Gryzienie Oscara

Gryzienie Oscara

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jedynie przez chwilę miałem pewność, że Wajda dostanie Oscara. Szybko okazało się, że Oscar jest nie tylko, a nawet nie przede wszystkim dla Wajdy, ale dla całej polskiej kinematografii
Gdy wydawało się, że Andrzej Wajda ma już w kieszeni Oscara za całokształt twórczości, walka rozgorzała na nowo. Co rusz zgłaszają się nowi pretendenci do zwycięstwa. Gdy więc 26 marca będą wręczać Oscara za całokształt, zadrżę. Kto wygra? Wajda czy nie Wajda?
Jedynie przez chwilę miałem pewność, że Wajda dostanie Oscara. Jeszcze krótszy był moment pewności, że dostanie go za całokształt twórczości. Szybko okazało się, że Oscar jest nie tylko, a nawet nie przede wszystkim dla Wajdy, ale dla całej polskiej kinematografii. Potem wyszło na jaw, że reżyser dostanie go, bo w Akademii Filmowej mieli wyrzuty sumienia, że nie dostał go wcześniej. Potem - że dostanie go, bo wiadomo, że nie dostanie Oscara za "Pana Tadeusza". Potem - że dostanie go, bo udał się lobbing, a wiadomo, że w Ameryce bez lobbingu ani rusz. Ale czy na pewno Oscara dostanie Wajda? Niekoniecznie. Wajdzie wręczą może figurkę, lecz to wcale nie znaczy, że Oscar będzie dla niego. W takim razie dla kogo? W "Życiu Warszawy" ukazał się właśnie wywiad pod wszystko mówiącym tytułem: "Załatwił Polsce Oscara". Zatem Wajda załatwił go Polsce? Nie, to konsul RP w Los Angeles, Paweł Potoroczyn, załatwił go dla Wajdy. No, nie on sam, dlatego skromnie mówi, iż "to wielki zaszczyt, że miałem udział w czymś tak ważnym jak przyznanie Andrzejowi Wajdzie Oscara". Mylą się ci, którzy sądzą, że Oscar dla Andrzeja Wajdy był zapisany w gwiazdach. "W opracowaniu, które złożyłem na konkurs w MSZ, pięć lat temu już o tym wspomniałem" - mówi Potoroczyn i łaskawie zgadza się na doprecyzowanie, że szło mu nie o Oscara dla Wajdy, ale o Oscara dla Polski jako jeden z celów naszej polityki zagranicznej. Dlaczego trzeba było czekać aż pięć lat? "Nie wolno mi było tego dłużej odkładać, bo moja misja w Los Angeles kończy się w tym roku". Uff, całe szczęście, że nasz konsul zdążył. Teraz spokojnie będzie mógł pójść na ceremonię wręczania Oscarów. Wcześniej nie chodził, bo "nie było powodów". A wejściówki czekały, oj, czekały, a dwa nie zajęte miejsca kłuły w oczy, oj, kłuły. Byłem już spokojniejszy, bo wiedziałem, że Oscar jest dla Polski. Ale nie. Bo oto czytam w "Trybunie" tekst Zygmunta Broniarka i czego się dowiaduję? "W piątek 21 stycznia o godzinie 15.45, idąc do warszawskiej Zachęty z wydawcą Tadeuszem Kielanem, powiedziałem mu, że Oscar dla Andrzeja Wajdy jest równocześnie, w pewnej mierze, Oscarem dla PRL-u". Czy wyobrażają to sobie Państwo? Największe gwiazdy filmu, jupitery, miliardowa publiczność i te słodkie słowa: "and the Oscar goes to PRL". Zygmunt Broniarek mówi skromnie (jeszcze jeden skromny), że nie twierdzi, iż dokonał jakiegoś odkrycia i że jego pierwszeństwo musi być uznane, tym bardziej że "myśl o PRL-u pojawiła się w wielu kołach". Ale myśl musi być złota, skoro pierwsze zdanie, w którym mówi o Oscarze dla PRL-u, poprzedzone jest słowami "mam świadka". Dlaczegóż więc Oscara dostał PRL? Nie wystarczy, że sieroty po niej wkrótce sięgną po całą władzę w państwie? "Zasługą PRL-u jest to, że Wajda mógł je (filmy) tworzyć". Zgadza się. Nobel dla Wałęsy jest w istocie Noblem dla PRL-u. Bez PRL-u Wałęsa przeskakiwałby co najwyżej przez płot, by wejść na stadion Lechii Gdańsk. Wisława Szymborska nie dostała Nobla dla PRL-u tylko dlatego, że parę wierszy napisała po 1989 r. Ale też, umówmy się - przez dziesięciolecia kontekstem jej twórczości i najważniejszą inspiracją była Polska Ludowa. Gdyby Polska była pozbawiona tego przymiotnika, byłby nie Nobel, tylko nici. "Może to trochę uproszczona i z założenia propeerelowska wersja wydarzeń, ale w istocie prawdziwa" - pisze Zygmunt Broniarek. Po co to "może", Panie Zygmuncie? Jeśli propeerelowska, to na pewno prawdziwa.
Oczywiście nie każdy był w Ameryce, a szczególnie w Hollywood, nie każdy więc musi zrozumieć, dlaczego dają Oscara PRL-owi. A to proste. Całe to filmowe towarzystwo to dewianci i lewicowcy. Dlaczegóżby taki Steven Spielberg nie miał być entuzjastą Oscara dla PRL-u? Od dawna było widać, że ma sympatię do dinozaurów. Olivier Stone? Nie dziwi sympatia dla PRL-u u kogoś, kto uważa, że w zabójstwo Kennedy?ego byli zamieszani wszyscy w Ameryce, może poza departamentem rolnictwa. A George Lucas? Wolał swoje gwiezdne wojny niż gwiezdne wojny Reagana, zatem i jego sympatia dla PRL-u nie dziwi.
Do wręczenia Oscarów zostało jeszcze trochę czasu, więc obok Wajdy, Polski i PRL-u na pewno pojawią się jeszcze inni poważni rywale. Oscar emituje tyle ciepła, że nie dziwota, iż wszyscy chcą się ogrzać, a jego blask oślepił już niejednego, nawet jeśli to cudzy Oscar. 24 godziny po nadejściu informacji o nagrodzie dla Andrzeja Wajdy, już po pierwszych komentarzach, Krystyna Janda powiedziała coś, co trzeba dedykować wszystkim gryzącym Oscara Wajdy: "Wajda zawdzięcza Oscara wyłącznie sobie. Oczywiście, możemy się wszyscy pod to podłączyć, ale będzie to nadużycie". "Podłączanie" tak naprawdę dopiero się zaczęło. Lecz ci, którzy chcą Wajdzie odgryźć kawałek Oscara, powinni uważać. Jest z metalu. Może szlag trafić szkliwo. Szkoda pieniędzy na dentystę. I do tego taki wstyd.
Więcej możesz przeczytać w 7/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0