Koło ratunkowe

Koło ratunkowe

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z ambasadorem BRUNONEM DETHOMASEM, szefem przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce
Andrzej Szoszkiewicz: - Czy w pierwszej grupie nowych członków Unii Europejskiej może zabraknąć Polski?
Bruno Dethomas: - Nie mogę sobie tego wyobrazić. Jeżeli jednak nie zdążycie z przygotowaniami, jest to możliwe.
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie pan tym wysłannikiem z Brukseli, który wprowadzi nas do unii.
- Jestem o tym przekonany. Misja dyplomatyczna trwa zwykle cztery lata, lecz może być przedłużona o rok. Byłoby dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyby Polska w tym czasie nie została członkiem unii.
- Czy Warszawa to pański wybór, czy decyzja Brukseli?
- Starałem się o tę placówkę. Wiem, że przez najbliższe cztery lata nie będzie bardziej ekscytującego miejsca pracy dla unijnego urzędnika niż Polska.


Polski rząd musi wyjaśnić społeczeństwu, dlaczego wejście do Unii Europejskiej będzie dla niego korzystne

- Pobyt w Brazylii na kilka lat oderwał pana od wydarzeń w Europie.
- Zanim tam wyjechałem, pilnie śledziłem zmiany zachodzące w Europie Środkowej. Przyjeżdżałem tutaj regularnie jako rzecznik Komisji Europejskiej. Towarzyszyłem w podróży do Polski Jacques?owi Delorsowi. Dla początkującego dyplomaty Brazylia była dobrym miejscem na trening. Mam nadzieję, że nie zmarnowałem tego czasu i wróciłem do Europy dobrze przygotowany do nowego zadania.
- Przyjechał pan do Polski, gdy negocjacje znalazły się w kryzysowym momencie.
- To są przejściowe kłopoty, nieodłączny element tego skomplikowanego procesu. Prawdziwe trudności dopiero przed nami. Im dalej zagłębimy się w negocjacje, tym coraz więcej będzie problemów. Czekają nas rozmowy dotyczące rolnictwa, łączące się z reperkusjami społecznymi. Z kolei dostosowanie się do standardów unijnych w dziedzinie ochrony środowiska będzie wymagać bardzo dużych nakładów finansowych. Wcześniej podobne zmiany wprowadzały wszystkie państwa UE. Gdy przypomnimy sobie, jak wyglądała Francja dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, odnajdziemy dylematy i trudności, z którymi teraz boryka się Polska. Nie możecie sobie pozwolić na utrzymywanie tak wielu osób żyjących z rolnictwa. Ta grupa stanowi 27 proc. czynnych zawodowo, a wytwarza jedynie 5 proc. PKB. Nie możecie utrzymywać nierentownych hut bądź kopalń. Te zadania Polska musi wykonać niezależnie od tego, czy chce wstąpić do UE, czy nie. Akcesja to nie tylko historyczne zadanie zjednoczenia całej Europy, lecz także narzędzie modernizacji gospodarki
- Tym razem to unia spowalnia negocjacje.
- W poprzednich rozmowach też byliśmy świadkami wzajemnych oskarżeń o opóźnianie rokowań. To nie jest pierwsze rozszerzenie, choć niewątpliwie najważniejsze ze względu na rozmiar i historię. Takie sytuacje są na porządku dziennym, ponieważ wszyscy starają się zabezpieczyć własne interesy. Ostatnio niektóre państwa zgłosiły zastrzeżenia w sprawach elektrowni jądrowych, a kraje alpejskie są zaniepokojone problemami transportu. Pamiętam, że byliśmy nieugięci, negocjując w tej sprawie ze Szwajcarią.


