Wojna o widza

Wojna o widza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z TOMASZEM LISEM, zdobywcą nagrody Grand Press dla Dziennikarza Roku 1999, przyznawanej przez miesięcznik "Press"
Małgorzata Czarnecka: - Czy zwątpił pan w powodzenie "Faktów", kiedy podjęto decyzję o zmianie pory ich nadawania z 19.30 na 19.00?
Tomasz Lis: - Momentów zwątpienia było wiele, ale nie mogliśmy zrobić kroku w tył. Takie też było przekonanie większości zespołu. Powiedzieliśmy sobie, że będziemy harować dzień w dzień, "gryść trawę" i robić program najlepiej, jak potrafimy. I modlić się, że w którymś momencie się uda. Na szczęście sukces, na który czekaliśmy przez wiele miesięcy, osiągnęliśmy stosunkowo szybko.
- "Fakty" walczą o każdy news. Jakimi kryteriami posługuje się pan przy wyborze materiału?
- Te kryteria generalnie są dwa: wiadomość musi być ważna i jednocześnie ciekawa. Często jest tak, że te najważniejsze informacje są najciekawsze, zaś nie wszystkie najciekawsze są w istocie ważne. Przy realizacji "Faktów" staram się pamiętać również o tym, że być może w tym momencie moje dziecko ogląda telewizję i nie chciałbym, by na ekranie pojawiło się cokolwiek, co wywołałoby u niego stres, szok czy pytanie, które w tym momencie pojawić się nie powinno. "Fakty" z roku na rok stają się programem poważniejszym. Od paru dni mamy korespondenta w Moskwie, a myślimy o zatrudnieniu kolejnych zagranicznych korespondentów. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli chcemy zapracować na szacunek i zaufanie widza, częściej musimy wychodzić poza granice kraju. Na początku na siłę staraliśmy się różnić od "Wiadomości", które postrzegaliśmy jako sztywne i kostyczne. Póśniej doszliśmy do wniosku, że nasza komercyjność musi polegać na tym, by w jak najciekawszej formie przedstawiać jak najpoważniejsze zagadnienia. Każdego dnia zastanawiamy się, w jaki sposób dany materiał zaprezentować widzowi, by oglądało się go jak najlepiej.
- Sądzi pan, że tzw. telewizje tematyczne mogą się stać dużym zagrożeniem dla tradycyjnych stacji telewizyjnych?
- Jestem przekonany, że w dającym się przewidzieć czasie tradycyjne kanały telewizyjne, takie jak TVN, Polsat, Program I czy II, które w swojej ofercie mają rozrywkę, publicystykę polityczną, program informacyjny, telenowelę i film fabularny, nie są zagrożone przez kanały tematyczne. W USA stacja CNN ma już wyrobioną markę i wiem, że jeżeli coś ważnego wydarzy się na świecie, na pewno zostanie to pokazane w CNN. Wynika to m.in. z jej prestiżu. Natomiast jej oglądalność nie stanowi żadnego zagrożenia dla którejkolwiek z głównych sieci telewizyjnych typu NBC czy CBS. W Polsce także na pewno jest grupa odbiorców, którzy chcieliby otrzymywać znacznie więcej informacji, dla których w przyszłości powstaną pewnie krajowe kanały informacyjne.
- Nie odczuwa pan potrzeby stworzenia telewizji elitarnej - dla widza wykształconego i zamożnego?
- Program informacyjny jest z założenia programem dla milionów, bo jeśli ma odnieść sukces, musi być adresowany do milionów. Naszym zadaniem, łamigłówką, jaką każdego dnia musimy rozwiązać, jest to, jak zrobić program o ważnych wydarzeniach politycznych, gospodarczych, społecznych, zrozumiały dla przeciętnego człowieka, a jednocześnie nie obrażający inteligencji bardziej wyrobionego widza. To nie jest proste, ale uważam, że możliwe do zrobienia. W badaniach, które czytamy uważnie, na przykład dotyczących wskaśnika lojalności, określającego, kiedy widz ogląda dany program od początku do końca, wynik mamy na poziomie 75 proc. Jednocześnie otrzymujemy ponad 50 proc. bardzo dobrych ocen, czyli więcej niż jakikolwiek inny program informacyjny w Polsce. Kiedy połączymy te dwa wskaśniki, daje to nam około dwóch milionów stałych widzów "Faktów"; do nich należy doliczyć tych, którzy oglądają nas nieregularnie lub sporadycznie. Codziennie musimy się zatem mobilizować, aby dać widzowi coś "ponad", żeby nigdy nie miał poczucia, że jest w jakikolwiek sposób lekceważony, że popadamy w rutynę.
