Interes nauki

Interes nauki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeśli chcecie coś wywalczyć dla nauki, zmieńcie ton
Nie ma między nami porozumienia i nie dojdzie do niego, jeśli będziemy się licytować, kto jest bardziej patriotyczny - rząd czy naukowcy, co jest dobre dla gospodarki, a co nie jest. W ten sposób nie obronicie nauki polskiej. Skuteczniejszą metodą byłoby zgłaszanie konkretnych pomysłów, nie zaś żądań - mówił Waldemar Kuczyński, doradca premiera ds. ekonomicznych, na niedawnym spotkaniu z grupą naukowców.


Nowością tych rozmów było to, że reprezentanci rządu otwarcie przedstawili strategię przyjętą wobec nauki, zakładającą, że dziś jest ona traktowana głównie jako sfera świadczeń państwa, a nie czynnik rozwoju gospodarki. - Przy słabej gospodarce, a taka jest w Polsce, nauka ma spełnić takie samo zadanie jak książka bądź teatr, czyli edukacyjne i kulturotwórcze. Nie można jej jednak uważać za motor rozwoju ekonomicznego. I nie ma co marzyć, że dzięki własnym badaniom dogonimy czoło fali technologicznej na świecie - przedstawiał stanowisko rządu doradca premiera.
- Wystąpienie pana Kuczyńskiego świadczy o lekceważeniu nauki przez administrację państwową. We wszystkich krajach europejskich politycy dostrzegają, że ta dziedzina jest ważna dla gospodarki. Ale nie u nas. Nasi politycy nie chcą widzieć, iż warunki, jakie stworzyli nauce, powodują, że się ona starzeje, ludzie od niej odchodzą, maleje liczba doktoratów i publikacji, we wszelkich rankingach międzynarodowych zajmujemy coraz niższe miejsca - mówił prof. Andrzej Kajetan Wróblewski. Jest on jednym z autorów dramatycznego apelu do społeczeństwa - "do rolników, robotników i górników, pracowników firm i urzędów, młodzieży i rodziców..." - by przypomniało rządzącym, że nawet w Polsce Jagiellonów wśród studentów uniwersytetu więcej było synów kmiecych niż dziś i że realne perspektywy na lepsze życie zależą od rozwoju szkół, uczelni i nauki.


Nauka nie przynosi większych korzyści gospodarce, jeśli roczny dochód na osobę nie przekracza 10-12 tysięcy dolarów

