Wyspy strachu

Wyspy strachu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wysp Salomona boją się wszyscy i to od setek lat
Od drugiej połowy XIX w. rzadko kto tutaj docierał. Także teraz jest sto powodów, dla których lepiej omijać te strony. Zanim wylądowałem w Honiarze, miałem kłopoty z uzyskaniem wizy. W jedynej europejskiej ambasadzie Wysp Salomona w Brukseli odmawiano mi jej wydania i proponowano, abym zwrócił się w tej sprawie do władz w stolicy. Pisałem, nikt nie odpowiadał. W końcu poleciałem. Dopiero na miejscu dowiedziałem się, że właśnie zniesiono stan wyjątkowy. Obowiązywał on w związku z międzyplemiennymi walkami w państwie leżącym na 992 wyspach (347 z nich jest zamieszkanych). Etniczny konflikt między wyspiarzami z Guadalcanal i sąsiedniej Malaity trwa od dłuższego czasu, a ostatnio się nasilił. Było wiele ofiar, ucierpieli nawet turyści. Lokalny dziennik "Salomon Star" donosi o osiemnastu zaginionych mieszkańcach Malaity, z których pięciu prawdopodobnie zabito.
Ludność ta od dawna usiłuje emigrować ze swojej gęsto zaludnionej wyspy, a jej celem jest Guadalcanal, gdzie jest więcej miejsca, pracy i - co najważniejsze - ziemi. Zdobywała tereny w rozmaity sposób (przeważnie je kupowała) i z powodzeniem eksploatowała. Mieszkańcy wyspy Guadalcanal poczuli się w końcu zagrożeni. Utworzyli grupy terrorystyczne, napadali, rabowali i zabijali przybyszy. Członkowie grup, zwani milicją, chronią się w dżungli i są nieuchwytni. Sądząc z doniesień prasowych, nazwiska ich przywódców są znane, z czego jednak nic nie wynika. Tymczasem trwa exodus żyjących w ciągłym lęku mieszkańców Malaity. Widziałem opuszczone przez nich wioski, a w Honiarze rozmawiałem z kilkoma z nich. - Czujemy się tutaj jak cudzoziemcy - mówią. I nic to, że premierem jest człowiek z ich wyspy, Bartholomeu Kluta?alu, a wielu ministrów to ich ziomkowie.
W zakurzonej 48-tysięcznej stolicy wyczuwa się napięcie. Przed ministerstwem finansów - jedynym pięciopiętrowym budynkiem w Honiarze - całymi dniami siedzą tłumy mężczyzn domagających się odebrania ziemi przybyszom. Temperatura sięga 35 stopnie C, wilgotność powietrza przekracza 95 proc. Przeskakuję od chińskiego sklepiku do banku i biura linii lotniczej, gdzie działa klimatyzacja, idę sto metrów główną i praktycznie jedyną liczącą się ulicą Mendańa Avenue i odpoczywam chwilę pod drzewem mangowca. Przez cały czas muszę się oganiać od owadów, gdyż Wyspy Salomona są światową "potęgą" wśród krajów malarycznych. Duża wilgotność powietrza i rozległe obszary bagienne to warunki sprzyjające moskitom. Podobno liczba zachorowań się zmniejsza - kiedyś na tysiąc osób było 700 wypadków malarii, teraz jest 300. - Prowadzimy akcje profilaktyczne - zapewnia dr Nathan Kere, jeden z siedmiu lekarzy w Honiarze i trzydziestu kilku w kraju liczącym 400 tys. mieszkańców (skądinąd prezes jedynego klubu Rotary na archipelagu). Kere przypomina, że w czasie walk na Guadalcanal więcej Japończyków zginęło z powodu malarii niż od amerykańskich pocisków. - To nasz wielki problem, ale za to nie mamy AIDS! - dodaje. Dotychczas nie zarejestrowano w tym kraju ani jednego nosiciela wirusa HIV - czyżby nie "wytrzymywał" tego klimatu?