- Na łamach gazet rozpoczęła się dyskusja o tym, że telewizja ogłupia. Co pan o tym sądzi?
- Ta opinia jest tak powszechna, że z założenia nie jest dla mnie wiarygodna. Jeżeli ktoś nie czyta, nie rozmawia z ludźmi, nie ma różnych źródeł informacji, zachodzi pewne prawdopodobieństwo, że telewizja go ogłupi. Natomiast w tym pytaniu kryje się założenie, że telewizja jest jedynym śródłem informacji. Tak się często dzieje, ale należy zadać sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje. Co młody człowiek w 25-tysięcznym miasteczku w Polsce ma robić po pracy lub gdy jest na zasiłku? Jakie ma oferty poza oglądaniem telewizji? Co daje mu państwo, gmina, szkoła, rodzice? Mam trochę konserwatywne przekonanie, że jeżeli w domu i w szkole wszystko jest "poukładane": rodzice i szkoła wpoili dziecku system elementarnych wartości, jest ono w bardzo dużym stopniu odporne na negatywne efekty oglądania telewizji. Uważam wprawdzie, że stacje telewizyjne zbyt często podają wiele rzeczy zbyt prosto i łatwo, serwują zbyt wiele agresji, ale będę się upierać przy tezie, że telewizja w większym stopniu jest taka jak społeczeństwo, a nie odwrotnie. Wzrasta liczba ludzi wykształconych, a to oznacza, że ta telewizja będzie różna. Tworząc TVN, zaczynaliśmy od ambicji przez duże "A". Miałem nawet wrażenie, że na początku chcieliśmy być telewizją publiczną bis, stacją ambitną, lecz - delikatnie rzecz ujmując - widz nie bardzo chce taką telewizję kupować. Potem staliśmy się bardziej komercyjni i okazało się, że ludzie chcą nas oglądać. Telewizja, poza wszystkim, jest biznesem. Na telewizję publiczną płacimy podatek i to ona z założenia powinna serwować rzeczy ambitne. W stacji komercyjnej nikt nie pozwoli sobie na to, by przynosić straty. A telewizja nie mająca milionów telewidzów, musi być deficytowa. Ludzie nie chcą Woody?ego Allena. Wolą telenowele. Autorzy programów telewizyjnych muszą mieć w sobie pokorę, by przyjąć gusta publiczności. Nie powinno to jednak dotyczyć programów informacyjnych. Tu obowiązuje reguła: mniej sensacji, więcej informacji o tym, co się wydarzyło w kraju i na świecie. Dzienniki mają ułatwić widzowi zrozumienie świata i zjawisk w nim zachodzących.
- Był pan korespondentem w Stanach Zjednoczonych. Czym różnią się media amerykańskie od polskich?
- Amerykanie mieli to szczęście, że wolną prasę mają już ponad dwieście lat. Polska ma to szczęście, że cieszy się nią już dziesięć lat, a jednocześnie to nieszczęście, że tylko dziesięć. Przy różnych wątpliwościach wyrażanych wobec mediów i dziennikarzy w Polsce myślę, że zdają oni swój egzamin. Nie idealizuję roli, jaką odgrywają media, ale gdybym swoją ocenę mógł sprowadzić do najprostszej formuły, to uważam, że wypełniają swoje zadanie przyzwoicie. Media, generalnie rzecz biorąc, służą polskiej demokracji, informują, a nie dezinformują. Gdy dzisiaj czytam o tym, co się dzieje z rosyjską telewizją i prasą przed wyborami parlamentarnymi w Rosji, przeraża mnie to i wiem, że u nas taka manipulacja jest nie do pomyślenia. Mieliśmy szczęście, że w Polsce istniał "drugi obieg", prasa niezależna, ale też przyzwoite gazety oficjalne, że nie wszystko w Polsce zaczynało się dziesięć lat temu. Hanna Krall i Ryszard Kapuściński mogli zaistnieć wcześniej i dzisiaj pałeczkę misji dziennikarskiej przekazują młodszym ludziom. Poziom polskiego dziennikarstwa nie jest z założenia wyższy niż średni poziom polskiej medycyny czy polskiej polityki.

Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0