Wojna i pokój

Wojna i pokój

Dodano:   /  Zmieniono: 
Prawica musi izolować formację przepoczwarzonych
Znana wypowiedź Leszka Millera o konieczności zakończenia "wojny polsko-polskiej" jest nadal przedmiotem wielu analiz. Z uwagi na to, że - jak przyznał sam jej autor - była skierowana przede wszystkim do mnie, chciałbym się odnieść zarówno do niej, jak i do towarzyszących jej opinii. Najprostszą i być może najtrafniejszą byłaby odpowiedź, że nie ma żadnej wojny polsko-polskiej, a jedynie walka polskich patriotów z postkomunistami - lub ściślej: z zagrożeniem komunistyczną recydywą - i że jest to dalszy ciąg walki trwającej od 1944 r., prowadzonej obecnie w odmiennych warunkach. Taka odpowiedź mogłaby jednak być uznana za nadmierne uproszczenie. Problemem postkomunizmu nie jest jedynie kwestia przeszłości, chociaż stosunek do niej i życiorysy polityków stanowią i długo jeszcze będą stanowić czynnik istotny ze względów moralnych, albowiem unieważniając odpowiedź na pytanie, co politycy robili w czasach zniewolenia i przemocy, bardzo trudno oczekiwać od nich uczciwości i rzetelności obecnie. Skoro nie jest ważne, czy ktoś był w PZPR, ZOMO, SB, czy w opozycji demokratycznej, to dlaczego ma być ważne, czy obecnie polityk jest skorumpowany, czy uczciwy? Skoro racja antykomunizmu jest co najmniej tak samo niepewna jak racja komunizmu, to na czym ma się opierać i do czego nawiązywać III Rzecz- pospolita? Nieprzypadkowo sędziwy Konrad Adenauer, odbudowując demokrację w Niemczech na gruzach III Rzeszy, nawiązywał do niemieckiego ruchu oporu, a zwłaszcza męczenników Białej Róży, Kreisauer Kreis oraz bojowników 20 lipca. Pełnienie wysokiej funkcji w III Rzeszy automatycznie eliminowało z życia publicznego w Republice Federalnej Niemiec. W III Rzeczypospolitej dochodzi do tak absurdalnej sytuacji, że domaganie się symbolicznej w gruncie rzeczy dekomunizacji jest traktowane jako zamach na demokrację. Kilka lat po zakończeniu II wojny, gdy znane były wszystkie zbrodnie nazistów, Amerykanie przeprowadzili na terytorium trizonii sondaż, z którego wynikało, że każde wolne wybory zdecydowanie wygrałyby ugrupowania neonazistowskie. Denazyfikacja była więc niezbędna i stanowiła podstawę odbudowania i utrzymania demokracji w Niemczech.

