Apetyt na tortillę

Apetyt na tortillę

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co chciałby pan przenieść z Meksyku do Polski? - zapytano Jerzego Buzka podczas niedawnej wizyty polskiej delegacji rządowej w dwóch krajach Ameryki Łacińskiej. - Półwysep Jukatan i tutejsze rozwiązania socjalne - odparł premier.
Co chciałby pan przenieść z Meksyku do Polski? - zapytano Jerzego Buzka podczas niedawnej wizyty polskiej delegacji rządowej w dwóch krajach Ameryki Łacińskiej. - Półwysep Jukatan i tutejsze rozwiązania socjalne - odparł premier. Co do przenosin malowniczego półwyspu Jukatan nad Bałtyk, to zapewne należałoby podzielić pragnienie szefa naszego rządu. Przed kopiowaniem meksykańskich rozwiązań socjalnych uchowaj nas jednak - śmiem twierdzić - Panie Boże.
Przenosiny Jukatanu już się zresztą w pewnej skali dokonują. Tyle że nie do Polski, a do USA. Chodzi mianowicie o wywóz przez Amerykanów piasku z jukatańskich plaż, co miejscowych doprowadza do szewskiej pasji. Kończyć się wszakże musi na zgrzytaniu zębami, bowiem amerykańscy inwestorzy praktycznie kontrolują cały przemysł turystyczny południa Meksyku i mogą tu robić niemal wszystko, co im się podoba. A podoba im się właśnie tutejszy piasek - sypki jak cukier puder i niemal tak samo biały, wprost idealnie komponujący się także z amerykańskimi kąpieliskami.
Rosario Green Macias, pani minister spraw zagranicznych, zręcznie uchyliła się od odpowiedzi na pytanie o stosunek swoich rodaków do Amerykanów, ale pewien miejscowy dyplomata rzekł mi bez ogródek: "Szkoda, że Bóg tak daleko, a Ameryka tak blisko". Z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć można, że stosunek ów określa mieszanka nabożnego podziwu, kompleksów i zawiści. Meksykanie nie mogą nie doceniać wymiernych korzyści płynących z kontaktów z potężnym sąsiadem, zarazem nie mogą nie dostrzegać, że ceną gospodarczego otwarcia na północ jest utrata części ekonomicznej suwerenności.
Nazwa Jukatan - przedmiotu największej chyba dziś dumy Meksykanów i zazdrości polskiego premiera - pochodzi od słów Majów "nie rozumiem". Tak właśnie niegdysiejsi gospodarze tej ziemi mieli odpowiedzieć hiszpańskim najeźdźcom, gdy ci przed wiekami zapytali - rzecz jasna, w ojczystym języku Cortesa - "Jak nazywa się ten ląd?". Perłą Jukatanu, sztucznie wyhodowaną przed niespełna trzydziestu laty za ogromne pieniądze, głównie z zewnątrz, jest sześćset- tysięczne miasto Cancun - wielkie zbiorowisko gigantycznych hoteli nad Morzem Karaibskim. Może nie są one najpiękniejsze architektonicznie, ale za to za umiarkowaną cenę oferują usługi o wysokim standardzie. Po podpisaniu - podczas wspomnianej wizyty polskiej delegacji - umowy o ruchu bezwizowym i uruchomieniu połączeń czarterowych już w przyszłym roku na Jukatanie spodziewać się należy prawdziwej inwazji naszych turystów
Cancun uchodzić może za wizytówkę "nowego Meksyku", ale z pewnością nie może być jeszcze uznany za symbol tego państwa. Ojczyzna Benito Juareza, licząca dziś ponad 90 mln mieszkańców, wciąż pozostaje - mimo ambitnych wysiłków reformatorskich prezydenta Ernesta Zedillo, sprawnego technokraty, absolwenta szacownego Uniwersytetu Yale - krajem o niewyobrażalnych dla przeciętnego Europejczyka kontrastach społecznych. Premier Buzek nie bez racji mógł komplementować gospodarzy za trzyprocentowe bezrobocie, ale nie należy przy tym zapominać, że 10 mln Indian ze stanu Chiapas żyje w skrajnej nędzy, że do tysięcy wiosek nie dotarła jeszcze elektryczność, a prawie 70 proc. zatrudnionych zarabia miesięcznie nie więcej niż 100 dolarów. Można też porównywać Polskę i Meksyk - z uwagi na zbliżoną wartość PKB przypadającą na mieszkańca i tempo rozwoju gospodarczego - ale to przecież nie my pokonujemy