Upadek kontrolowany

Upadek kontrolowany

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kryzys na polskim rynku fonograficznym


Miniony rok potwierdził, że kryzys polskiej muzyki pop trwa już kilka lat. Wprawdzie sprzedano więcej płyt kompaktowych niż w 1998 r., a duże wytwórnie zanotowały podobne obroty, ale i tak inwestowanie w polski przemysł fonograficzny przyniosło więcej strat aniżeli zysków. Spektakularny sukces płyty "Kayah i Bregović" (jej nakład przekroczył 550 tys.) to wyjątek w naszym show-businessie. Drugi cieszący się popularnością polski album (właściwie pierwszy, bo Goran Bregović pochodzi z dawnej Jugosławii) przedstawia muzykę filmową z "Ogniem i mieczem". Trzecie miejsce zajął niespodziewanie Liroy z "Dniem szakala".
Jeszcze kilka lat temu nakłady płyt Maanamu, Hey, Varius Manx, Kasi Kowalskiej, Edyty Górniak bądź Natalii Kukulskiej sięgały 500 tys. Teraz nowy koncertowy album "Live ?99" naszej eksportowej gwiazdy Edyty Górniak nie zdobył statusu Złotej Płyty - nie kupiło go nawet 50 tys. fanów. Wprawdzie płycie "Zakochany Pan Tadeusz" Michała Żebrowskiego się to udało, ale jest to efekt filmowej megakampanii, a Żebrowski na pewno nie jest jednocześnie aktorem i wokalistą jak Will Smith bądź Cher. 90 proc. naszych wykonawców nie udało się sprzedać nawet 10 tys. krążków. Również eksperyment ze śpiewającym Cezarym Pazurą nie przyniósł przewidywanego zysku. Okazuje się więc, że nie ma młodych zdolnych Polaków, którzy potrafiliby grać i śpiewać. Duże wytwórnie wydają mniej debiutanckich albumów. Coraz częściej kariera rodzimych gwiazd kończy się na jednej lub dwóch piosenkach.
Dlaczego młodzież już nie kocha gwiazd muzyki pop? Kto lub co zabija rodzimy show-business? Wina spada częściowo na polskie firmy fonograficzne - od kilku lat nie potrafią bowiem znaleźć artystycznej osobowości. Za taki stan odpowiedzialne są również krajowe media, które nie chcą lub nie umieją wykreować polskiej gwiazdy, a rodzime prawo pozwala się bogacić nie twórcom i wykonawcom, ale piratom nielegalnie kopiującym płyty. Ponadto w naszej muzyce nie odnotowuje się nowych pomysłów. Polski rock tworzą ludzie ponadtrzydziestoletni i grają to, co lubią od kilkunastu lat. Nie rozpowszechnił się rodzimy hip hop czy techno, które zawojowały całą Europę. W Niemczech, Francji, Skandynawii i Anglii w latach 90. nastąpiła eksplozja gatunków, które u nas minęłyby bez echa, gdyby nie fenomen Liroya. To przede wszystkim hip hop śpiewany w rodzimych językach wstrząsnął w ostatnim czasie zachodnimi rynkami muzycznymi, jak kiedyś heavy metal i punk. Wszędzie, ale nie u nas. Dlaczego, skoro do wykonania tej prostej rymowanki nie potrzeba specjalnych zdolności muzycznych?
Podobnie jest z techno - dzięki możliwościom, jakie daje komputeryzacja, każdy może tworzyć tę muzykę, i to nie w studiu, ale w swoim pokoju. Dlaczego zdolni Polacy nie potrafią dokonać czegoś tak prostego? Dlaczego młodzież nie kupuje płyt z takimi utworami? Przedstawiciele firm płytowych dają prostą odpowiedź: takiej muzyki nie nadaje większość liczących się w Polsce stacji radiowych. A bez promocji medialnej młode zespoły nie mają szansy na zaistnienie w świadomości potencjalnych odbiorców. Nikt więc nie zainwestuje sporych pieniędzy, jeśli lansowanego artysty nie będzie słychać w radiu. O ile angielskie stacje radiowe uwielbiają nowych wykonawców (pod koniec zeszłego roku odmówiły nadawania nowego singla Cliffa Richarda, argumentując, że artysta jest za stary), o tyle polskie rozgłośnie preferują raczej łatwo wpadającą w ucho, bezpieczną muzykę, która nie zniechęci potencjalnego reklamodawcy. Hip hop czy techno nie spełniają tego kryterium, zatem dominuje u nas tradycyjny rock oraz pop. Jak na ironię, eksperymentów muzycznych jeszcze bardziej boją się komercyjne stacje radiowe.
Rozwój rodzimej muzyki hamuje również to, że nie ma w Polsce silnej telewizji muzycznej. Obecnie największy wpływ na rodzimego odbiorcę ma niemiecki program Viva, nie zaś rodzimy Atomic. Być może przełomem okaże się sześciogodzinna polska oferta Vivy, która ma być emitowana od połowy tego roku. Sześć lat temu dzięki Vivie gwałtownie rozwinął się w Niemczech hip hop oraz techno - podobnie może być w Polsce. Nikt nie ma złudzeń, że nasza młodzież jest już znudzona dzisiejszymi gwiazdami, które coraz rzadziej są duszami artystycznymi. Dlatego sprzedaje się coraz mniej płyt z polską muzyką. Twierdzenie, że krążki CD są za drogie, nie usprawiedliwia przyzwolenia na piractwo i okradanie artystów. W tym roku do ograniczenia bezprawia przyczyni się kolejny wynalazek - urządzenie uniemożliwiające przegrywanie dźwięku z CD. Według prognoz fachowców, zanim skończy się 2000 r., wszystkie płyty zostaną zabezpieczone przed piratami.

Więcej możesz przeczytać w 7/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0