanymi przez prezydenta Clintona.
Biały Dom celowo wybrał na miejsce konferencji Seattle, na początku XX w. senne miasteczko żyjące z rybołówstwa i z okolicznych tartaków, by pokazać światu obraz amerykańskiej przyszłości. To właśnie tam znajduje się siedziba największego producenta samolotów na świecie - Boening Corporation (największy pracodawca w regionie), w pobliskim Redmond ma kwaterę główną największy producent oprogramowania komputerowego - Microsoft.
Seattle odegrało także istotną rolę w kształtowaniu amerykańskiej obyczajowości. W barach tego miasta narodził się styl rocka grunge, utoż- samiany z zespołem Nirvana. To w Seattle, na przełomie wieków zamieszkiwanym głównie przez ludność pochodzenia skandynawskiego, powstała sieć kafejek Starbucks, która wprowadziła do Ameryki espresso, cappuccino i mokkę. W Seattle mieszka najwięcej młodych ludzi z wyższym wykształceniem. W ciągu zaledwie sześciu lat przeciętny dochód rodziny w tym mieście wzrósł z 48 tys. USD do 62 tys. USD rocznie. Co trzecie miejsce pracy w tzw. szmaragdowej metropolii (od koloru Oceanu Spokojnego) uzależnione jest od zagranicznych rynków zbytu. Takie miasto, które dzięki rozwojowi Internetu i wymianie międzynarodowej zapomniało już o kryzysie lat 70., władze Seattle chciały pokazać delegatom z 135 państw członkowskich (kolejnych 31 krajów zabiega o przyjęcie) Światowej Organizacji Handlu. Burmistrz Paul Schell zbagatelizował jednak fakt, że do miasta zjechali także z całego świata przedstawiciele 700 grup, z różnych powodów sprzeciwiających się działalności WTO.
Wśród demonstrujących byli przedstawiciele amerykańskiej centrali związkowej AFL/CIO, obrońcy praw konsumenta z waszyngtońskiej Public Citizen, członkowie organizacji ekologicznych (Greenpeace, Sierra Club, Friends of the Earth, National Wild- life Federation, World Wildlife Fund), obrońcy praw człowieka i praw zwierząt, farmerzy i działacze na rzecz niepodległości Tybetu, izolacjoniści i anarchiści, zwolennicy Armii Wyzwolenia im. Zapaty z meksykańskiej prowincji Chiapas i fundamentaliści religijni. Ludzi tych łączy obawa o przyszłość i pragnienie zachowania wszystkiego po staremu. Krytycy uważają, że WTO promuje interesy wielkiego międzynarodowego biznesu kosztem ochrony środowiska, praw człowieka i pracowników.
Pod okiem oddziałów prewencyjnych policji ulicami Seattle przeszła demonstracja prowadzona przez członków organizacji ekologicznej Sierra Club i ponaddwudziestotysięczna manifestacja zorganizowana przez największą amerykańską centralę związkową AFL/CIO. Członkowie organizacji ekologicznej The Rainforest Action Network (Grupy Działania na rzecz Ochrony Lasów Tropikalnych) zostali aresztowani podczas próby umieszczenia transparentu na gigantycznym dźwigu w śródmieściu Seattle. Przedstawiciele innych radykalnych grup skuli się łańcuchami, udaremniając w ten sposób przybycie na salę obrad Kofiego Annana, sekretarza generalnego ONZ, i Madeleine Albright, amerykańskiej sekretarz stanu.
Protestujący zdemolowali kafejki Starbucks, sklepy firmowe Nike i jadłodajnie McDonald?sa - symbole międzynarodowego kapitału. Straty oceniane są na ponad 2 mln USD. Hotel, w którym zatrzymał się prezydent Clinton, był zabarykadowany ponad godzinę.
Najbardziej oburzeni demonstracjami i zachowaniem protestujących byli przedstawiciele państw najbiedniejszych, dla których - wydawałoby się - otwarcie rynków zbytu za granicą jest wielką szansą rozwoju i poprawy jakości życia mieszkańców. Powiązanie negocjacji w sprawie liberalizacji światowego handlu z ochroną podstawowych praw robotników i wprowadzeniem minimum socjalnego większość przedstawicieli biednych państw odbierała jako próbę ochrony miejsc pracy w Ameryce i Europie Zachodniej. Ich zdaniem, była to także próba obrony przed zalewem tanich towarów i ucieczką kapitału do krajów, w których siła robocza jest wprawdzie mało efektywna i słabo zaawansowana technologicznie, ale zdecydowanie tańsza niż w USA i w Europie. - Ci ludzie na zewnątrz nie wypowiadają się w imieniu państw rozwijających się. Jak mogą postulować wprowadzenie płacy minimalnej w wysokości 4 USD za godzinę w Bangladeszu, kiedy tam ludzie nie zarabiają nawet 20 centów? - powiedział Munir Ahmad, delegat z Pakistanu, patrząc na protestujących zielonych i związkowców.
