Diabeł z pudełka

Diabeł z pudełka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Roman Polański pokazał "Dziewiąte wrota", film własnego pomysłu i reżyserii
Znowu historyjka z życia satanistów - po Eichmanie, "banalności zła" i Kołymie. Mieliśmy nadzieję, że przynajmniej inteligentnie z nas zakpi, a on na nas machnął ręką.
Dean Corso (Johnny Depp), bukinista-ekspert, tropi ryciny sygnowane przez Lucyfera, zamieszczone w trzech bezcennych starodrukach włoskiego satanisty, którego wraz z dorobkiem wydano na pastwę płomieni w roku 1666 (data oczywiście nieprzypadkowa). Zlecenie wystawił i rachunki płaci magnat prasowy z Nowego Jorku, który wprawdzie zgromadził na temat diabła ogromne dossier w postaci biblioteki bezcennych inkunabułów, ale pożąda księgi, która umożliwiłaby mu nawiązanie osobistej łączności z diabłem. Wynajęty bukinista buja się więc po świecie niczym James Bond i pod różnymi szerokościami uczestniczy w malowniczych epizodach. W portugalskim antykwariacie gawędzi z dwójką księgarzy staruszków, we francuskim prowincjonalnym dworku bada kolejny starodruk, słuchając koncertu skrzypcowego w wykonaniu zdziwaczałego kolekcjonera, w Wiedniu dyskutuje z pewną baronową, satanistką zawodowcem. A po drodze jeszcze kafejki, hotele i autostop - taka praca. Tyle że o kogokolwiek by się bukinista nie otarł, ten w efektowny sposób przenosi się na tamten świat. Atmosfera gęstnieje więc tym bardziej, że w grę wdali się zarówno fanatyczni księgarze, sataniści, coraz bardziej zniecierpliwiony a omnipotentny zleceniodawca oraz ciemne moce - w sumie nie wiadomo, kto groźniejszy. Znamy, znamy - sam przeciw niejasnym okolicznościom i wrogim ludziom to, nie wypominając, szkielet fabularny zarówno z "Lokatora", jak i "Frantica". Coś się jednak wreszcie powinno zacząć. Czekamy cierpliwie, bo Polański opowiada linearnie i staroświecko - od jednego epizodu do następnego, jakby filmował według raportu policyjnego. Można wytrzymać, bo kadry wysmakowane (zdjęcia wykonał Darius Khondji), a Johnny Depp świetny w grze konsekwentnej i oszczędnej.
Tymczasem mija jedna, druga godzina, a nasze uświadomienie satanistyczne nie postępuje. Nowojorskiego milionera, zbzikowanego kabotyna, nie traktujemy poważnie od momentu, kiedy ujawnił się ze swą satanistyczną biblioteką, w której pewnie daremnie by szukać fundamentalnych dzieł ortodoksyjnej teologii chrześcijańskiej, pełno za to świadectw dawnych satanistów amatorów. To trochę tak, jakby wybierając się dziś na poszukiwanie żyły złota, zacząć od średniowiecznych traktatów alchemicznych. Ponadto diabeł - o kontakt z nim bohaterowie filmu zabiegają przy wysokich nakładach finansowych - przypomina naszego Mefistofelesa z "Pani Twardowskiej", bo ten z "Fausta" ("Jam częścią tej siły, która zło czyniąc, zawsze dobro sprowadza") to postać dla Polańskiego stanowczo nazbyt skomplikowana. Nawet więcej - magiczny diabeł z "Dziewiątych wrót" okazuje się jeszcze większym głuptasem. Nic mu nie trzeba obiecywać, żadna dusza nie figuruje w rozliczeniu, wystarczy go uwolnić jak dżina z butelki i już będzie na rozkazy. Droga do uwolnienia pozornie najeżona trudnościami - trzeba skompletować zestaw dziewięciu ilustracji z rozproszonych po świecie starodruków o niepewnej autentyczności. Tylko że dokonać tego może wielu ludzi, nawet zupełnie przypadkowych i przeciętnych, a ten biedny diabeł musi się stawiać na ich wezwanie, pracować na ich pieniądze i popularność.
Ta myśl pojawia się w filmie, szkoda, że na krótko. Oto na satanistyczną orgię do stylowego francuskiego pałacu zjeżdża się okoliczna burżuazja w limuzynach. W czarnych strojach i z rytualnymi świecami uczestniczą w przyzywaniu złych mocy (kto miał w szkole choć rok łaciny, bólem zębów przypłaci sposób czytania tekstów liturgicznych). Wystarczy jednak, by zjawił się satanista awanturnik i zaczął pohukiwać, a czereda nowobogackich, którzy wszak przybyli na randkę z samym Księciem Ciemności, rozbiega się w panice jak zające. To pewnie takie autoironiczne rozliczenie z "Dzieckiem Rosemary", w którym podobny klub potraktował Polański nadto poważnie.
Ale przecież w grze jest jeszcze bukinista Corso, zdeklarowany niedowiarek. Słusznie zaczynamy przeczuwać, że diabeł właśnie wobec niego ma wielkie plany. Tyle że ten nadinteligentny młody człowiek w miarę postępowania prac śledczych idiocieje. Pomijamy to, że nagminnie pije i pali nad otwartymi starodrukami, czego z przyzwyczajenia nie robi byle sztubak nad zeszytem. Ostrożności nie uczą go okoliczne morderstwa, diabelskość całej intrygi zupełnie do niego nie trafia - do końca chce pozostać biblioteczną mrówą lojalną wobec zleceniodawcy. I właśnie ta mrówa uzyskuje wyłączność na szatana. A wcześniej jedno drobne przeoczenie uratowało świat przed władzą milionera kabotyna, a braki organizacyjne przed rządami nimfomanki i jej tępawego goryla. Ale to właśnie byśmy radzi obejrzeć - świat, którym rządzi kretyn mający diabła na usługi. Chociaż czy nie byłaby to powtórka z "Wiadomości"?

Więcej możesz przeczytać w 7/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0