Apel ów o nieco archaicznej frazeologii znaczna część administracji rządowej przyjęła jako lobbing w najgorszym stylu. Ostrzeżenia badaczy, że Polska zajmuje coraz niższe lokaty w światowym rankingu publikacji naukowych, nie wywierają właściwego wrażenia na członkach rządu, wciąż borykającego się z protestami zorganizowanych grup zawodowych (rolników, górników, nauczycieli, pracowników służby zdrowia). Natomiast to, że nakłady na badania i rozwój techniczny maleją z roku na rok, mimo wzrostu dochodu narodowego, znaczna część środowiska naukowego uznaje za dowód lekceważenia nauki przez rząd. W potyczkach z administracją państwową Komitet Ratowania Nauki przytacza liczby świadczące o tym, że Polska zajmuje coraz niższe miejsca na listach krajów zestawionych według wielkości dochodu narodowego brutto przeznaczanego na badania i rozwój. Pięć lat temu zajęliśmy 35. lokatę (w towarzystwie Rumunii, Mołdawii i RPA), dziś spadliśmy na 51. (wskaźnik nie przekraczał połowy procentu). Lepsze są od nas pod tym względem takie państwa, jak Portugalia, Turcja, Litwa czy Łotwa. Statystyki łatwo można jednak nadużyć. Komitet Ratowania Nauki, posługując się zestawem danych, według których Szwecja przeznacza na badania i rozwój siedmiokrotnie więcej środków niż my - 3,5 proc. PKB, Japonia - 2,9 proc., a Stany Zjednoczone i Finlandia po 2,5 proc., pomija informację, że dużą część tych nakładów stanowią fundusze z przemysłu (od wielkich koncernów, korporacji i małych firm). W Polsce przemysł przez kilkadziesiąt lat słabo interesował się współpracą z nauką. I tak jest nadal. Pieniądze na badania i rozwój techniczny pochodzą niemal wyłącznie z budżetu państwa. Zarządzający nim doszli zaś do wniosku, że nowe produkty, opracowane nawet na obcych licencjach i za pomocą cudzych technologii, są Polsce bardziej potrzebne niż kolejne publikacje naukowe w najlepszych czasopismach świata. Być może jednak za słabo i za rzadko określali swoją strategię wobec nauki, skoro badacze używają wciąż tych samych argumentów, podkreślając własną mizerię ekonomiczną i fatalną sytuację finansową swoich placówek, a nie zasługi dla gospodarki kraju. Na spotkaniu naukowcy zarzucali przedstawicielom rządu, że przedsiębiorstwa, które powinny się rozwijać, wykorzystując zdobycze rodzimej nauki, sprzedawane są zagranicznym konkurentom. Ich zdaniem, takie postępowanie w innych państwach nazywa się "wrogim wyborem" albo "wrogim przejęciem", bo niszczy krajowe możliwości w konkurencji z firmami zagranicznymi. W Polsce dzieje się tak w telekomunikacji, elektronice, okrętownictwie, lotnictwie.
- Rząd nie będzie szukał klientów dla instytutów zajmujących się badaniami podstawowymi czy stosowanymi. Mamy ustawę o venture capital mającą ułatwić finansowanie przedsięwzięć bardzo ryzykownych. W Stanach Zjednoczonych nie od państwa zależy prężność gospodarki. Idiotyzmem byłoby więc, gdyby w Polsce państwo miało znajdować dla nauki partnerów w gospodarce - definiował punkt widzenia rządu doradca premiera. - Pan Kuczyński upraszcza, twierdząc, że szukanie w przemyśle kontrahentów dla rodzimych instytutów naukowych nie jest zadaniem państwa. Na własny rozwój potrzeba funduszy. Państwo powinno łożyć na to z budżetu, a jeśli nie wystarcza własnych pieniędzy, wykorzystać fundusze z Unii Europejskiej. Ale nie potrafi tego zrobić - dowodził inny uczestnik spotkania. - Często rezygnowano z usług polskich jednostek badawczo-rozwojowych przede wszystkim dlatego, że nie są konkurencyjne. Politycy zakładają, że tam, gdzie gospodarka jest słaba, wyższe nakłady na naukę nie wywołają większych efektów ekonomicznych - replikował dr Jan Krzysztof Frąckowiak, sekretarz Komitetu Badań Naukowych.
Jeden z byłych rektorów największej polskiej uczelni technicznej, Politechniki Warszawskiej, poproszony o skomentowanie tej sytuacji, ocenił wprost: - Polityka władz, mimo zapewnień, że nauka jest dla niej ważna, w rzeczywistości prowadzi do jej zapaści. Ale Komitet Ratowania Nauki sam ją grzebie, uprawiając puste biadolenie i obrażając rząd, z którym powinien współpracować. Kiedy mówię moim kolegom, iż muszą pokazać, co potrafią, nie zaś liczyć na pieniądze tylko dlatego, że są profesorami, patrzą na mnie, jakbym im wchodził z butami do łóżka. Natomiast rząd też nie może zakładać, że gospodarka jest skazana na przetwórstwo cudzych myśli i kupowanie obcych technologii. Należy stworzyć systemy wspierania rodzimych rozwiązań. W Stanach Zjednoczonych największe fundacje, takie jak National Science Foundation, w departamencie energii czy obrony, obowiązkowo odkładają 8-10 proc. swego budżetu na fundusz badań innowacyjnych. Człowiek, który przedstawia tam jakiś pomysł, dostaje dolary, by swoją inicjatywę ukonkretnić, ale w następnym podejściu musi okazać list intencyjny z banku, który będzie chciał uczestniczyć w finansowaniu nowej technologii i który wcześniej obliczył, czy mu się to opłaci. Efekty takiego postępowania wylicza się później jako dodatkowe podatki, które dzięki innowacji trafiły do kasy państwa bądź stanu. U nas takiego systemu nie ma. Nie potrafimy również ocenić skutków zaniechania rozwoju własnej myśli technicznej.
Dr Jan Kozłowski, kierujący Wydziałem Statystyki i Analiz KBN, wskazał fakt, który rzadko jest przywoływany w dyskusjach rządu ze środowiskiem naukowym. Z wielu specjalistycznych raportów, przygotowywanych między innymi w Stanach Zjednoczonych, wynika, że co najmniej od 20 lat kwestionowana jest rola nauki jako autonomicznego czynnika rozwoju gospodarki. Nauka nie pobudza rozwoju i nie służy celom społecznym, jak ochrona środowiska. Jest strumieniem informacji - artykułów, sprawozdań, książek, w najlepszym razie prototypów urządzeń. Liniowy przekaz od pomysłu do przemysłu uważa się dziś za nierealny. Zależność ukierunkowana jest raczej odwrotnie. Stany Zjednoczone na początku XIX w. kopiowały technologie angielskie, najbardziej wówczas zaawansowane. Tę strategię - od cudzych technologii do dobrobytu - powtórzyły po drugiej wojnie światowej Niemcy, Japonia, azjatyckie "tygrysy". Polityki takiej nie da się jednak prowadzić bez rządu - za pomocą odpowiednich instrumentów prawnych czy finansowych (jeśli na przykład nie będzie się tworzyć instytucji "pomostowych", jak ośrodki transferu technologii bądź eksploratoria, które są niezbędne, by mógł powstać skuteczny system innowacji).
Rzadko mówi się o innym rodzaju statystycznej zależności - jeśli wysokość nakładów z budżetu państwa na naukę i rozwój utrzymuje się poniżej pewnego poziomu, nie jest możliwy wzrost wydatków z przemysłu na rodzime technologie. Europejska Organizacja Współpracy i Rozwoju (OECD) szacuje tę wielkość na pół procentu dochodu narodowego. Jeśli powiększy się tego typu nakład z budżetu o 0,1 proc., okazuje się, że nakłady z przemysłu rosną o trzykrotność tej sumy. W Polsce przeznacza się mniej niż 0,5 proc. środków budżetowych na ten cel. Za mało, by rodzimy przemysł intensywnie łożył na własny rozwój.


Więcej możesz przeczytać w 50/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0