Bieg z przeszkodami

Bieg z przeszkodami

Dodano:   /  Zmieniono: 
Szczyt Unii Europejskiej w Helsinkach
Rację miał Percy Barnevik, szef rady nadzorczej koncernu ABB, który w styczniu tego roku stwierdził na łamach "Wprost": "Nie mówcie o datach, reformujcie struktury państwa, prywatyzujcie gospodarkę, udowodnijcie UE, że jesteście gotowi do integracji z jej strukturami". Nikt nie przyjmie nas do unijnej struktury tylko dlatego, że nasi politycy uzgodnili między sobą, iż nastąpi to w 2003 r. Nastąpi to wtedy, gdy UE przekona się, że mamy zdrową gospodarkę, która jest gwarantem szybkiego nadrobienia cywilizacyjnego zapóźnienia naszego kraju. Im szybciej dostarczymy Brukseli argumentów do podjęcia takiej decyzji, tym lepiej dla Polski i piętnastki. Na razie lista wzajemnych pretensji jest długa.
To, że w trakcie szczytu w Helsinkach nie padnie żadna konkretna data rozszerzenia Unii Europejskiej, było wiadomo od kilku tygodni. Padła jednak inna bardzo istotna dla nas deklaracja: przywódcy piętnastki zgodnie stwierdzili, że będą gotowi do podpisania traktatów członkowskich z najlepiej przygotowanymi państwami nie wcześniej niż w końcu 2002. Dlaczego za trzy lata? Ponieważ Bruksela nie jest jeszcze przygotowana do przyjęcia nowych członków. "Najpierw musimy zakończyć reformy wewnętrzne, a dopiero potem wyznaczyć termin przyjmowania nowych państw" - powtarzali zgodnie przywódcy piętnastki i Romano Prodi, przewodniczący Komisji Europejskiej. Na przełomie lutego i marca przyszłego roku rozpocznie obrady konferencja międzyrządowa, która zakończy unijne reformy. Z efektami jej pracy będziemy się mogli zapoznać na grudniowym szczycie w Nicei.
Jakie znaczenie mają słowa Romano Prodiego dla Polski i pozostałej piątki ubiegającej się o miejsce w Brukseli? Założenie, że negocjacje będą trwały dwa, trzy lata, okazało się zbyt optymistyczne i chyba zapomnieliśmy, że Hiszpania, kraj lepiej rozwinięty niż Polska, Słowenia, Czechy czy Estonia, negocjacje z Brukselą prowadziła ponad siedem lat. Poza tym czekają nas jeszcze rokowania w najtrudniejszych dziedzinach, m.in. w dziedzinie rolnictwa. W tej sytuacji optymiści przewidują, że zostaniemy członkiem unii w 2004, realiści uważają, iż nastąpi to w latach 2005-2006, pesymiści zaś twierdzą, że jeszcze później. Data unijnej gotowości do rozszerzenia mniej więcej zbiega się z terminem, w którym my powinniśmy być przygotowani do pełnej integracji. Nasz rząd zobowiązał się, że nastąpi to 1 stycznia 2003 r. Termin ten od początku uważano za bardzo ambitny.
Słowa przywódców piętnastki wyraźnie dowodzą, że nie będzie grupowego przyjmowania do unii. Wszystko wskazuje na to, że dopiero teraz zaczyna się prawdziwy wyścig do Brukseli. Czyja flaga zostanie za kilka lat wciągnięta na maszty przed siedzibą Komisji Europejskiej, a kto będzie nadal negocjował?
Czas jednak skończyć z fetyszem dat i poważnie zabrać się do pracy. Musimy pamiętać, jak duży dystans dzieli nas jeszcze od najbiedniejszych państw unii. W 1998 r. produkt krajowy brutto per capita stanowił w Polsce zaledwie 39 proc. średniej przypadającej na mieszkańca piętnastki. Jak wynika z badań Eurostatu, wśród kandydatów do Unii Europejskiej najbogatsi są Cypryjczycy, najbiedniejsi - Łotysze. Na mieszkańca Słowenii przypada 68 proc. średniego unijnego PKB, na Czecha - 60 proc., a na Węgra - 49 proc.
Dane Eurostatu wskazują, że bezrobocie w Polsce i w krajach piętnastki jest porównywalne (ponad 10 proc.), natomiast we wszystkich państwach (z wyjątkiem Estonii) aspirujących do UE jest ono zdecydowanie niższe - na Cyprze wynosi zaledwie 3,3 proc. Jeśli chodzi o inflację, jedynie na Węgrzech jest ona wyższa niż w Polsce. W ubiegłym roku ceny wzrosły tam o ponad 14 proc., podczas gdy na Cyprze jedynie o 2,2 proc. Wszystkie kraje kandydackie miały w 1998 r. ujemny bilans handlu zagranicznego, dla wszystkich też Unia Europejska jest największym partnerem handlowym. Udział Polski w unijnym handlu jest największy. W Helsinkach postanowiono rozpocząć negocjacje z kolejnymi sześcioma kandydatami: Bułgarią, Rumunią, Słowacją, Litwą, Łotwą i Maltą. Status oficjalnego kandydata otrzymała Turcja. Powiększenie grupy negocjujących państw do dwunastu może trochę spowolnić rokowania, choć Bruksela temu zaprzecza. Już dzisiaj tamtejsi urzędnicy narzekają na nadmiar pracy i nie zawsze przygotowują dokumenty na czas. Unijni negocjatorzy nie ukrywają, że potrzebne jest im kadrowe wzmocnienie. Zadecyduje o tym Eneko Landaburu, nowy dyrektor generalny ds. rozszerzenia unii, który od stycznia zastąpi Nikolausa van der Pasa.
Więcej możesz przeczytać w 51/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0