Przycięty pazur Tarantino

Przycięty pazur Tarantino

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Jackie Brown" po raz kolejny dowodzi, że werwa reżysera nie wystarcza, jeśli scenariusz nie ma cech wyjątkowości
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, na ekranach pojawiło się dużo nowych filmów; większość z nich to filmy amerykańskie, raczej podobne do siebie. Ale jest wśród nich także nowy film Quentina Tarantino - "Jackie Brown". Czy sądzi pan, że znowu udało mu się wyróżnić na tle hollywoodzkiej produkcji?
Zygmunt Kałużyński: - Tarantino ciągle wyróżnia się na tle całej światowej produkcji. Jak pan wie, jest to dla bywalców kina reżyser kultowy, bo do czarnego, tradycyjnego kryminału wprowadził zupełnie nową tonację i popchnął ten gatunek ku przyszłości.
TR: - Zaraz, w wypadku "Pulp Fiction" chodziło nie tylko o tonację, ale także o nowy język filmowy, nowe podejście do prezentowanej historii - z tego powodu zaczęto nawet mówić o postmodernizmie w kinie.
ZK: - Na czym to polegało? W czarnym kryminale mieliśmy postaci o wyjątkowo ostrej charakterystyce. Humphrey Bogart albo Marlon Brando w "Ojcu chrzestnym" jako wielkie imponujące figury. Natomiast Tarantino wprowadził zwyklaków, przeciętniaków, osoby byle jakie, posługując się wzorem kina włoskiego (sam pochodzi z włoskiej familii). W kinie włoskim charakterystyczne jest to, że gra się serio, przejmując się całym sercem, a wychodzi komicznie.
TR: - Dobrze, dobrze, panie Zygmuncie, reżyser "Ojca chrzestnego", Francis Ford Coppola, też jest z pochodzenia Włochem, a jednak opowiedział o mafii w sposób poważny, epicki. Więc może jednak nie chodzi tu o pochodzenie, tylko o inną osobowość twórczą?
ZK: - Tak, Coppola potraktował ten temat w sposób bohaterski, czyli tradycyjnie. Natomiast Tarantino, wprowadzając tych swoich zwyklaków, którzy się strasznie przejmują, ale którzy właściwie budzą eksplozję śmiechu na widowni, jeszcze celowo obsadził aktorów wbrew ich charakterowi. Na przykład wziął Travoltę, który był - jak wiadomo - ulubieńcem dziewcząt ze swoimi sentymentalnymi piosenkami, i zrobił z niego zimnego, nie bardzo rozgarniętego zawodowego mordercę, który ciągle czyta komiksy i wreszcie w głupi sposób daje się zabić. Albo Bruce Willis, czyli wielki bohater wyczynowy, który u niego gra głupiego boksera, ledwie uchodzącego z życiem...
TR: - I twierdzi pan, że w "Jackie Brown" mamy powtórzenie tej metody?
ZK: - W pewnym sensie tak, bo jaki wreszcie jest rezultat tej nowej wizji czarnego kryminału przerobionego przez Tarantino? Te postacie zbliżyły się do każdego z nas jak w żadnym kryminale do tej pory. Z tym że obracają się one w świecie bezwzględności, gdzie po prostu rąbie się tego, kto się nie podda, i już. I to bez konsekwencji! W "Pulp Fiction" w ogóle nie widać policji, mimo że tam raz po raz ktoś kogoś zabija.
TR: - Ale w "Jackie Brown" jest policjant i na dodatek odgrywa ważną rolę.
ZK: - No tak. W ogóle można powiedzieć, że w stosunku do "Pulp Fiction" ten film jest mniej wyrazisty, zresztą zrobiony nie według oryginalnego scenariusza Tarantino, lecz według powieści popularnego, choć mało u nas znanego autora kryminałów Elmore?a Leonarda. To książka w gruncie rzeczy konwencjonalna i ciekawe, dlaczego Tarantino się za nią wziął? "Jackie Brown" nie ma owego pazura Tarantino, mimo że ciągle ma jego werwę, dynamikę i siłę twórczą.
