Cena nadziei

Cena nadziei

Dodano:   /  Zmieniono: 
Porwane Polki bezwiednie wpadły w tryby kaukaskich rozgrywek politycznych
Polki porwane 9 sierpnia w Dagestanie lada dzień znajdą się w bezpiecznym miejscu - takie zapewnienia słychać od kilkunastu dni. W praktyce nie okazuje się to jednak proste. Zofia Fiszer-Malanowska i Ewa Marchwińska-Wyrwał mają zostać zabrane z granicy czeczeńsko-gruzińskiej helikopterem sił bezpieczeństwa Gruzji. Muszą się tam tylko pojawić.

Sprawy techniczne dotyczące przewiezienia Polek zostały teoretycznie załatwione. Po przylocie do Tbilisi obie panie powinny przejść staranne badania lekarskie. Będą się tam nimi również opiekować przedstawiciele polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wysłannicy Warszawy od dawna są już na miejscu. W ich asyście Fiszer-Malanowska i Marchwińska-Wyrwał udadzą się w drogę powrotną do kraju. Polski rząd podstawi specjalny samolot, który już od dłuższego czasu stoi w gotowości na warszawskim lotnisku. Nasze rodaczki uprowadził w Dagestanie czeczeński klan Ahmadowów. Porywacze przewieźli je na terytorium czeczeńskie do miejscowości Urus-Martan, uchodzącej za gniazdo wahabitów, wojowniczych islamskich fundamentalistów. Do uprowadzenia doszło jeszcze przed najazdem rosyjskich wojsk federalnych na Czeczenię, dlatego na początku rodzeństwo Ahmadowów mówiło wyłącznie o pieniądzach. Do dziś nie wiadomo, jakie były, czy ewentualnie nadal są, żądania finansowe. Kiedyś rosyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych twierdziło, że Ahmadowowie domagają się po milionie dolarów okupu za każdą porwaną. Dziś jednak rzekomo nie są one już zakładniczkami, więc postulaty finansowe - jeśli nadal się pojawiają - mogły zostać zredukowane. "Uwolnienie" polskich pracownic naukowych przyspieszyła rosyjska wyprawa wojenna na zbuntowaną republikę. Czeczeni zjednoczyli się w walce z najeźdźcą. Tak stało się też w wypadku rodziny Ahmadowów. Kontroluje ona Urus-Martan, który stał się jednym z głównych obiektów rosyjskiego ataku. Ambicją rodu było, aby miejscowość nie wpadła w ręce agresora. Według ostatnich doniesień z Moskwy, armia rosyjska zajęła jednak Urus-Martan, położony ok. 20 kilometrów od Groznego. Bezpieczeństwo porwanych Polek - gdyby ciągle znajdowały się w tym miejscu - stanęłoby pod znakiem zapytania. Można mieć nadzieję, że już dawno zostały stamtąd wywiezione. Od początku obecnej wojny - co przyznają również przeciwnicy interwencji - Kreml działa zaskakująco skutecznie w dziedzinie public relations. Media stoją murem za władzami państwowymi. Opinia publiczna także przekonana jest o słuszności działań rosyjskich sił zbrojnych. Zagranica zaś skłonna jest przyjmować za dobrą monetę tezy Moskwy, że walczy ona z islamskim terroryzmem. W tej sytuacji Czeczeni mogą liczyć tylko na siebie i na sympatię przyjaciół. Po naradzie czeczeńscy komendanci polowi uznali, że oswobodzenie Polek może poprawić wizerunek oblężonej republiki. Dowódcy zaczęli naciskać na braci Ahmadowów, by wypuścili ofiary. Droga do odzyskania przez Polki wolności stanęła otworem. Dlaczego jednak do tej pory nie są one wolne? Gdzie teraz mogą przebywać? Jest mało prawdopodobne, by przetrzymywano je w strefie bezpośrednich działań wojennych. Polki - jak utrzymują - słyszą ze swej kryjówki