Wyspy odkrył w 1567 r. don Alvaro Mendańa de Neyra. Był przekonany, że znajdują się tutaj nieprzebrane bogactwa jak u króla Salomona, dlatego ochrzcił jego imieniem archipelag. Skarbów nie znalazł i w czasie drugiego pobytu tutaj umarł - zapewne na malarię. Potem długo unikano wysp jak zarazy. Żyli na nich tylko łowcy głów i ludożercy, wszyscy walczyli ze wszystkimi. Było to prawdziwe malaryczne piekło, do którego pewnego dnia trafili Amerykanie. Tysiące z nich pozostało tu na zawsze. Walki o Guadalcanal w latach 1942-1943 przeszły do historii jako najstraszliwsze zmagania drugiej wojny światowej. Była to gigantyczna bitwa na lądzie, morzu i w powietrzu. Jakie ślady ogromu cierpień i męstwa ludzi przetrwały do dziś? Nieliczne tablice, pomniki i pamięć starszych mieszkańców. Stoję na brzegu oceanu, przede mną spokojna tego dnia woda. Na dnie Ironbotton Sound spoczywa 45 wraków statków zatopionych podczas bitew morskich USA i Japonii (ich położenie zostało dokładnie zaznaczone na mapie). Nieco dalej leżą jeszcze 22 okręty. Teraz tylko wyobraźnia podpowiada, co działo się tutaj przed kilkudziesięciu laty. Oglądam teren bitwy lądowej - cmentarz bez krzyży i nazwisk. Na wzgórzach stoją tylko dwa pomniki: wyrafinowanie skromny amerykański na Edson?s Ridge, zwanym też Bloody Ridge, i pokaźny japoński parę kilometrów dalej, na wzgórzu Austen. Ciężki upał i parująca po niedawnej ulewie ziemia pozwalają się wczuć w słowa Jamesa Jonesa z powieści "Cienka czerwona linia": "Ociekające drzewa, wrzask spłoszonych ptaków, odgłos własnego oddechu w zielonkawym powietrzu, stopy chlupocące w błocie ścieżki, półmrok". Bitwa lądowa o Guadalcanal rozgrywała się głównie dokoła Honiary, a także obecnego portu lotniczego Henderson. Pamięta się przede wszystkim twardego dowódcę bunkra pułkownika Foxa, obrońcę Bloody Ridge pułkownika Edsona, poległego z 800 żołnierzami w Hell?s Point pułkownika Kiyono Ichikę, no i Johna F. Kennedy?ego - oficera z jednostki PT 109, któremu udało się uratować z tonącego okrętu. W czasach pokoju inne niebezpieczeństwa odstraszają turystów. Boją się oni klimatu, upału, wilgoci (na południu Guadalcanal spada 12,5 m deszczu rocznie!), cyklonów, jadowitych węży, sławnego tugihono czy ogromnych rogatych żab (mają do 45 cm długości), krokodyli, rekinów, parzących i trujących roślin nalato i hailasi, po których dotknięciu skóra swędzi lub boli tygodniami. Można tu usłyszeć mnóstwo dobrych rad, jak unikać kontaktów z wrogą naturą. Lecz jak się zachować podczas spotkania z uzbrojoną "milicją"? W państwie, które jest członkiem brytyjskiego Commonwealthu, ONZ i kilkunastu organizacji międzynarodowych, 80 proc. mieszkańców prowadzi gospodarkę samowystarczalną i rzadko używa pieniądza, silniejsza od administracji jest władza szefów klanów i wiosek, nie wprowadzono dotychczas obowiązku szkolnego itp. Gazety zapełniają informacje o finansowej i technicznej pomocy reszty świata oraz o etnicznych waśniach. Cudzoziemcy mają skłonność do demonizowania - malarii można uniknąć, "milicjantów" łatwo spotkać na ogół tylko w dżungli, rekiny, jadowite węże i parzące krzewy nie muszą co chwila stawać na drodze. Kto się boi Wysp Salomona, ten nigdy nie pozna wielu atrakcji tego niezwykłego kraju, nie spotka wyznawców "kultu" cargo (są też w Papui i Vanuatu, gdzie czekają na amerykańskie dostawy i zrzuty z nieba). Nie dowie się, że na wyspie Malaita żyją ludzie przekonani o tym, iż pochodzą od zaginionego plemienia Izraela. Nie zobaczy chat na koralowych wyspach, malowniczych lagun, wodospadów, wulkanów, raf, nie będzie miał okazji podziwiać fantastycznych ptaków, latających ryb, orchidei czy hibiskusów. Warto, a nawet należy dotrzeć do pól bitewnych Guadalcanal, żeby potwierdzić stare amerykańskie powiedzenie i zrozumieć tytuł znanej książki: "Jest tylko cienka czerwona linia między rozsądkiem a szaleństwem".
Więcej możesz przeczytać w 48/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0