Najlepiej nie szkodzić

Najlepiej nie szkodzić

Dodano:   /  Zmieniono: 
Większość obserwatorów polskiej sceny gospodarczej przekonana jest o prawdziwości dwóch faktów i jednego wniosku. Fakty to: a) osłabienie koniunktury; b) władze prowadzą politykę schładzania gospodarki. Wniosek (a + b = c) można by sformułować następująco: polityka gospodarcza tzw. schładzania gospodarki okazała się skuteczna. Różnice pojawiają się dopiero w dalszej części rozumowania.
Większość obserwatorów polskiej sceny gospodarczej przekonana jest o prawdziwości dwóch faktów i jednego wniosku. Fakty to: a) osłabienie koniunktury; b) władze prowadzą politykę schładzania gospodarki. Wniosek (a + b = c) można by sformułować następująco: polityka gospodarcza tzw. schładzania gospodarki okazała się skuteczna. Różnice pojawiają się dopiero w dalszej części rozumowania. Wniosek "c" podlega bowiem dwóm sprzecznym ocenom wartościującym. Wedle pierwszej, jest wspaniale. Dzięki polityce schładzania zmniejszyliśmy wprawdzie tempo wzrostu PKB, ale tylko nieznacznie - najwyżej o punkt procentowy - co pozwoliło nam z pięcioprocentowym tempem wzrostu PKB utrzymać się na drugim miejscu w Europie. Udało się nam zbić inflację. A zatem, nie dość, że pozostaliśmy "tygrysem" Europy, to jeszcze stajemy się "tygrysem" zdrowym, który wyleczył się z inflacyjnego nadciśnienia. Według drugiej oceny, jest kiepsko. Spada produkcja, zmniejsza się rentowność produkcji, rośnie deficyt obrotów bieżących, utrzymuje się - hamująca wzrost eksportu - tendencja do rewaluacji złotego. Istnieją zatem wyraźne przesłanki nadciągającego załamania gospodarki. Oczywiste jest, że z każdej z ocen wartościujących wypływają inne wnioski dla polityki gospodarczej. Z oceny optymistycznej wynika, że taki kurs trzeba kontynuować: zmniejszać deficyt budżetowy, utrzymywać kontrolę nad podażą pieniądza kredytowego, ostrożnie obniżając stopy procentowe, a jednocześnie stopniowo upłynniać kurs, mając nadzieję, że spadek stóp będzie hamować presję na aprecjację złotego. Z oceny pesymistycznej natomiast wniosek jest taki, że trzeba dokonać ostrego zwrotu, przechodząc do polityki pobudzania. Jeżeli chodzi o "eleganckie" (czyli niesprzeczne z regułami rynku) mechanizmy pobudzania, to "sternicy makroekonomicznej nawy" mają do dyspozycji tylko dwa środki: wzrost deficytu budżetowego oraz zwiększenie podaży pieniądza kredytowego poprzez znaczne zredukowanie stóp banku centralnego i (lub) zmniejszenie rezerw obowiązkowych banków komercyjnych. Ku takiej "elegancko-keynesowskiej" wersji pobudzania skłania się minister Jerzy Kropiwnicki, szef RCSS.