strzały. Tymczasem strzały słychać dziś w Czeczenii prawie wszędzie. Można je usłyszeć także w sąsiedniej Inguszetii, nawet w pewnej odległości od granicy. Nie ulega wątpliwości, że Polki bezwiednie wpadły w tryby rozgrywek politycznych. Sprawę prof. Zofii Malanowskiej-Fiszer i doc. Ewy Marchwińskiej-Wyrwał chce bowiem wykorzystać do swoich celów Wacha Ibrahimow. Ibrahimow, wiceminister spraw zagranicznych Czeczenii, pragnie, aby polskie władze urządziły mu dziękczynny spektakl. Może liczy na objęcie schedy po Asłanie Maschadowie? Tymczasem temu czeczeńskiemu radykałowi, nieprzejednanemu wrogowi Kremla, grozi zapomnienie i polityczny niebyt. Podstawy jego politycznej egzystencji zawsze były zresztą kruche. Nigdy nie piastował żadnej funkcji, stanowiąc drugą linię polityków czeczeńskich. Był jednak współpracownikiem pierwszego prezydenta republiki, Dżohara Dudajewa. Swą pozycję usiłował budować na tym, że odniósł rany wtedy, gdy rosyjskie pociski śmiertelnie trafiły Dudajewa. Polskie władze nie zamierzają robić Ibrahimowowi pokazu wdzięczności na pograniczu czeczeńsko-gruzińskim i to może być powodem usztywnienia stanowiska drugiej strony i zwłoki w wydaniu porwanych. Czeczeński polityk bardzo chciałby zaistnieć jako wyzwoliciel, w pełnej krasie, w świetle jupiterów. Nie jest wykluczone, że w jego towarzystwie pojawiłby się wtedy Ahmed-Hodż Nuchajew, czeczeński milioner mający rozległe interesy oraz znajomości w Europie i USA. Nuchajew jest zwolennikiem utworzenia kaukaskiego wolnego rynku. Jednym z jego głównych współpracowników jest Maciej Jachimczyk, Polak nawrócony na islam. Można przypuszczać, że to oni umożliwili Malanowskiej-Fiszer i Marchwińskiej-Wyrwał rozmowę telefoniczną z pracownikami ambasady RP w Tbilisi i dziennikarzami RMF FM w Krakowie. Cała trójka jest dziś w Baku. Ostatnio pojawiły się pogłoski, że Ibrahimow nie chce przyjechać do Tbilisi, bo nagle zaczął się obawiać o własne życie. Rosjanie rzekomo oskarżają go o przemyt i zaopatrywanie w broń walczących Czeczenów. Wygląda to jednak na manewr mający opóźnić ostateczne rozwiązanie i pomóc wytargować od Polaków ustępstwa. Rysujący się - mimo perturbacji - szczęśliwy finał epopei uprowadzonych Polek będzie zasługą powołanego przez polski rząd zespołu fachowców. Dużą rolę w zabiegach na rzecz uwolnienia polskich uczonych odgrywają pracownicy Ośrodka Studiów Wschodnich, placówki wyspecjalizowanej m.in. w problematyce krajów WNP. To właśnie eksperci OSW są pośrednikami w rokowaniach z Czeczenami. Rodzi się pytanie, co dla dobra sprawy uczynili Nuchajew i Jachimczyk. Po co w próby rozwiązania problemu angażował się Wacha Arsanow, mieszkający w Gruzji wiceprezydent Czeczenii, zaciekły antagonista szefa państwa, Asłana Maschadowa, i protektor wahabitów? Czemu podczas trwania dramatu poza czcze deklaracje poparcia nie wychodzi rząd Gruzji, "wypróbowany" przyjaciel Zachodu? Być może Tbilisi, obwiniane przez Moskwę o sprzyjanie czeczeńskim rebeliantom, nie chce się narażać w żaden sposób Kremlowi. Wygląda na to, że i tym razem polityka przesłania kwestie humanitarne. Spodziewany happy end może nastąpić dopiero wtedy, gdy skomplikowane rozgrywki taktyczne uda się odsunąć na dalszy plan..

Więcej możesz przeczytać w 51/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0