wpław Odrę, lecz setki tysięcy Meksykanów wciąż usiłują sforsować Rio Grande. Trudno przypuszczać, aby uciekali od dobrobytu. Stąd też między innymi i mój sceptyczny stosunek do zachwytów nad meksykańskimi "rozwią- zaniami socjalnymi". Jeśli chodzi o tę dziedzinę, kraj rządzony od 70 lat (to rekord świata!) przez Partię Rewolucyjno-Instytucjonalną (PRI) na razie usiłuje przenieść na swój grunt tzw. model argentyński, polegający na sprzęgnięciu działalności funduszy emerytalnych z tanim budownictwem mieszkaniowym. Co udało się w Argentynie, a być może powiedzie się w Meksyku, niekoniecznie musi się przyjąć w centrum Starego Kontynentu.
Wszystko to nie zmienia faktu, że Meksyk pozostaje niezwykle atrakcyjnym i stabilnym rynkiem. Nie ma śladu po ekonomicznej zapaści z 1994 r. - kiedy na skutek wprowadzenia wolnego kursu wymiany peso po kilku dniach wartość miejscowej waluty w stosunku do dolara spadła o 50 proc. (był to słynny "efekt tequili", uznawany za pierwszy poważny kryzys związany z globalizacją gospodarki). Przeciwnie, dzięki wpompowaniu przez Amerykanów 20 mld USD i konsekwentnemu wprowadzaniu przez rząd ograniczeń budżetowych oraz przyspieszeniu prywatyzacji państwowych molochów gospodarka meksykańska zdaje się rozkwitać. Atrakcyjność tego rynku określa jednak nie tyle obecność całkiem licznej grupy bardzo zasobnych konsumentów, ile jego związek z Północnoamerykańskim Stowarzyszeniem Wolnego Handlu (NAFTA), od 1 stycznia 1994 r. obejmującym USA, Kanadę i Meksyk. Dlatego chcą tu być obecni wszyscy możni tego świata. Ostatnio prawdziwą inwazję gospodarczą przypuściły na ten rynek kraje Europy Zachodniej, w szczególności Hiszpania; każdy z nich chce coś na własną rękę uszczknąć z wielkiej tortilli, nim dojdzie do ostatecznych uzgodnień gospodarczych pomiędzy Meksykiem a Unią Europejską.
Polsce z owej symbolicznej tortilli - bardzo popularnego w Ameryce Łacińskiej kukurydzianego placka - dostają się na razie okruchy. Poziom wzajemnej wymiany handlowej - której strukturę można by określić krótko: "my wam wódkę, wy nam gumę do żucia" - drastycznie spada z roku na rok, a polski eksport jest żenująco niski. Oczywiście, można tłumaczyć ten stan rzeczy rozmiarami Atlantyku czy skłonnością meksykańskich przedsiębiorstw do form "wygodnego handlu" w ramach NAFTA via firmy brokerskie działające na granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Chodzi jednak o to, że z pozycji europejskiego "tygrysa" wstyd raczej własną bierność tłumaczyć pasywnością potencjalnego partnera.
- To fragment większej całości. Mówimy o jednym z najpoważniejszych problemów naszej gospodarki: o karleniu eksportu, o problemie tymczasowo nierozwiązywalnym - przyznaje Janusz Steinhoff, minister gospodarki. Jerzy Marek Nowakowski, podsekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady
Ministrów, mówi zaś o konieczności "utrzymywania równoległych stosunków z Unią Europejską i państwami tak znaczącymi gospodarczo i politycznie jak Meksyk", nazywa to plastycznie "potrzebą tworzenia by-passów". Kto zatem jak najrychlej wystąpi w roli sprawnego chirurga?
W drodze powrotnej z Meksyku zaproponowałem premierowi Buzkowi i ministrowi Steinhoffowi zorganizowanie w dawnej krainie Majów i Azteków wielkiej wystawy polskich towarów. Pomysł przyjęty został przychylnie. Gdyby rządowi udało się znaleźć na ten cel 1-2 mln dolarów, a w przedsięwzięciu zechciały partycypować duże firmy prywatne, nasza próba włączenia się do "drugiej konkwisty" - jak to niedawno ujął "Newsweek" - mogłaby zastać podjęta jesienią przyszłego roku. Jeśli nie, pozostanie wiara w praktyczniejszej natury skutki miłości meksykańskich elit do Fryderyka Chopina.


Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0