Gwiazda z barometrem

Gwiazda z barometrem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z KEVINEM SPACEYEM, aktorem amerykańskim
Roman Rogowiecki: - Co takiego zainteresowało pana w postaci negocjatora, że postanowił pan go zagrać, łamiąc własny ekranowy image?
Kevin Spacey: - Chciałem się przekonać, czy potrafię zagrać w filmie akcji. Do tej pory grywałem głównie w filmach, w których liczyła się obsada aktorska i scenariusz, a nie efekty specjalne. Doszedłem jednak do wniosku, że nadszedł czas, by spróbować czegoś innego. Głównym atutem tego filmu była dla mnie okazja do współpracy z Samuelem L. Jacksonem. Poza tym bohater, którego gram, jest osobą nieprzewidywalną i spontaniczną. Nadarzyła się więc sposobność, aby podejść do kina akcji z innej strony - zaatakować widza po aktorsku.
- Nie muskułami, ale mózgiem? Czy Samuel L. Jackson miał podobne podejście do tego filmu? Wcześniej zagraliście razem w "Czasie zabijania".
- Zagraliśmy tam w krótkiej, ale wyrazistej scenie. Według mnie, Jackson jest najlepszym aktorem, jakim może się pochwalić Ameryka. Znamy się dobrze od wielu lat, bo zaczynaliśmy razem w nowojorskim teatrze. Praca z nim przypomina partię tenisa z prawdziwą gwiazdą tej dyscypliny - przy nim można doskonalić swój warsztat. Po zagraniu tej małej sceny w "Czasie zabijania" umówiliśmy się, że poszukamy jeszcze okazji, aby wystąpić wspólnie. Zajęło nam to kilka lat, ale udało się.
- W filmach "Siedem" i "Tajemnice Los Angeles" nie brał pan udziału w scenach epatujących okrucieństwem. Czy jest pan przeciwnikiem przemocy na ekranie?
- Nie mam nic przeciwko pokazywaniu w filmach przemocy, ale sam nie mam ochoty współuczestniczyć w tego typu sekwencjach. Wytyczyłem sobie granicę, której staram się nie przekraczać. Z drugiej strony, gram przecież tylko fikcyjne postacie, które nie mają ze mną nic wspólnego.
- Do tej pory nie decydował się pan na "łatwiejszy chleb" i granie prostych ról w superprodukcjach, ale wybierał pan scenariusze inteligentne, wymagające.
- Po prostu wolę grać role, które same w sobie mają pewną wartość. Inne mnie nudzą. Obawiam się też, że grając nudne role, stałbym się nudny dla widzów. Pozostawiam je więc innym aktorom.
- Przed trzema laty otrzymał pan Oscara za rolę w filmie "Zwyczajni podejrzani". Czy to ta nagroda sprawiła, że bardzo starannie selekcjonuje pan oferty?
- Mam szczęście do ról, które są aktorskim wyzwaniem i zmuszają do pracy nad sobą. Będę się starał nadal iść tą drogą i grać wyłącznie postacie, w które wierzę.
- Nigdy nie zagrał pan roli, której musiałby się pan wstydzić.
- Po prostu scenariusze filmów, w których wystąpiłem, znalazły się na moim biurku, zanim trafiły w inne ręce. Kieruję się pewną zasadą: nie ulegam magii nazwisk reżyserów czy aktorów. Scenariusz czytam w całości, nie zastanawiając się, która z tych ról przeznaczona jest dla mnie. Jeśli porusza mnie opowiedziana historia, staram się zagrać w takim filmie. To mój prywatny, pierwszy barometr. Nie wplątuję się w machinę filmową przed podjęciem tej podstawowej decyzji.

Kevin Spacey urodził się w 1959 r. w South Orange. Ukończył prestiżową Julliard School w klasie o profilu dramatycznym. W filmie zadebiutował w roku 1988 rolą w "Pracującej dziewczynie". Zag- rał również w "Glengarry Glen Ross" (1992r.), "Siedem" (1995r.), "Północ w ogrodzie dobra i zła" (1997 r.). Za drugoplanową rolę w "Podejrzanych" (1995 r.) otrzymał Oscara. Najnowszy film z udziałem Kevina Spaceya - "Negocjator" - wchodzi na ekrany polskich kin 1 stycznia 1999 r.


- Niedawno zadebiutował pan także jako reżyser filmem "Albino Alligator".
- Ten film to dramat nawiązujący techniką realizacji do czasów, kiedy Hitchcock kręcił swoje pierwsze filmy. Powstawały one na jednym planie. Podobnie jest w wypadku "Albino Alligator". To bardzo spokojny i intymny obraz nakręcony w jednym pomieszczeniu. Pod względem tematu przypomina nieco "Negocjatora", a role zakładników zagrali w nim Matt Dillon, Gary Sinise i Fay Dunaway. Mam nadzieję, że wyreżyseruję jeszcze w przyszłości jakiś film, ponieważ ta praca sprawiła mi wiele przyjemności.
- W młodości występował pan jako komik w klubach i kabaretach. Czy dziś wykorzystuje pan poznane wówczas triki lub umiejętność naśladowania głosów?
- Teraz nie robię już takich głupstw. Rok temu byłem jednak gospodarzem telewizyjnego programu "Saturday Night Live" i wtedy naśladowałem głos Jacka Lemona, Waltera Matthau, Chrisa Rocka i kilku innych aktorów. Prywatnie w odpowiednim towarzystwie naprawdę lubię parodiować znane osoby - to świetna zabawa.
- Którą ze swoich dotychczasowych ról uważa pan za najbardziej udaną?
- Prawdopodobnie stanie się nią rola w "Negocjatorze". To było najprzyjemniejsze przeżycie w mojej dotychczasowej karierze.


Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0