Prawdy kameralne

Prawdy kameralne

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ucieczka od kosmetyki filmowej Hollywood


"Mifune" Sorena Kragha-Jacobsena to kolejny po "Festen" Thomasa Vinterberga i "Idiotach" Larsa von Triera film duńskiej szkoły Dogma, postulującej powrót do prostoty kina. Twórcy oglądają świat tak, jak filmowcy amatorzy, z dziecięcą ciekawością włączają kamerę, chociaż w swoich dziełach podejmują też społeczne i polityczne problemy. Dlatego ich obrazy porównywane są z brytyjskim kinem zaangażowanym, reprezentowanym przez Kena Loacha i Mike?a Leigh. Kto więc, sugerując się tytułem (Mifune to również nazwisko japońskiego aktora grającego u Kurosawy samurajów), spodziewa się kina akcji, z pewnością się zawiedzie.


Obraz Sorena Kragha-Jacobsena to opowieść o ludziach żyjących w kłamstwie. "Kłamstwa nie pozwolą ci uciec od przeszłości" - to puenta tej bajki dla dorosłych. A kłamią w tym świecie wszyscy. Pozytywnymi postaciami, podobnie jak w "Idiotach" Larsa von Triera, okazują się jedynie ci, których doświadczył los - upośledzeni umysłowo. W filmach grupy są oni przedstawicielami niewinnego świata.
Duńscy reżyserzy Soren Kragh-Jacobsen, Lars von Trier, Thomas Vinterberg i Kristian Levring w 1995 r. podpisali manifest nazwany "Ślubami czystości". Od czasów francuskiej nowej fali nie było tak radykalnych postulatów odnowienia współczesnego kina, pogardliwie określanego przez Larsa von Triera "kosmetycznym".
Filmy buntowników opatrzono mianem "duńskiej nowej fali" lub "skandynawskiego superrealizmu". Sami dogmatycy twierdzą zaś, że ich zasady są "akcją ratunkową w celu zwalczania pewnych tendencji w dzisiejszym kinie". Odkrywają zarówno fałsz efektów specjalnych, jak i społecznych konwenansów. W swoich obrazach, realizowanych w sposób naturalny, pokazują stosunek do chorych umysłowo ("Idioci") lub tragedie rodzinne ("Festen"). Filmy te przypominają produkcje paradokumentalne. Filmy Dogmy sprawiają wrażenie nieudolnego amatorstwa. Widz może stwierdzić: "Ja też tak potrafię". I właśnie o to chodzi, o stworzenie wrażenia, że oglądamy przypadkowo utrwalone rzeczywiste wydarzenia. Wszystkie obrazy reżyserów należących do grupy dzieją się tu i teraz. Dużą rolę odgrywają w nich improwizacje - aktor zachęcany jest do współtworzenia. Według Larsa von Triera, improwizacja bez planu jest jak granie w tenisa bez piłeczek, dlatego wszystkie filmy tej szkoły mają scenariusze. "Ale jeżeli wciąż nanosi się w nim poprawki, można stracić entuzjazm" - dodaje von Trier, który nad scenariuszem "Idiotów" pracował niecałe cztery dni, czego konsekwencją są liczne pomyłki (na przykład w imieniu bohatera). Tego rodzaju wpadki są jednak - według dogmatyków - nieodłącznym składnikiem prawdy. Film ma być bowiem jak życie, które nigdy nie jest wolne od błędów. Trzeci obraz tej szkoły jest ciepłą kameralną historią zwyczajnych ludzi, za wszelką cenę pragnących mieć swój dom. Gdy Kresten zamierza oddać niepełnosprawnego brata do domu opieki społecznej, Rud krzyczy: "Ja mam dom! Ja mam dom!". Ten okrzyk przewija się przez cały film Kragha-Jacobsena. "Mifune" nie jest wszak pozbawiony moralizatorstwa i efektownych sentencji. "Życie to jedno wielkie gówno. Każdego dnia trzeba spróbować kawałek. (...) Nie można się jednak użalać nad sobą, kiedy się leje na innych, szczególnie tych, których kochamy" - mówi Liva, prostytutka nękana anonimowymi telefonami erotomana.