Członkostwo w Unii Europejskiej nie jest cudownym lekarstwem na wszystkie problemy
- Czy nie istnieje niebezpieczeństwo opóźnień w kalendarzu negocjacji?
- Na razie wszystko toczy się zgodnie z planem. Podczas każdej prezydencji otwierano od siedmiu do dziesięciu nowych rozdziałów. Kluczowy będzie jednak rok 2000. Wówczas przy stole rokowań zostanie zaprezentowany komplet stanowisk. Znane więc będą wszystkie trudne kwestie, w których musimy się dogadać. Polska musi przyspieszyć proces legislacyjny. Rok później odbędą się bowiem wybory, a w trakcie kampanii wyborczej utrudnione jest prowadzenie prac legislacyjnych. Z kolei unia w przyszłym roku musi zreformować swoje instytucje. Jest to konieczne, by nasze struktury mogły efektywnie funkcjonować, licząc 24, a docelowo 34 członków. Chcemy zakończyć reformy przed końcem roku 2000, a kolejne dwanaście miesięcy przeznaczyć na ratyfikację.
- Czy spadek poparcia Polaków dla UE uwzględniono w rokowaniach?
- Tak. Wiele osób utożsamia modernizację z dostosowywaniem się do wymogów unijnych. Oni na własnej skórze odczuwają trudności i przez te negatywne doświadczenia obawiają się o przyszłość. Polski rząd musi wyjaśnić społeczeństwu, dlaczego wejście do UE jest dla was korzystne. To wasz rząd podjął decyzję o wstąpieniu do unii i to on bierze odpowiedzialność za informowanie społeczeństwa.
- Jakie konkretne działania powinien podjąć rząd?
- Na razie trzeba wyjaśniać, czym jest nasz klub. Członkostwo w nim nie oznacza zrzeczenia się niepodległości. Jedynie pewną część decyzji w sprawach, w których wspólne działania są efektywniejsze, przekazano Brukseli. Ponadto członkostwo nie jest cudownym lekarstwem na wszystkie problemy. W kluczowych dziedzinach należy opracować długofalowe strategie rozwoju. Dotyczy to chociażby rolnictwa. Rozwiązanie tego problemu zajmie 30 lat, a nie najbliższe dwa, trzy lata. Trzeba pokazać społeczeństwu, jak dzięki unijnym środkom będzie wyglądać polska wieś w roku 2030.
- Czy samo informowanie wystarczy?
- Pewne działania promocyjne należy podjąć przed referendum. Obecnie najważniejsza jest pedagogika, wyjaśnianie społeczeństwu, czym jest unia i jak działa. Rząd powinien wytłumaczyć, dlaczego korzystniejsze jest wstąpienie do unii niż pozostanie poza jej strukturami.
- Czy Bruksela rzuci nam koło ratunkowe, jeśli poparcie naszego społeczeństwa nadal będzie spadało?
- Oczywiście. Przywołując kilka przykładów, możemy udowodnić, że na wejściu do unii takie kraje, jak Hiszpania bądź Portugalia, ewidentnie skorzystały. Gdy w roku 1986 Portugalia wstępowała do wspólnot europejskich, jej PKB nie przekraczał połowy przeciętnego PKB w państwach członkowskich. Dziś wskaźnik ten sięga 80 proc. W latach 80. Bruksela opracowała bardzo dobry raport na temat korzyści wynikających z wprowadzenia jednolitego rynku europejskiego. Dlaczego nie przeprowadzić podobnych symulacji w Polsce? Można zlecić niezależnemu instytutowi, by zbadał, jakie koszty poniósłby wasz kraj, gdyby nie wstąpił do unii. Sfinansowalibyśmy takie analizy niezależnie od tego, jakie będą ich wyniki.
- Czy niechętny stosunek niektórych społeczeństw państw UE może być przeszkodą dla naszej integracji z unią?
- Nie sądzę. Ale nie wolno ignorować tych sygnałów. Pamiętajmy, że rozszerzenie UE musi być zaakceptowane przez parlamenty krajów piętnastki i Parlament Europejski. Przedtem musimy dokładnie wyjaśnić ludziom, na czym polega ów proces. Wiem, że komisarz ds. rozszerzenia Günter Verheugen chce przeprowadzić kampanię informacyjną na ten temat w krajach unii.
- Media przywołują deklaracje unijnych polityków, którzy podają sprzeczne informacje na temat terminu rozszerzenia. Czy na szczycie w Helsinkach wreszcie zostanie wspólnie uzgodniona jakaś data?
- Zdziwiłbym się, gdyby przywódcy piętnastki ogłosili coś więcej niż to, co wcześniej sugerowała Komisja Europejska. Przypomnę, że komisja zaproponowała, by unia była gotowa na przyjęcie pierwszych krajów od 1 stycznia 2003 r. Słyszałem, że zwolennicy podania konkretnej daty rozszerzenia powołują się na pewne przykłady z historii integracji europejskiej. To prawda, ustaliliśmy dzień otwarcia jednolitego rynku i wprowadzenia euro. Proszę jednak pamiętać, że te wydarzenia dotyczyły wewnętrznych procesów wspólnot. W procesie rozszerzenia zbyt wiele spraw stoi pod znakiem zapytania, co wynika z sytuacji w krajach kandydujących.
- Ta data zbiega się z terminem, w którym - według deklaracji polskiego rządu - będziemy przygotowani do wstąpienia do UE.
- Jeżeli Polska całkowicie się przygotuje, unii będzie bardzo trudno powiedzieć "nie".

Więcej możesz przeczytać w 50/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0