TR: - Ale jeszcze raz okazuje się, że werwa reżysera nie wystarcza, jeśli scenariusz nie ma cech wyjątkowości. To doskonale odzwierciedla główny problem współczesnego kina: brak oryginalnych, wybitnych scenariuszy! Może więc Quentinowi Tarantino po prostu udało się z "Pulp Fiction"? Bez dobrych scenariuszy może go teraz znieść w stroną konwencjonalnych kryminałów.
ZK: - Tutaj już to się rysuje, choć ciągle widać to coś, co łączy "Jackie Brown" z programem, jaki nakreślił w swoich poprzednich filmach. Mianowicie jest to historia osoby bardzo przeciętnej - jak we wszystkich filmach Tarantino - to znaczy kobitki już w pewnym wieku, która jest stewardesą podrzędnej meksykańskiej linii lotniczej i przewozi pieniądze dla wielkiego gangstera.
TR: - Nie przewozi, przemyca!
ZK: - Dobrze, przemyca. Są to pieniądze zarobione na nielegalnym handlu bronią. Zostaje z tą forsą zatrzymana przez policję i grozi jej więzienie, ponieważ już wcześniej miała jakieś grzeszki, więc jest recydywistką i może być zapudłowana nawet dożywotnio. Co prawda gangster, który zlecił jej tę robotę, płaci za nią kaucję, ona wychodzi na wolność, ale zdaje sobie sprawę, że on ją zabije, żeby nie mogła go sypnąć. Jednocześnie policja zmusza ją, żeby udawała przed swoim szefem, że mu służy i żeby wciąż przemycała gotówkę, po cichu przekazując ją policji...
TR: - Panie Zygmuncie, to wszystko brzmi niesłychanie standardowo. Taki przebieg może mieć większość kryminałów. Ale przecież pazur Quentina Tarantino, choć przycięty, ciągle tu gdzieś jest. Tylko gdzie?
ZK: - W tym właśnie, że ta bardzo przeciętna osóbka wreszcie triumfuje, zarówno nad policją, jak i nad terroryzującym ją szefem gangu, co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne wobec straszliwych, okrutnych sił, na których styku ona się znalazła. Tę bohaterkę gra Pam Grier, mało znana aktorka, która występowała do tej pory w filmach murzyńskich. Tarantino dał jej wielką rolę, podobnie jak kiedyś dał Travolcie. I ciągle w podobnym sensie. Idzie o kontrast: osoba tak przeciętna, byle jaka, zastraszona nagle w krwawych rozrachunkach wychodzi na swoje. To jest program Tarantino we wszystkich jego filmach - pokazanie, że w owym gangsterskim świecie, gdzie jego bohaterowie zupełnie się nie krępują (jeżeli ktoś im się nie podoba, to się go zabija), postępując tak, jak my byśmy się nie odważyli, jednak symbolizują oni nas samych, każdego przyzwoitego, uczciwego widza, który kupił bilet.
TR: - A mnie się wydaje, że najłatwiej ów pazur dostrzec w zakończeniu filmu, gdy oglądamy kulminacyjne starcie w trzech różnych wersjach, jakby widzianych oczami kolejnych osób biorących w nim udział. Jest w tym swoiste drażnienie się z widzami i sprawdzanie, gdzie znajdują się granice konwencji. Igraszka formą godna mistrza, ale przecież nie zastąpi ona poczucia artystycznej sytości, które miałem po zobaczeniu "Pulp Fiction". No i pozostaje pytanie: czy po "Jackie Brown" ma jeszcze jakikolwiek sens łączenie Quentina Tarantino z postmodernizmem?
ZK: - To będzie zależało od jego następnego filmu.
Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0