Trzy zera pod choinką

Trzy zera pod choinką

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dla telewizji rok 2000 to wejście w smugę cienia i konieczność pogodzenia się z faktem, że w konkursie medialnych piękności pojawił się już ktoś młodszy i efektowniejszy - Internet
Zaczął się czas kalendarzy. W tym roku mogą się one okazać najczęstszymi prezentami pod choinką, bo przecież mają w sobie coś magicznego - dwójkę i trzy zera. Tę datę kojarzyliśmy dotychczas głównie z filmami science fiction, a tu nagle została ona sprowadzona do praktycznego rozkładu zajęć na najbliższe tygodnie. Mimo wszystko napis "2000" wciąż wygląda magicznie.
Sezon kalendarzy jak zwykle rozpoczęła uroczysta premiera kalendarza wydawanego przez producenta opon samochodowych - firmę Pirelli. Ta wyjątkowa publikacja ma prestiż "Vogue?a" i charakter odznaczenia. Nie można jej kupić; w uznaniu zasług można tylko dostać jeden z ponumerowanych egzemplarzy. Podobno ten z numerem 1 zwyczajowo otrzymuje królowa Elżbieta i wiesza go w Pałacu Buckingham. A może nie wiesza? Bo w kalendarzu Pirelli królują zdjęcia nagich kobiet, fotografowanych przez mistrzów obiektywu. W tym roku ich autorka, Annie Leibovitz, nie próbowała nas przekonać, że kobieta zawsze i wszędzie jest piękna. Pokazała ją z poetycką zadumą i trochę bezwzględnie. Może więc ten kalendarz królowa Elżbieta przekaże raczej synowi Karolowi?
W świecie kalendarzy mamy też plebs i elitę. Każdy sam musi zdecydować, do czego bardziej go ciągnie. Dla mnie rarytasem okazała się propozycja Tele- komunikacji Polskiej, która z okazji kończącego się w roku 2000 stulecia wydała historię polskiego plakatu. Przekrój twórczości Świerzego, Tomaszewskiego, Pągowskiego, Sadowskiego, Lenicy, Młodożeńca, Starowieyskiego, Marszałka i innych. Ten kalendarz to więcej niż album, bo piękne reprodukcje można uzupełnić notatkami z własnego życia w roku 2000, a potem umieścić na półce jako jedyną w swoim rodzaju książkę. Wśród tegorocznych prezentów od Mikołaja znajdą się na pewno kalendarze wszelkiego rodzaju. Wielkie plansze, oprawne książki i podręczne notesiki. Kartonowe arkusiki do powieszenia na ścianie i oprawne w skórę filofaxy. Wszystkie jednak będą nas czarowały tymi czterema cyframi - 2000, obietnicą wejścia do krainy fantazji i marzeń. Na jawie.
Mnie jednak widok kalendarza na przyszły rok zmusza do zastanowienia, co zrobić, aby był on na miarę owych trzech zer. Jak uczynić go nie tylko obliczeniową cezurą? Tym bardziej że wszelkie podsumowania, jakich ostatnio wiele, przekonują, iż w dotychczasowych dziedzinach aktywności artystycznej i intelektualnej niewiele zostało do zrobienia. Szczególnie z zestawień dokonań stulecia i osobowości stulecia wynika groch z kapustą w nastroju diminuendo. To znaczy - im bliższe nam fakty, im współcześniejsi ludzie, tym mniej wywołują emocji, tym wydają się mniejsi. Może dlatego, że mamy wobec nich krótszą perspektywę, a może... poruszają się w obszarze wyeksploatowanych atrakcji? Dotyczy to zwłaszcza telewizji, która bez wątpienia była dominującym medium końca XX wieku, ale - także bez wątpienia - z dnia na dzień staje się teraz anachroniczna. Dla niej rok 2000 to wejście w smugę cienia i konieczność pogodzenia się z faktem, że w konkursie medialnych piękności pojawił się już ktoś młodszy, efektowniejszy i bardziej na czasie. Tym kimś jest Internet. Tak naprawdę pod choinką powinniśmy w tym roku znajdować nie kalendarze, lecz internetowe modemy, to one bowiem są przepustką do nowego wieku, który stoi za progiem. Widać to dobrze, gdy obserwuje się gorączkę przedświąteczną i noworoczną w życiu i w sieci. W tym pierwszym dominuje staranie, że było "jak zawsze", choć może jeszcze uroczyściej. W Internecie obowiązuje zasada "inaczej niż dotychczas". Bez obciążeń. Fantazja ma elektroniczne skrzydła, które pozwalają ją realizować w ułamkach sekundy. Tu też jest kolorowo, kursują kolorowe kartki świąteczne, internetowe sklepy ledwie nadążają z realizowaniem zamówień, a przy niektórych towarach pojawiły się już napisy "chwilowo brak". Ale podniecenie czuje się także w... rozmowach. Bo w Internecie głównie się rozmawia. Wszyscy ci, którzy przed telewizorami siedzą bez słowa, od niechcenia oglądając to, "co tam leci", a przy świątecznym stole narzekają, że już nie mogą jeść, bo ich brzuch boli (nic dziwnego, po wigilijnej kapuście z grzybami!), gdy tylko mają sposobność, wykradają się do komputera i włączają do sieciowej nawigacji. Płyną od portu do portu, poznając nowych ludzi, biorąc udział w dyskusjach, robiąc spóźnione sprawunki. Tu można poznać przyjaciela łatwiej niż gdzie indziej i szybciej niż zwykle można sobie z nim pozwolić na szczerość. Tu nie ma zobowiązań, a jest przygoda. Tu ból brzucha symbolizuje wykrzywiona w kwaśnym grymasie komputerowa buźka, która wiele usprawiedliwia, ale nie zobowiązuje do rozmowy na ten temat. Widok kalendarza z dwójką i trzema zerami na okładce zachęca do wyobrażenia sobie, jak będzie wyglądało nasze życie powiedzmy za pięć lat. Każdy ma pewnie swoją wizję. W mojej widzę, że ekranem osobistym coraz rzadziej będzie telewizor, a coraz częściej internetowe okno komputera.
Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0