Prof. Hanna Świda-Ziemba, namawiając Unię Wolności, by opowiedziała się przeciw dekomunizacji, do czego - zdaje się - wielkiego wysiłku nie trzeba, była uprzejma napisać: "Weźmy choćby debatę nad uchwałą sejmową w sprawie oceny PRL. Według mnie jest to - po pierwsze - uchwała nie dla Sejmu, po drugie - demagogiczna, po trzecie - spóźniona, po czwarte - banalna" ("Gazeta Wyborcza", 24-25 października 1998 r.). Dla komunistów i ich zwolenników z całą pewnością potępienie tego systemu jest demagogią, rozumiem także, że niebanalne jest to, co pisze prof. Świda-Ziemba. I wydaje mi się, że przede wszystkim z powodu relatywizmu w ocenie PRL tak trudno wskazać nową datę narodowego święta, a przecież w roku 1989 stało się coś co najmniej równie wielkiego jak listopadowy cud z roku 1918. W takim klimacie możliwe jest kreowanie Aleksandra Kwaśniewskiego na męża stanu, którym nigdy nie był i nie jest. Jest raczej smutnym przykładem upadku politycznej kultury. W nieskończoność można przypominać już nie tylko znane krętactwa, ale zachowania prostackie, na przykład pytanie polskich sportowców w Atlancie, czy pod łóżkami chowają dziewczyny, specjalne relacje z panem Gołotą itp. I tylko polityczną kalkulacją można próbować wyjaśnić, że publicysta tak przenikliwy jak Roman Graczyk pisze panegiryk na cześć Kwaśniewskiego, tendencyjnie konkludując: "Zapewne nie dość zdystansował się wobec swojej przeszłości. Ale umiał docenić zasługi tych, którzy aktywnie zwalczali system komunistyczny (np. słowa uznania dla opozycji demokratycznej, Ordery Orła Białego dla Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Leszka Kołakowskiego). (...) Aleksander Kwaśniewski nie jest bohaterem, ale ma ambicje. I ma też kwalifikacje" ("Gazeta Wyborcza", 28-29 listopada 1998 r.). Podobnie jak inni postkomuniści, Kwaśniewski nie zdystansował się od swojej przeszłości w ogóle, co najwyżej można mówić, że w przeciwieństwie do Urbana czy Rolickiego nie chełpi się nią i nie obraża ludzi, którzy z komunizmem walczyli. Bohaterem nie jest na pewno, ale nie przypominam sobie, by ktokolwiek tak twierdził, a więc to akurat stwierdzenie wydaje mi się niepotrzebne. Lista osób odznaczonych (nie negując zasług, cierpień, odwagi i dorobku wyżej wymienionych i innych nagrodzonych) jest - niestety - przykładem stosowania kryterium bieżącej polityki do tej tak delikatnej dziedziny, która powinna być całkowicie wolna od gry politycznej. Brakuje wśród nagrodzonych ludzi związanych z obozem innym niż lewicowo-liberalny i laicki. Ten problem nie jest tylko sporem, w który - jak chcą postkomuniści i ich zwolennicy - uwikłane są generacje pamiętające czasy Polski Ludowej. Problem jest szerszy i tak jak komunizm został porażony blaskiem prawdy zgodnie z ewangelicznym stwierdzeniem "Prawda was wyzwoli", tak samo dzięki prawdzie zostanie przezwyciężony postkomunizm, będący jedynie kolejną mutacją tej samej ideologii, stawiającej w centralnym miejscu kwestię sprawowania władzy. Pytanie Lenina "Kto kogo?" jest dla postkomunistów tak samo istotne, jak dla ich poprzedników. Zmieniły się przede wszystkim metody, obecnie postkomuniści nie mogą zastosować przemocy, ale wszystkie inne chwyty są dozwolone. Wybitny historyk Andrzej Paczkowski w posłowiu do wydanej niedawno książki Michaela Dobbsa "Precz z wielkim bratem" pisze: "Tak więc historia się nie kończy, tak jak nie skończył się - choć skurczył się i przepoczwarzył - komunizm jako system realizujący w krwawym trudzie swych poddanych i całkowicie bez powodzenia XIX-wieczną utopię ťświetlanej przyszłościŤ (...). W jego ruinach żyje kilkaset milionów ludzi. Także tu, w Polsce". Wprawdzie autor ma na myśli najprawdopodobniej istnienie komunistycznych dyktatur w Chinach, Korei Północnej, na Kubie i w paru innych krajach, ale termin "przepoczwarzenie" znakomicie pasuje do ewolucji dokonanej przez formację postkomunistyczną w Polsce. W gruncie rzeczy nie mogę dostrzec w propozycji Leszka Millera niczego poza kolejną próbą wyjścia SLD z politycznej izolacji. Warto przy tej okazji przypomnieć, że to sam Leszek Miller tak niedawno tę izolację świadomie pogłębiał, ogłaszając najpierw po wyborach parlamentarnych w 1997 r., że "wiosna będzie nasza", a następnie przed wyborami samorządowymi proklamując hasło "Ich rząd, nasz samorząd". Można zapytać: kiedy jest bardziej autentyczny? Jest z pewnością Leszek Miller politykiem wyrazistym i nietuzinkowym na tle przygnębiających miernot, uczestników festiwalu przeciętności, agresji, kabotynizmu i nieuctwa, jaki prezentuje Klub Parlamentarny SLD. Ale konsekwencja nigdy nie była jego silną stroną. W tym samym czasie, gdy mówił o zakończeniu "wojny polsko-polskiej", posłowie SLD usiłowali torpedować wszystkie reformy, przelicytowując się w atakach na AWS ze swoimi nowymi sojusznikami z KPN-OP i Naszego Koła.