Z tych samych powodów państwa rozwijające się domagają się oddzielenia zagadnień handlowych od problematyki ekologicznej i rezygnacji z wprowadzenia standardów ekologicznych i ochrony zdrowia zatrudnionych. Nic dziwnego, że kiedy prezydent Clinton w wywiadzie dla "The Seattle Post Intelligencer" opowiedział się za ukaraniem sankcjami krajów łamiących podstawowe prawa pracownicze (w tym prawo do zrzeszania się w związkach zawodowych), jego doradcy pospieszyli z wyjaśnieniami, ze wypowiedź należy traktować raczej jako postulat niż stanowisko administracji.
Nie znaczy to, że spory przebiegały tylko na linii bogata północ - biedne południe. Konferencja w "szmaragdowym mieście" po raz kolejny uwidoczniła różnice pomiędzy państwami eksportującymi żywność - jak Kanada, USA, Australia i Brazylia - a państwami Unii Europejskiej i Japonią, które subwencjonują, głównie z powodów nacisków politycznych, produkcję rolną i pod różnymi pretekstami (ostatnio takim pretekstem jest stosowania przez farmerów amerykańskich modyfikacji genetycznych w hodowli i w uprawach) blokują import żywności z obu Ameryk. Na poziomie sloganów sprowadza się to do stwierdzenia, że Europejczycy nie chcą zmodyfikowanej genetycznie amerykańskiej wołowiny, a Ameryka (przynajmniej amerykańscy farmerzy) - europejskiego sera subwencjonowanego przez UE. Podobnie nie są rozwiązane spory dotyczące stosowania dumpingu przez wiele biednych państw. W tej dziedzinie różnice pomiędzy państwami europejskimi, Japonią a Stanami Zjednoczonymi są spore.
Zdaniem ambasador Charlene Barshefsky, przedstawiciela handlowego Stanów Zjednoczonych, podczas prowadzonych za zamkniętymi drzwiami negocjacji w czterech grupach plenarnych największego postępu dokonano w sprawie zniesienia barier w światowej wymianie szeroko pojętych usług (bankowość, ubezpieczenia, telekomunikacja i turystyka). Porozumienia w tych dziedzinach od dawna domagały się Stany Zjednoczone. "Uważam, że w tej kwestii osiągnęliśmy znaczący postęp" - stwierdziła z urzędowym optymizmem ambasador Barshefsky. Konferencja w Seattle, z czego zdają sobie sprawę zarówno protestujący, jak i negocjujący, wykazała, że w dobie Internetu nikt nie jest w stanie powstrzymać globalizacji gospodarki. Dlatego za dalszą liberalizacją handlu opowiadają się wszyscy poważni politycy i większość Amerykanów.
Jak wykazały wyniki najnowszych sondaży przeprowadzonych przez dziennik "The Wall Street Journal" wspólnie z siecią telewizyjną NBC, większość Amerykanów uważa, że wolny handel pomógł Stanom Zjednoczonym (35 proc. respondentów) bądź nie miał zbytniego wpływu na stan gospodarki (24 proc.). Tylko co trzeci ankietowany uznał, że wolny handel ma negatywne konsekwencje dla amerykańskiej gospodarki. Przeciwników wolnego handlu jest więcej wśród ludzi mających niższe dochody i słabiej wykształconych. Aż 54 proc. badanych z dochodami poniżej 20 tys. USD rocznie miało negatywny stosunek do zniesienia protekcjonistycznych barier, podczas gdy 41 proc. ankietowanych z dochodami powyżej 50 tys. USD rocznie opowiedziało się za dalszą liberalizacją światowego handlu, a 24 proc. było zdania, że układy o wolnym handlu nie mają zbytniego wpływu na stan gospodarki.
Czy takie wyniki oznaczają, że protesty na ulicach Seattle są głosem kurczącej się mniejszości skazanej na przegraną, podobnie jak luddyści niszczący w XIX w. w Anglii maszyny parowe, którzy nie byli w stanie powstrzymać rewolucji przemysłowej? Do pewnego stopnia tak. Równocześnie jednak "wściekłość i wrzask" na ulicach Seattle jest przypomnieniem, że nie tylko wolnym handlem żyje człowiek, i ostrzeżeniem, że negocjacje WTO mają zbyt istotne znaczenie dla życia milionów ludzi, by prowadzić je w zamkniętych salach konferencyjnych ponad głowami społeczeństw.


Więcej możesz przeczytać w 50/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0