I spokój

I spokój

Dodano:   /  Zmieniono: 
Demokracja jest po to, aby demokratycznie wybrać jednego jedynego szefa, który nieomylnie decyduje o wszystkim, a jeśli czyjaś głowa wystaje nieco ponad szereg, to ją ścina
Jeśli była ostatnio we Francji partia, za którą szło się naprawdę w ciemno, bez zbędnych wahań i niepotrzebnych pytań, to był nią z pewnością Front Narodowy. Jego przewodniczący Jean-Marie Le Pen głosił jeszcze 28 sierpnia tego roku, że "w FN jest tylko jeden numer - mianowicie numer pierwszy". Był to niby jedynie głos w dyskusji, kto ma zająć miejsce nr 1 na liście kandydatów Frontu w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego, ale polityczni smakosze mogli delektować się przy okazji rozkosznymi skojarzeniami historycznymi. Ein Volk, ein Reich, ein Führer - pobrzmiewało jedno historyczne echo. Mówimy - Lenin, myślimy - partia; mówimy - partia, myślimy - Lenin - wtórowało mu tęsknie Majakowskim drugie.

Działacze FN od lat zapewniają, że ich ugrupowanie jest wzorowo demokratyczne i na dowód przytaczają to, że odbywają się w nim wybory. Na przykład na ostatnim zjeździe Frontu jednogłośnie wybrano na jego szefa Le Pena. Ani jeden głos nie padł na kogoś innego. Zresztą, trudne by to było, bo nie było innych kandydatur. To demokratyczne szaleństwo musiało się jednak kiedyś zemścić. Z niczym nie należy przesadzać. Nawet z demokracją. Bo kiedy w kółko się powtarza, iż jest się wzorem demokracji - w końcu nieuchronnie znajdzie się ktoś, kto potraktuje to serio. Właśnie przerosty demokracji mogą się okazać zgubne dla Frontu Narodowego. Okazało się bowiem, że paru jego działaczy uwierzyło, iż może mieć inne zdanie niż przewodniczący. Co więcej, majaczą oni, że partia może mieć inną taktykę oraz inne opcje personalne niż szef, a rozstrzygnięcie różnic zdań w tych sprawach wymagałoby zwołania nadzwyczajnego zjazdu. Tymczasem wiadomo przecież, że demokracja jest po to, aby demokratycznie wybrać jednego jedynego szefa, który nieomylnie decyduje o wszystkim, a jeśli czyjaś głowa wystaje nieco ponad szereg, to ją ścina. Gdyby miało być inaczej, to po co wybierać szefa? Niech nas już od razu zje rozprzężenie, chaos i dekadencja. Nie można się dziwić Le Penowi, że chciał temu zapobiec i z poświęceniem przystąpił do regulowania nadpsutego aparatu partyjnego, zwalniając z pracy lub wyrzucając z partii każdego, kto tylko wspomniał o innej taktyce albo o nadzwyczajnym zjeździe. W końcu musiał zwolnić także członka Biura Politycznego FN odpowiedzialnego za sprawy kadrowe, bo zwołał on konferencję prasową i powiedział, że nie wykona więcej poleceń oznaczających "czystkę" w szeregach sympatyków Bruno Mégreta, osobistości nr 2 we Froncie Narodowym. Ostra rywalizacja między Le Penem a Mégretem trwa już kilka miesięcy, ale dopiero od początku grudnia rozgrywa się publicznie. Ideologicznie Mégret nie jest ani trochę lepszy, ani gorszy od Le Pena. To ta sama klasa lub - jak kto woli - ten sam brak klasy. Le Pen nie mógł jednak przedstawić sporu jako kopniaków między świetnie rozumiejącymi się i nawzajem siebie wartymi krewniakami. Kiedy zaś ktoś nie może powiedzieć prawdy, a koniecznie chce się przedstawić jako piękny, męski i szlachetny - publiczność może być pewna pysznej zabawy. Tym razem polegała ona na przysłuchiwaniu się, jak paranoicy wyzywają się od spiskowców, a neofaszyści - od rasistów. Wyglądało to trochę tak, jakby diabeł drwił z szatana, że mu rogi wyrosły. Le Pen oskarżył Mégreta, że daje się on sterować "rasistowskiej i ksenofobicznej mniejszości", a jeden z jego zwolenników w politbiurze FN, pochodzący z francuskich Antyli ciemnoskóry Stéphane Durbec, opowiedział w telewizji, jak sympatycy Mégreta nazwali go podczas obrad "wstrętnym czarnuchem". To coś tak dziwnego w partii, która dąży do oczyszczenia Francji z imigrantów i obcych wpływów, że prawie osłupiałem. Jeszcze zabawniejszy był Bruno Gollnisch, sekretarz generalny FN. Ujawnił on, iż teraz już nie dość, że na całą Francję czyhają zewnętrzni i wewnętrzni spiskowcy, którzy chcą ją zniszczyć lub skolonizować, to jeszcze tacy sami spiskowcy zaczaili się na sam Front Narodowy. Gollnisch ze śmiertelną powagą potępił prowadzoną przeciwko Le Penowi "wojnę psychologiczną, uruchamianą z zewnątrz" przez "potęgi medialne", "potęgi finansowe", "potęgi międzynarodowe, w tym Stany Zjednoczone". Jego zdaniem, spiskowaniem przeciwko Le Penowi trudnią się amerykańskie służby specjalne, "bardzo uczulone na istnienie takich zjawisk jak Font Narodowy". Gollnisch nie powinien się dziwić. Jak się straciło tysiące istnień ludzkich z powodu przegapienia podobnego zjawiska w jego początkowym stadium, to potem jest się uczulonym. W jego mniemaniu, spiskują także Niemcy, którzy do podstępnej walki z Le Penem wystawili prokuratora. Zarzuca on szefowi FN obraźliwe zlekceważenie zagłady Żydów podczas II wojny światowej w jednej z wypowiedzi w Niemczech. Jak on może? Mówiąc, że komory gazowe to był "detal" w historii wojny, Le Pen chciał ten detal tylko czule uwypuklić - tak jak matka zachwyca się małym uszkiem niemowlęcia. Trudno nie zgodzić się z tezą, że trzeba z tym wszystkim zrobić porządek, wyznaczając każdemu należne miejsce. Syjoniści do Syjamu, Brazylijczycy do Brazzaville, a Kosowianie do Kosiarek! I spokój.
Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0