Życie i fikcja

Życie i fikcja

Dodano:   /  Zmieniono: 
Każdy koniec wieku ma swój koniec świata. Antychrysta urwanego z łańcucha, kometę, a nasz ma pluskwę! Co za degradacja
Najpierw scenka z życia - oto podjeżdża pod urząd imigracyjny policyjna buda, skrycie, na półsprzęgle. Przystaje, tłum egzotycznych pasażerów wyskakuje w pośpiechu, a umundurowani stróże porządku, wskazując bramę urzędu, krzyczą: "Azyl"!, "Azyl"! Tłum znika w bramie, stróże w szoferce, a buda jak najszybciej za rogiem. Ale numer zauważono i oto z urzędu dzwonią do komendanta z wymówkami, a komendant, bijąc się w piersi: "Proszę pana, przysięgam, to się nie powtórzy. Moi policjanci mają rozkaz, żeby natychmiast uciekać, gdy tylko zauważą egzotycznie wyglądających osobników. I tak się stało, tamci wychodzili z lasu, więc nasi zawrócili samochód i w nogi. Wieją i nagle wpadają na drugą grupę. Ci imigranci ich otoczyli i nie mieli wyboru, musieli towarzystwo aresztować. A co ja mam z nimi zrobić? Jeśli ich zamknę i potrzymam parę dni, pieniędzy zabraknie na benzynę i trzeba będzie patrolować pieszo albo rowerami". Mamy tu przykład strategii zwanej obroną własnego budżetu przez "podłożenie imigranta" sąsiadom. A w ogóle to komendant chyba cieszy się, że podatki spadną mniej niż się zanosiło.
Za to zmartwieni wynikiem wojny podatkowej widzą sprawy w czarnych kolorach. Na tych łamach padło nawet, że w rezultacie straciliśmy 5 mld USD. Wyobrażacie sobie państwo, pięć miliardów zielonych, w papierkach po stówie, które gdzieś były, a paskudny Kropiwnicki i inni przeciwnicy obniżenia podatków po prostu zebrali je do kupy, podpalili i nie ma ich. Przecież to kryminał... albo nie całkiem solidna obrona swoich racji przez Michała Zielińskiego, mojego sąsiada z tych łamów. Przyczepiam się do jego tekstu "Bitwa o złotego" ("Wprost", nr 46) nie dlatego, że w sprawach podatkowych różnię się od niego zasadniczo. Robię to dlatego, by w obronie słusznego stanowiska nie odwoływać się do argumentów wątpliwych, choć widowiskowych i tym bardziej gnębiących wrogów ministra finansów.
Wartość złotego jest wyceniana codziennie przez tych, którzy danego dnia go kupują i sprzedają za waluty obce. Jest ich niewielu, a kwoty, którymi obracają, w stosunku do krajowych zasobów pieniężnych są także niewielkie. Z tego, że jednego dnia dolar jest wyceniany - powiedzmy - na 4,1 zł, a następnego na 4 zł, nie wynika, że te 60 mld zł zasobów pieniężnych w ciągu 24 godzin urodziło dodatkowo 400 mln USD. To nie są prawdziwe pieniądze, to jest fikcja rachunkowa, pokazująca wyłącznie to, że gracze na rynku pieniężnym tego dnia, z jakichś powodów, chcą więcej złotówek niż dnia poprzedniego. Oczywiście te wahania mają znaczenie - dodatnie i ujemne - dla pojedynczych osób i dla całej gospodarki, ale sugerowanie, że one same zdolne są tworzyć lub niszczyć pieniądz (a mówiąc o utracie 5 mld USD, takie coś się sugeruje), jest niezgodne z prawdą. Załóżmy, że jednego dnia kurs dolara wynosi 4 zł, a następnego 4,1 zł. Za równowartość 60 mld zł drugiego dnia otrzymalibyśmy 400 mln USD mniej. Teoretycznie stracilibyśmy zatem te 400 mln USD. Takie sytuacje nigdy się jednak nie zdarzają. W szczycie wojny podatkowej straciliśmy więc część dobrych wyobrażeń graczy rynkowych o gospodarce polskiej, wyrażonych w fikcyjnej kwocie 5 mld USD, jeśli się trzymać rachunków Zielińskiego. Dużą część tych wyobrażeń już odzyskaliśmy i daje się ona także wyrazić w dolarach, lecz - niestety - równie fikcyjnych jak te, które straciliśmy. I tak jak poprzednio nikt nam ich nie zabrał, tak i teraz ich nie dostaniemy.
"Po co dziadka denerwować (jestem dziadkiem), niech się dziadek cieszy", bo i Dziecię Boże się za parę dni nam objawi, co zapowiada piękna choinka przed oknami kancelarii pana premiera (i moimi). A zaraz potem koniec wieku i tysiąclecia. Mogą sobie różnie gadać, że to dopiero ostatni rok wieku i tysiąclecia, a mnie i tak żona (za jej pieniądze) zabiera do Paryża, by pluskwa milenijna dopadła nas pod wieżą Eiffla, pod którą przechadzaliśmy się przed laty jako imigranci. Proszę Państwa, każdy koniec wieku (a co dopiero tysiąc- lecia) ma swój koniec świata. Antychrysta urwanego z łańcucha, kometę, a nasz ma pluskwę! Co za degradacja.
Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0