Próby przełamania izolacji SLD są stałym elementem polskiej sceny politycznej. Istnieje na ten temat ogromna literatura, znaczną jej część zapisali politycy, a jeszcze większą publicyści. U podstaw tej publicystyki leży pomysł zawarcia tzw. historycznego kompromisu części lub całej Unii Wolności z częścią lub całością SLD. Wydaje się jednak, że pomysł ten nie zyskuje akceptacji w samej unii, a poza tym SLD tkwi w przymierzu z PSL (tam zresztą także są politycy, którym bliżej do AWS), co z kolei wyklucza porozumienie między SLD a UW. Tak pisze na ogół bardzo prawicy niechętny Marek Beylin: "Propozycja Leszka Millera, by zakończyć ťwojnę polsko-polskąŤ, od dawna ťleżała na ulicyŤ. Ta wojna to spadek po PRL i ówczesnych zmaganiach władzy z opozycją. Od początku nowej Polski miała swoich entuzjastów i krytyków. (...) Oba obozy dzielą się wewnętrznie wokół problemów integracji z UE i reform państwa. Propozycja, by w najważniejszych kwestiach władza i opozycja współpracowały, przychodzi więc w ostatnim momencie - gdy racjonalna polityka Polski wymaga wsparcia wszystkich zainteresowanych. Ucieszy mnie ta propozycja, jeśli okaże się, że nie był to kolejny żart Leszka Millera. Tak czy owak, pozostanie pytanie, dlaczego nikt nie odważył się na to wcześniej" ("Gazeta Wyborcza", 23 listopada 1998 r.). Najwyraźniej pan Beylin nie czyta własnej gazety, gdyż tego rodzaju propozycje wielokrotnie na łamach "Gazety Wyborczej" były przedsta- wiane. W bardzo podobnym duchu pisze także prof. Jerzy Wiatr, prominentny polityk i jeden z nielicznych teoretyków SdRP: "Powodzenie integracji europejskiej wymaga też stworzenia politycznych warunków dla tego wielkiego przedsięwzięcia. W Polsce są siły polityczne zdecydowanie opowiadające się za tą integracją. Należą do nich przede wszystkim UW i SLD. Te dwa ugrupowania od początku procesu przemian demokratycznych stoją po przeciwnych stronach. (...) Można to zrozumieć, ale trudno nie dostrzec, że staje się to coraz bardziej anachroniczne. Czy Polskę stać będzie - jak stać było Węgry - na przełamanie tego stanu rzeczy? Na patrzenie naprzód miast wiecznego rozpamiętywania czasów minionych? (...) Być może właśnie referendum w sprawie wejścia Polski do UE będzie okazją do tworzenia się porozumień i podziałów na nowej, a nie historycznej jedynie podstawie" ("Gazeta Wyborcza", 25 listopada 1998 r.). A poglądy te podpiera swoimi analizami nieoceniona i jednostronna prof. Lena Kolarska-Bobińska, pisząc: "Kwestie związane z integracją będą szczególnie ważne dla młodego pokolenia. (...) Pragmatyczni i racjonalni w swej większości osiemnastolatkowie przerzucą swe głosy na te ugrupowania, które przedstawią im lepszą ofertę programową, nakreślą perspektywy i skupią się na ich problemach. Różnice ideologiczne będą dla nich mniej ważne niż perspektywy na przyszłość" ("Rzeczpospolita", 26 listopada 1998 r.). Sugeruje to pewną bezideowość młodzieży, ale być może tak jest? Dla prof. Wiatra taki sojusz oparty na podobnych stanowiskach w kwestii integracji z Unią Europejską jest atrakcyjny, ale w tej chwili mamy do czynienia z sojuszem Leszka Millera i Jarosława Kalinowskiego i to ten sojusz najwyraźniej umacnia się z każdym głosowaniem w Sej- mie. A jest on oparty na PRL-owskich rodowodach sojuszników.

