Wesele Polaków

Wesele Polaków

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wyspiański na koniec XX wieku

Dziewięćdziesiąt dziewięć lat po krakowskiej prapremierze odbyła się w Teatrze Narodowym w Warszawie premiera "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii dyrektora Sceny Narodowej Jerzego Grzegorzewskiego. Czas i miejsce wybrane jak najstosowniej. Daty dwóch premier zakreślają koło: od początku naszego wieku aż po jego kres. Ciekawe, co ten burzliwy czas uczynił z dramatem o narodzie, co czas uczynił z narodem?
O spektaklu krakowskim Grzegorzewskiego z 1977 r. Kraków mówił: "To nie 'Wesele', to stypa". A przecież było to "Wesele" z ducha Wyspiańskiego, który pisał o "Hamlecie", że jest tym, o czym w Polsce się myśli - o beznadziei, marazmie i gnuśności, w jakich grzęzła wówczas polska inteligencja. Jak dzisiaj można wystawiać "Wesele" i po co? Dramat ten mówi przecież o niewoli, a niewoli nie ma.
Można na scenie pielęgnować tradycję, rozsmakowując w niej widza. Nasuwa się też drugie rozwiązanie: przerobić stare na nowe. Koniec wieku XIX przerobić na koniec wieku XX. Starych inteligentów na "staro-nowych" inteligentów, chłopów na chamów. Grzegorzewski ze swoją oryginalną poetyką zdawałby się szczególnie do tego predestynowany.
W ostatnim "Weselu" Grzegorzewskiego nie brakuje znanych od dawna pomysłów tego reżysera. Pejzaż sceniczny skomponowany jest z części fortepianów, a w tle ma równie umowne rżysko z kilkoma słomianymi chochołami jak w obrazie Wyspiańskiego. Te dwie strefy przedzielone są światłem, które zarazem je łączy. Światło wyodrębnia także przód sceny; jest to pierwszy plan, gdzie działać będą i postacie żywe, i widmowe osoby dramatu. Spektakl rozpoczyna zza sceny butna śpiewka Czepca o pawich piórach na nutę leitmotivu dramatu. A potem wczepieni w siebie Czepiec z Dziennikarzem kłócą się, przy czym ten pierwszy wrzeszczy jak prawdziwy, zadufany antyinteligent. Nie ma bratania się, jest niechęć i pogarda, nienawiść i pazerność. Zaciera się różnica między Kordianem i Chamem, jest jedna polska "kupa"; zarówno na przodzie sceny, jak i w jej głębi zbita i podrygująca grupa pijanych weselników śpiewa z krakowska "jacy tacy". Jasiek jest także kompletnie pijany i z tej przyczyny gubi wyzwolicielski złoty róg. Wszyscy są pijani, wszyscy wrzeszczą, jedni przez drugich, i wszyscy są równie niewiarygodni w tym, co mówią, czynią, czują. Portret Polski, jaki wyłania się z tego przedstawienia, to przekłuty, zwiotczały balon pychy osobistej, narodowej i obywatelskiego zaniechania.
Nic nowego. Ta przygnębiająca diagnoza była już u Wyspiańskiego, tyle że podana w sposób mniej jednostronny, bardziej zróżnicowany i wynikała z całości dramatu. Tutaj wynika z każdej sceny, toteż spektakl jest - mimo zewnętrznej ruchliwości - monotonny i nie rozwija się, brak mu dynamiki znaczeń. Natomiast w trakcie oglądania spektaklu nasuwa się wiele wątpliwości i pytań. Dlaczego Rachel kuleje niczym Lisa z "Biesów" i dlaczego ma niewiarygodną kolorystycznie marchewkową perukę? Dlaczego Żyd skacze po scenie jak poseł Janowski? I co znaczy, że Poeta w rozmowie z Rachel trzyma przy szyi suchą gałąź? Co znaczy wypisywanie na damskim dekolcie hasła "sztuka dla sztuki"? I z jakiego powodu Poeta wymachuje żelazkami? Na wiele podobnych pytań nie sposób sobie odpowiedzieć, toteż rodzi się podejrzenie, że nic te znaki sceniczne nie znaczą, że są puste. Że to tylko próżne usiłowania wypełnienia sceny. To, co było niegdyś artystyczną nowością, zużyło się, straciło nośność i dziś jest już tylko jedną z przejrzałych artystycznych manier. Ta stylistyka nie oddziałuje estetycznie, nie budzi śmiechu, wzruszenia czy choćby zaciekawienia swą tajemniczością, nie uwodzi poezją. Dlatego to ostatnie "Wesele" nudzi i irytuje artystycznie, brak w nim żywego piękna. Dwie sceny dają przedsmak takiego piękna - obie z Chochołem, postacią zjawiskową, prosto z modernistycznego obrazu. W scenie ostatniej przygrywa weselnikom to znikającym, to znów wyłaniającym się z zapadni, jakby w rytm ruchu łodzi Charona pogrążali się bezsilnie w bagnie. Przypomina się tutaj wstrząsająco piękna scena odpływania poległych bohaterów w "Nocy listopadowej" Wajdy. Obraz Grzegorzewskiego ma podobną siłę, ale jedynie on.

Więcej możesz przeczytać w 7/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0