Z odmętów politycznej piany dochodzą także wołania o pobudzanie mniej eleganckie (można powiedzieć, zgoła białoruskie). Chodzi o nasilenie "aktywnej polityki gospodarczej" poprzez subwencjonowanie i gwarantowanie eksportu, zwiększenie barier importowych, wymuszoną dewaluację złotówki oraz administracyjne manipulowanie cenami. Pomysłów i ocen jest zatem wiele. Nim je skomentuję, pozwolę sobie powiedzieć jedno ogólne zdanie na temat toczącej się dyskusji. Jest to spór o to, czy nie byłoby lepiej, by mających intensywnie zielony kolor skóry Marsjan podmalować nieco na żółto. Większość uczestniczących w tej dyskusji za pewne uważa, iż: a) jesteśmy w stanie skutecznie przemalować Marsjan; b) Marsjanie są zieloni; c) to bardzo źle, że marsjańska skóra zawiera dużo zielonego pigmentu. Niemal żaden z interlokutorów nie zastanawia się nad banalną sprawą, czy Marsjanie w ogóle istnieją. Odkładając pomysły "białorusinizacji" polskiej gospodarki, warto wypunktować elementarne uzgodnienia, jakie w kwestii pobudzania gospodarki poczynił główny nurt ekonomii. Nie ma najmniejszego teoretycznego czy empirycznego dowodu, że polityka pobudzania może spowodować długookresowe ożywienie gospodarcze. Mówiąc odwrotnie, pierwszym i podstawowym prawem polityki gospodarczej jako nauki jest to, że "długookresowa stopa wzrostu PKB" jest neutralna wobec "normalnej" polityki gospodarczej. Nie jest wykluczone, że - w warunkach niewykorzystania możliwości produkcyjnych - dodatkowe zastrzyki pieniężne mogą wywołać krótkookresowy wzrost produkcji. Najprawdopodobniej jednak wzrost ten będzie trwać jedynie do momentu rozwiania się "iluzji pieniężnej", czyli ujawnienia inflacyjnych konsekwencji zwiększenia podaży pieniądza. Wzrost podaży pieniądza zawsze prowadzi do wzrostu cen. To, w jakim stopniu zastrzyki finansowe przekładają się na wzrost produkcji, a w jakim na wzrost cen, zależy od skali pobudzania, stopnia monopolizacji gospodarki oraz od stopnia zgodności struktury nie wykorzystanego aparatu wytwórczego i struktury popytu (jeżeli wolne moce są w fabryce traktorów, a ludzie chcą kupować więcej samochodów, żadne pobudzanie produkcji Ursusowi nie pomoże).