Polityki na dłuższą metę nie da się prowadzić w oderwaniu od zjawisk, które istnieją realnie. Głęboka - delikatnie mówiąc - wzajemna nieufność pomiędzy obozem wywodzącym się z Polski Ludowej a obozem nawiązującym do tradycji demokratycznej opozycji jest faktem. Istnieją zasadnicze różnice w stylu uprawiania polityki, politycznej kulturze, a wreszcie istnieją podstawowe różnice interesów. Dla prawicy, a więc dla AWS (albowiem grupki bez uzasadnienia uparcie nazywane przez publicystów "radykalną prawicą" są faktycznie prokomunistyczną dywersją), ważna jest reprywatyzacja, pozwalająca naprawić w jakimś stopniu rachunek krzywd, dla postkomunistów - dokładnie odwrotnie. Ludzie, którzy zostali ograbieni w PRL, a zaznali sprawiedliwości w III RP, stanowią elektorat prawicy. Do tego dochodzi telewizja, z której postkomuniści uczynili telewizję partyjną, oraz walka z Kościołem i religią katolicką jako podstawowy element ich ideowej tożsamości. Ma to wpływ także na nieuchronny proces integracji europejskiej i podzielam opinię posła Marcina Libickiego, że Europa albo będzie chrześcijańska, albo nie będzie jej wcale - przynajmniej w znanej nam i bliskiej formie kultury. Wszystko to wskazuje na konieczność kontynuowania dotychczasowej polityki, polegającej na izolowaniu i marginalizowaniu postkomunistów, a nie szukaniu z nimi porozumień. Podczas dyskusji w Sejmie przy okazji głosowania nad reformą systemów emerytalnych poseł Jan Lityński, wskazując na złamanie przez postkomunistów dżentelmeńskiej umowy dotyczącej ustaleń w komisji, powiedział, że potrzebował dziewięciu lat III Rzeczypospolitej, aby dojść do wniosku, że z komunistami nie warto zawierać żadnych porozumień. Ja wprawdzie wiedziałem o tym mniej więcej od dwunastego roku życia, ale cieszę się, że te słowa w Sejmie zostały wypowiedziane. To także element nie bez znaczenia w dyskusji nad "wojną polsko-polską". Zupełnie przypadkowo w tym samym czasie Anglicy aresztowali generała Augusto Pinocheta - nie wdając się w dyskusję nad tym przejawem wyjątkowej hipokryzji, wpisującym się w brytyjską tradycję wiarołomstwa i zdrady, mamy okazję się przekonać, ile jest wart obiektywizm lewicy. Oglądamy manifestacje nienawiści i podłości organizowane przez lewaków i komunistów i po raz kolejny przekonujemy się, jak trwałe są mity o komunizmie i jak silna jest pogarda dla jego ofiar. To nie fanatyzm i niezdolność do oderwania się od przeszłości nakazują prawicy pamiętać o tych ofiarach, ale troska o to, by komunizm się nie powtórzył. I dlatego prawica nie może się zgodzić na triumf cynizmu, a byłoby nim zapomnienie o rodowodzie, ideologii, stylu uprawiania polityki przez postkomunistów w imię robienia z nimi politycznych - a z pewnością i innych - interesów. Siłą prawicy jest trwanie przy polityce izolacji SLD. Właśnie dlatego, że polityka izolacji zaczyna przynosić oczekiwane efekty (o czym świadczą wszystkie sondaże, wykazujące już nawet dziesięciopunktową przewagę AWS nad SLD), pojawiła się oferta Leszka Millera. Jej przyjęcie byłoby przekreśleniem tych sukcesów i musiałoby zaowocować jedynie odwróceniem się od AWS znacznej części opinii publicznej. Byłoby też nieoczekiwanym prezentem dla panów Słomki, Jaroszyńskiego i spółki.

Jak trafnie pisał Alain Besan'on, jeden z najwnikliwszych analityków sowieckiej rzeczywistości: "Idealny komunista to taki, który na wzór Lenina ma tylko jedno słowo, jeden język i żyje bez reszty w nadrzeczywistości. Jeśli kłamie, nie jest dobrym komunistą (chyba że wobec wroga klasowego, co jest jego obowiązkiem). Jeśli sądzi, że język, którym się posługuje, może mieć zastosowanie do ťrealnejŤ rzeczywistości, jest naiwny". Ta "nadrzeczywistość" to świat idei i pojęć postkomunistów, inny niż świat ludzi wyrosłych z tradycji narodowej, patriotycznej, chrześcijańskiej. Liderzy SdRP z pewnością naiwni nie są, ale co innego znaczy dla nich lojalność, tolerancja i demokracja. Ich wypowiedzi, m.in. wygłaszane przy okazji sprawy Pinocheta, przekonują o tym raz jeszcze. I oczywiście prawica pozostaje dla większości z nich wrogiem klasowym. Wydaje mi się, że trafnie oddaje stan ich umysłów profesor Uniwersytetu Berkeley Martin Malia, pisząc: "Ideologia nie jest zbiorem przykazań sprawdzonych w Księdze, a następnie stosowanych. Jest wszechobejmującym stanem umysłu, przenikającym postępowanie i decyzje, które nieideologicznemu obserwatorowi wydają się przypadkowe i podejmowane ad hoc". 

 

Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0