Powrót do przyszłości

Powrót do przyszłości

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dlaczego kobiecie daje się szansę decydowania o losach nie chcianej ciąży, podczas gdy mężczyźnie pozostaje do końca życia płacenie alimentów?
Dla ludzi dorastających po wojnie - i to bez względu na płeć - w sprawach seksu niekwestionowanym autorytetem był prof. Alfred Kinsey. Jego słynny "Raport" był przez lata jedynym drogowskazem dla tych, którzy chcieli się o seksie dowiedzieć czegoś więcej i pragnęli na naukowych podstawach budować swoje seksualne damsko- męskie relacje. Nie jest więc przesadą opinia, że Kinsey zmienił obyczajowość Ameryki. Bywało, że na jego wykłady przychodziło ponad 9 tys. słuchaczy. Z przejęciem wsłuchujących się w opinie profesora, który dowodził, że istnieją tylko trzy anomalie w seksie: abstynencja, celibat i małżeństwa zawierane w późnym wieku.

Amerykanki tylko początkowo rumieniły się, gdy Kinsey publicznie podawał receptę na udany seks: kobiecie trzydziestoletniej w sypialni powinien towarzyszyć wkraczający w dorosłe życie nastolatek. To również jemu Ameryka zawdzięcza dokładny pomiar męskiego penisa w stanie erekcji: 15,7 cm. Wszystko po to, by ludzie przestali się w alkowie wstydzić swoich ciał, tego, co z nimi robią i tego, co robić naprawdę by chcieli. Czy jednak udałoby się Kinseyowi rozpalić wyobraźnię spragnionych seksualnej wiedzy kobiet i mężczyzn, gdyby na jaw wyszły jego preferencje w tej dziedzinie? - pyta biograf życia profesora James H. Jones.
Nikt poza wąskim gronem jego współpracowników nie miał pojęcia, że Kinsey - Dr. Seks, jak go nazywały media - był zadeklarowanym homoseksualistą. Ameryka tamtych lat zdecydowanie nie lubiła takich wiadomości. Dlatego Kinsey miał żonę i kilkoro dzieci. Gdy się pobierali, oboje byli prawiczkami, a ich małżeństwo przez pierwsze kilka miesięcy nie zostało skonsumowane. Trzeba przyznać, że Kinsey trafił na wyjątkowo tolerancyjną żonę, która na pytania, dlaczego kolejny wieczór spędza samotnie, odpowiadała: "Nie powinno się prosić mężczyzny, by rezygnował ze swoich pasji tylko dlatego, że jest czyimś mężem".
Tajemnicą poliszynela nie stały się także seksualne orgie, w których z upodobaniem uczestniczył seksuolog i jego zespół. Kinsey uprawiał seksualne praktyki zdecydowanie bliższe dewiacji niż celibatowi. Koncentrowały się one wokół zachowań masochistycznych, a jeden z seksualnych eksperymentów omal nie zakończył się tragicznie. Tak było kilkadziesiąt lat temu, a dziś?
"Ta kobieta ukradła moje DNA" - wołał na sali rozpraw Peter Wallis, trzydziestosześcioletni makler ze stanu Nowy Meksyk. Ta kobieta to jeszcze do niedawna koleżanka z pracy, do której zapałał szczerym uczuciem i zaproponował jej wspólne zamieszkanie. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że ukochana - niespodziewanie dla ukochanego - zaszła w ciążę. Na świat przyszła dziewczynka o wdzięcznym imieniu Taylor. Happy endu nie ma. Wallis zinterpretował bowiem całe to - wydawałoby się szczęśliwe - wydarzenie zgoła inaczej niż od niego oczekiwano. Poczuł się oszukany i "złapany" na dziecko. Poczuł się poniżony i moralnie molestowany. Przypadek Wallisa to kolejny głos w toczącej się od dłuższego czasu w Ameryce dyskusji, czy mężczyzna ma prawo odmówić bycia ojcem.
Kto w takiej sytuacji ma najwięcej do powiedzenia? Kobieta czy mężczyzna? I dlaczego kobiecie daje się np. szansę decydowania o losach nie chcianej ciąży, gdy w tej sytuacji mężczyźnie pozostaje do końca życia płacenie alimentów? Rozważa się więc możliwość kolejnej - poza majątkową - intercyzy, w której zapisane zostałoby stanowisko mężczyzny w sprawie ewentualnego ojcostwa. Jeśli znajdzie się w niej zdanie, że nie ma on w planach spłodzenia potomka, to - gdyby się tak mimo wszystko zdarzyło - "uwiedziony" tatuś zostanie automatycznie zwolniony z obowiązku alimentacyjnego.
Panu Wallisowi nie chodzi zresztą o żadne odszkodowanie, ale o to, by mężczyźni mieli takie same prawa jak kobiety. Dopiero złapałby się za głowę, gdyby poznał bliżej obyczaje jednego z plemion, żyjącego w niewielkiej wiosce w Himalajach. Tam to dopiero mężczyźni nie mają żadnych praw. Ich życiowe role to usługiwanie kobietom i świadczenie seksualnych usług. Również dziedziczenie rodzinnych gorzej czy lepiej prosperujących biznesów odbywa się jedynie po linii żeńskiej. Z matki na córkę. Najprawdziwszy matriarchat.
Pośrodku wioski usytuowano tzw. dom małżeński, czyli dom schadzek. Ale i tutaj role społeczne zostały całkowicie odwrócone. Mężczyźni nie występują w roli klientów, ale... towaru. Wymagającymi klientkami są mieszkanki wioski, które do miejscowego burdelu zaczynają zaglądać już około jedenastego roku życia. Ale na tym nie koniec męskich upokorzeń: po upatrzeniu sobie miłego oku chłopca, to on, a nie kobieta, musi za usługę zapłacić. Około dwudziestu rupii. Od tego, jak upłynęła noc, klientka uzależnia także pozytywną odpowiedź na pytanie, czy wyjść za miłośnika za mąż, czy też nie. Nie przemyślana decyzja niczego jednak nie komplikuje, ponieważ w każdej chwili żona może uznać się za rozwiedzioną. I po kolejnej wizycie w małżeńskim domu ponownie wyjść za mąż. Aby jednak sprawiedliwości stało się zadość, za rozwód płaci kobieta. Czy taki też może być powrót do przyszłości?
Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0