Aby istniała jakakolwiek szansa skuteczności polityki pobudzania, należy ją rozpocząć w warunkach równowagi makroekonomicznej, czyli w sytuacji zrównoważonego budżetu i minimalnej inflacji. Tyle twierdzi ekonomia. Jeżeli ktoś uważa inaczej, powinien wystąpić o przyznanie mu Nagrody Nobla. Rezygnacja z ubiegania się o tę nagrodę oznacza zgodę, że robienie z Marsjan Chińczyków może się nie udać. Czy rzeczywiście prowadzimy w Polsce politykę schładzania gospodarki? Odwołajmy się do faktów. Od początku roku do 20 listopada 1998 r. podaż pieniądza wzrosła o 19,7 proc. Trudno to uznać za przejaw restrykcyjnej polityki pieniężnej. Bądź co bądź jest to niemal czterokrotnie więcej niż wynosi tempo wzrostu produkcji. Jak łatwo przy tym zauważyć, niemal dokładnie sprawdza się w Polsce równanie pieniężne, gdyż tempo wzrostu pieniądza rozkłada się prawie bez reszty na tempo wzrostu produkcji i inflację. Ortodoksyjny monetarysta powiedziałby zatem, że w Polsce prowadzi się nadmiernie ekspansywną politykę pobudzania, która daje kiepskie rezultaty. Tylko w jednej czwartej przekłada się bowiem na wzrost produkcji, w trzech czwartych kreując kilkunastoprocentową galopującą inflację. Analizując dalej sytuację pieniężną, nasz "ilościowiec" stwierdziłby, że zadłużenie kredytowe podmiotów gospodarczych wzrosło w tym roku o ponad 25 proc. Będąc zwolennikiem rynkowego stanowienia cen, uznałby tę sytuację za konsekwencję sztucznie zaniżonych stóp procentowych. Musiałby tedy twierdzić, że bank centralny prowadzi chorą - bo zbyt mało rygorystyczną - politykę pieniężną. Deficyt budżetu w 1998 r. jest praktycznie taki sam jak w zeszłym roku i wynosi 3 proc. PKB. Nie odwołując się do poglądów znajomego monetarysty, ośmielam się wysunąć odważne przypuszczenie, że budżetowa kreacja popytu w tej skali nieco odbiega od podręcznikowego rozumienia polityki hamowania wzrostu gospodarczego. Zwłaszcza - o czym postronny obserwator niekoniecznie musi wiedzieć - podana wielkość jest zdecydowanie zaniżona. Przede wszystkim w następstwie radosnej działalności "parabudżetów", czyli funduszy celowych. I wprawdzie wyniki funkcjonowania owych parabudżetów nadają się bardziej do prokuratorskiej niż ekonomicznej analizy, dla naszych potrzeb trzeba stwierdzić, że choć są one deficytowe, kreują dodatkowy popyt. Łącznie więc budżet - we właściwym rozumieniu tego słowa - ma wynik ujemny, wynoszący niemal 5 proc. PKB. Z podanymi liczbami należy skonfrontować dane dotyczące wielkości sprzedaży i rentowności przedsiębiorstw. Tutaj rzeczywiście otrzymujemy inny obraz. Produkcja sprzedana wzrosła w pierwszym kwartale o 11 proc., w drugim o 6 proc., w trzecim tylko o 4 proc., a w październiku odnotowaliśmy nawet jej spadek. Na niskim poziomie utrzymuje się także rentowność produkcji. W tym wypadku tendencja nie jest jednak ani tak jednoznaczna, ani tak wyraźna. Przy średnim dla 48 działów gospodarki poziomie rentowności 1,7 proc. w ubiegłym roku po trzech kwartałach tego roku spadła ona do 1,5-1,6 proc. Największy spadek zanotowano w pierwszym kwartale (kiedy dynamika produkcji sprzedanej była bardzo wysoka, a efekty wątpliwej polityki schładzania nie mogły się jeszcze ujawnić). Wynosiła wtedy 1,3 proc., aby w następnych kwartałach wrócić do poziomu ubiegłorocznego. Jeżeli jednak przyjmiemy, że pewne osłabienie rentowności nastąpiło, to można znaleźć bardzo proste wytłumaczenie, nie odwołujące się do relacji pobudzanie-chłodzenie. Po pierwsze, na wyniku finansowym firm coraz większym ciężarem kładą się straty państwowych molochów. Gdyby wyeliminowało się z rachunku rentowności "fabryki do mielenia pieniędzy", najprawdopodobniej okazałoby się, że w 1998 r. rentowność produkcji niewiele się zmieniła. Po drugie, w kosztach firm gwałtownie (znacznie szybciej niż sprzedaż) rosną dwie pozycje. Pierwsza z nich to amortyzacja, będąca następstwem boomu inwestycyjnego, który rozpoczął się przed siedmioma laty i nadal trwa. W pierwszym półroczu 1998 r. nakłady inwestycyjne w sektorze przedsiębiorstw zwiększyły się w porównaniu z tym samym okresem 1997 r. o 50 proc.! Być może jest to objaw nadmiernego optymizmu firm czy nawet symptom przeinwestowania. Bardzo trudno jednak byłoby mi to zjawisko uznać za przejaw polityki studzenia gospodarki. Drugi, ekspandujący składnik kosztów to płace. W pierwszych trzech kwartałach wzrosły one o ponad 17 proc. Jest to wprawdzie nieco mniej niż przed rokiem, ale więcej niż wynosiła inflacja (w tym okresie 10,5 proc). Co więcej, jest to najprawdopodobniej także więcej niż wynosił "czysty" wzrost wydajności pracy. Tym zaś, co może martwić w tym wszystkim najbardziej, jest znaczny udział w podwyżce płac "dziadów państwowych" (wynagrodzenia w sektorze publicznym są nadal o 7 proc. wyższe niż w prywatnym).

Sądzę, że przedstawiona ocena "rzekomych skutków domniemanego schładzania gospodarki" (podobnie jak ocena koncepcji pobudzania) nie wymaga rekapitulacji i końcowych wniosków. Polityka makroekonomiczna Polski nie może być inna. Zasadnicze zadanie, jakie można jej postawić, sprowadza się do tego, by za bardzo nie szkodziła. Nie oznacza to oczywiście, że naszą sytuację uważam za wspaniałą i twierdzę, iż wolni jesteśmy od ryzyka załamania. W gospodarce rynkowej załamania są zawsze możliwe, a w hybrydowej, częściowo zreformowanej gospodarce polskiej nawet bardzo prawdopodobne. Jeżeli jednak miałbym identyfikować "czynniki ryzyka", poszukiwałbym ich raczej w niewielkiej konkurencyjności i utrzymywaniu przez dziesięć lat mastodontów gospodarki socjalistycznej i nie zreformowanej sfery budżetowej. Obawiam się jednak, że drukowanie pieniędzy raczej by w obu tych kwestiach nie pomogło.

Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0