Karp w sosie własnym

Karp w sosie własnym

Dodano:   /  Zmieniono: 
W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedaż krajowego karpia zmniejszyła się o 20 proc.
Polska jest największym w Europie producentem karpi. Błędy w polityce rolnej, nieumiejętność dostosowania się wielu hodowców do reguł gospodarki rynkowej, znaczne ich rozproszenie, niedoinwestowanie i źle zorganizowany handel mogą niebawem doprowadzić do tego, że stracimy pozycję lidera.

Rocznie Polak zjada średnio 6,5 kg ryb, podczas gdy w Europie Zachodniej ich spożycie wynosi od 20 do 30 kg na osobę. Z roku na rok zmniejszają się połowy ryb morskich, a dostawy ryb śródlądowych nie rekompensują tego ubytku; w ciągu roku Polak zjada ich ok. 1,5 kg. Ponadto znaczna część karpi sprzedawanych w okresie przedświątecznego szczytu jest bardzo złej jakości.
W latach trzydziestych XX w. Polska stała się największym w Europie producentem karpi. Użytkowano wówczas 90 tys. ha stawów, z których rocznie odławiano 13 tys. t ryb. Po wojnie powierzchnia stawów zmniejszyła się do 70 tys. ha, z czego wykorzystywano zaledwie 51,7 tys. ha. Ocenia się, że po przeprowadzonej do 1997 r. restrukturyzacji całkowita powierzchnia stawów spadła do 64 tys. ha. W rezultacie błędów popełnionych w poprzednich latach stawy są coraz bardziej zaniedbane. Przed 1990 r. karp był towarem "strategicznym", gdyż władzy zależało na poprawieniu nastrojów obywateli przed świętami. Hodowcom karpi żyło się więc stosunkowo dobrze. Mimo to, m.in. wskutek braku pasz, w latach 1986-1990 produkcja ryb słodkowodnych zmniejszyła się o kilka tysięcy ton. W następnych latach znów osiągnęła dawny poziom, ale obniżała się jej rentowność. Stawy ulegają coraz większej dekapitalizacji. - Jest to efektem m.in. zbyt małych nakładów na inwestycje oraz braku konsekwentnej i spójnej polityki gospodarowania naszymi zasobami wodnymi - ocenia doc. Andrzej Krüger z Instytutu Rybactwa Śródlądowego. Sytuacji nie poprawiają zmiany klimatyczne oraz coraz bardziej widoczny efekt cieplarniany.


Na karpiu zarabiają jedynie pośrednicy i handlowcy windujący cenę powyżej 10 zł za kilogram

Od początku lat dziewięćdziesiątych niektóre gospodarstwa rybackie zaczęły wprowadzać w życie zasady gospodarki rynkowej. Zwykle jednak były to działania spontaniczne, nie poparte wiedzą z zakresu marketingu i nowoczesnego handlu. Niektórzy producenci zawierali np. umowy ze sklepami na całoroczne dostawy ryb, docierali do restauracji, smażalni, wprowadzali odpłatne wędkowanie dla turystów itp. Nie przynosiło to jednak widocznych efektów. Rybacy nie byli w stanie zbudować np. sprawnych sieci dystrybucji lub poprzeć akcjami promocyjnymi swoich starań o zmianę nawyków żywieniowych Polaków. - Od 1995 do 1997 r. sprzedaż krajowego karpia zmniejszyła się o 20 proc. - twierdzi doc. Krüger. Rybę tę wypiera z rynku coraz bardziej popularny u nas pstrąg. Nie bez znaczenia jest również spadek siły nabywczej znacznej części dotychczasowych najwierniejszych klientów sklepów rybnych, np. emerytów. - Coraz częściej kupują oni natomiast tzw. rybny chwast, czyli np. karasie - twierdzi Krüger. Rybacy obwiniają również importerów sprowadzających do nas tańsze, lecz gorszej jakości karpie z krajów ościennych. Zdaniem dr. Andrzeja Lirskiego z Instytutu Rybactwa Śródlądowego, za granicą, np. w Czechach, na Białorusi i na Litwie kupujemy rocznie 4 tys. ton karpi. Kilogram importowanych ryb kosztuje 4-5 zł. W Polsce minimalny koszt produkcji wynosi 6 zł za kilogram. Handlowcy płacą hodowcom nie więcej niż 7 zł za kilogram. - Nie pozwala to na prowadzenie racjonalnej hodowli - uważa Krüger. Na karpiu zarabiają jedynie pośrednicy i handlowcy windujący cenę powyżej 10 zł za kilogram.
Na dodatek większość hodowców, zwłaszcza mniejszych, zapomina o niektórych zasadach hodowli i przygotowania ryb do sprzedaży. Na przykład nim wywiezie się karpie do sklepu, powinny być one przetrzymywane w specjalnych basenach z bieżącą wodą, co pozbawia mięso posmaku mułu. W okresie wzmożonych zakupów większość karpi przewozi się w złych warunkach na duże odległości. Sprzedawane są wprost z balii wypełnionych niewielką ilością wody. Ryby uruchamiają wtedy mechanizm obronny, wydzielając galaretowatą substancję, a to sprawia, że ich mięso staje się mniej smaczne. W śniętych rybach dość szybko mogą się wydzielać szkodliwe toksyny. Na dodatek część klientów przechowuje żywe karpie w łazienkach; w chlorowanej wodzie.

Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0