Poruszanie wstydliwych tematów stało się jednym ze znaków firmowych Dogmy. W "Festen" Vinterberga reżyser opowiada o ojcu biznesmenie molestującym seksualnie swoje dzieci. Oczywiście czarnym charakterem jest tu zawsze człowiek bogaty, a ludzie dobrzy, nieskazitelni, pomagający głównemu bohaterowi, są służącymi w ogromnym hotelu. Kontrast między światem posiadaczy a światem ludzi pracy oraz krytyka bogaczy gardzących biednymi obecne są we wszystkich filmach grupy. W "Mifune" właściciel potężnej firmy i jego rozpieszczona córka są przedstawieni jako egoiści.
Dominująca seksualnie i nieczuła Claire jest ucieleśnieniem tego, co w człowieku zepsute i zwierzęce. Ciepła i dobroci poszukują zaś ludzie wykolejeni (prostytutka Liva i jej niepokorny brat Bjarke) lub chorzy umysłowo (Rud). Fabuła "Mifune" przypomina bajkę, w której dobro zawsze zwycięża, a zbłąkani bohaterowie odnajdują swoje miejsce w życiu. Duńczycy "dekalogiem prawdy" trafili w gusta międzynarodowej publiczności, coraz częściej oczekującej autentyczności i prostoty zamiast efektów specjalnych. Filmowym kataklizmom i dinozaurom przeciwstawili prawdę codzienności. Sygnatariusze manifestu zamiast iluzji oferują widzom autentyczność, zamiast efektów specjalnych - surowy obraz, zamiast powierzchownej akcji - dialogi. Film Sorena Kragha-Jacobsena jest zdecydowanie bardziej przystępną i mniej prowokującą realizacją zasad grupy niż "Idioci" Larsa von Triera. Podstawowe założenia pozostają jednak takie same. Dogma bowiem to kino charakterów, ukryta kamera podpatrująca współczesnych ludzi, bezwzględnie obnażająca słabostki, a nade wszystko zakłamanie. "Śluby czystości" miały pomóc twórcom w uwolnieniu się od sztuczności i męczących przyzwyczajeń. Ograniczenia w nich zawarte - jak twierdzi Thomas Vinterberg - paradoksalnie są drogą do wolności: zmuszają do twórczych poszukiwań, są źródłem inspiracji. Na przykład rezygnacja z efektów specjalnych sprawia, że chcąc urozmaicić obraz, reżyserzy uciekają się do oryginalnych rozwiązań. W "Mifune" wykrzywione twarze rozmawiających prostytutek są efektem sfilmowania odbicia w lustrze. Z kolei zakaz stosowania dodatkowego światła spowodował, że reżyserzy duńscy korzystają z bardzo czułych taśm filmowych, co daje efekt głębokich barw.
Jak się jednak okazało, zasady Dogmy są niemożliwe do zrealizowania w pełni. Każdy reżyser w pewnym stopniu narusza więc te reguły - po nakręceniu filmu sporządzają listę odstępstw ("Wyznaję, że w jednej ze scen skorzystałem z czarnej zasłony, by zakryć okno" - pisał Thomas Vinterberg, reżyser "Festen"), chociaż często może się to wydawać śmieszne (na przykład stwierdzenie, że telefon komórkowy głównego bohatera w rzeczywistości nie należy do niego). W każdym filmie Dogmy można bez trudu wskazać odstępstwa od ortodoksji manifestu (w "Festen" widzimy salę jadalną spod sufitu, a w "Mifune" zabawie głównego bohatera towarzyszy muzyka spoza planu filmowego). Ale ważny jest przecież ostateczny efekt, a nie dochowanie wierności ustaleniom. Odpierając pojawiające się zarzuty dotyczące niekonsekwencji, reżyserzy odpowiadają, że religijne dogmaty też są pełne sprzeczności, a nikt z wierzących przecież ich nie kwestionuje. Dogma jest zresztą rodzajem filmowej religii, która zdobywa coraz więcej wyznawców. Zasady pozornie dotyczące jedynie sposobu kręcenia, są także odzwierciedleniem buntu przeciwko zakłamaniu - nie tylko w kinie - również w życiu.

Więcej możesz przeczytać w 7/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0