Problem roku 1000

Problem roku 1000

Dodano:   /  Zmieniono: 
Drugie milenium upływa ludzkości we względnym spokoju, karnawałowej atmosferze, a największym przewidywanym kataklizmem jest pluskwa komputerowa
Europejczycy celebrujący przed tysiącem lat pierwsze milenium przeżywali ten czas w lęku przed głodem, zarazą i stosem. W dodatku apokaliptycznej zagłady oczekiwano aż trzydzieści trzy lata - teologowie nie byli pewni, czy świat skończy się w rocznicę narodzin, czy też śmierci Chrystusa.

Znaków końca świata szukano przede wszystkim na niebie. Nader liczne komety miały zwiastować niechybną zagładę ludzkości, zwłaszcza że świadkowie ich pojawienia się przysięgali, iż smuga światła na niebie układa się w zapowiadający Sąd Ostateczny miecz archanioła. Według kronikarzy, dochodziło nawet do spektakularnych walk pomiędzy Słońcem i Księżycem - Bogiem i szatanem. "W piątek, 28 dnia Księżyca, nastąpiło zaćmienie, czyli zaciemnienie Słońca, które trwało od szóstej godziny tego dnia aż do ósmej i było doprawdy przerażające" - czytamy w relacjach mnichów kronikarzy. W przyrodzie obserwowano zakłócenia i anomalie. W roku 1004 u wybrzeży Francji widziano gigantycznego wieloryba, który miał odgrywać rolę biblijnego lewiatana. Również epidemie, w średniowieczu nader częste, interpretowano jako znaki nadciągającej zagłady. Dwa lata przed rokiem 1000 Europę Zachodnią nawiedziła choroba, której towarzyszyła wysoka gorączka nasuwająca podobieństwo z ogniem piekielnym, gdyż trawiła chorych od środka. Kronikarz Raul Glaber zaświadczał: "W tym czasie dosięgła ludzi straszliwa plaga, ukryty ogień, który, gdy zaatakował któregoś z członków, spalał go i oddzielał od ciała; większość chorych w ciągu jednej nocy całkowicie strawił ów straszny żar". Za najskuteczniejsze antidotum na gorączkę uchodziły relikwie Świętych Marcina i Ulryka - na czarnym rynku osiągnęły zawrotne ceny.
Nadejście czasów ostatecznych zapowiadała też klęska głodu nawracająca falami w pierwszych latach po milenium: "Kiedy już zjedzono zwierzynę i ptactwo, ludzie, pod wpływem dotkliwego głodu, zbierali i zjadali wszelkiego rodzaju ścierwo i inne rzeczy, o których strach wspominać". Głód rozpętał w całej Europie pandemonium. Niekiedy codzienną praktyką zdeterminowanych chłopów, pragnących za wszelką cenę utrzymać się przy życiu, stawał się kanibalizm. Krwawe pacyfikacje wielmożów nie były w stanie temu zaradzić. Wstrząsom w przyrodzie towarzyszyły plagi społeczne, odczytywane jako kataklizm w skali całego znanego dotychczas świata. Chorobą zżerającą organizm Kościoła i powodującą galopującą inflację wartości religijnych była symonia, czyli kupowanie stanowisk kościelnych przez osoby najczęściej całkowicie tego niegodne. "Nawet królowie, którzy winni wydawać sąd o zdolnościach kandydatów do pełnienia funkcji w służbie Bożej, przekupieni licznymi i hojnymi darami, wolą wybrać do rządzenia Kościołem i duszami tych, od których spodziewają się otrzymać najcenniejsze prezenty" - biadał ówczesny kronikarz. Nic dziwnego, że szerokie masy wiernych, które zaczynały się interesować teologią na fali nastrojów apokaliptycznych, skłonne były ulegać herezjom rodzącym się jak grzyby po deszczu. Ich obfity wysiew powszechnie interpretowano jako spełnienie się ewangelicznej przepowiedni o pojawieniu się fałszywych proroków zwiastujących koniec świata. Herezjarchowie rekrutowali się - inaczej niż w wiekach poprzednich - z prostych chłopów, przekonanych, że Bóg wybrał ich do głoszenia jego chwały i naprawy świata. Oto jeden z przykładów odnotowanych przez kronikarza Glabera, opisującego dzieje wieśniaka imieniem Leutard, który stworzył nową religię, a swoją burzliwą karierę zakończył samobójczym skokiem do studni. Leutard na własnym polu "usłyszał - jak mu się wydawało - że mówią do niego, rozkazując mu czynić wiele rzeczy dla człowieka niemożliwych. Wreszcie wstaje wyczerpany, wraca do domu, wypędza żonę i twierdzi, że rozwiódł się na mocy przykazań ewangelicznych". Wolny od obowiązków rodzinnych rozpoczął agitację. Inny wieśniak z francuskiej miejscowości PŻrigord uwiódł swym religijnym urokiem dziesięciu kanoników z Orleanu. Zwabił ich na drogę herezji rzekomym bliskim związkiem z diabłem. Zanim na rozkaz króla Roberta ich wszystkich strawiły płomienie, zeznali jeszcze, że wieśniak nosił przy sobie proszek sporządzony z dziecięcych trupów, który miał tę magiczną moc, iż wystarczyło posypać nim wybraną osobę, by zwerbować ją do grona heretyków. Ponadto ów wieśniak - jak wielu jemu podobnych - wyznał na torturach, że diabeł w ramach rekompensaty za zdradę Chrystusa regularnie wypłacał mu pensję w złocie. Stos stał się zresztą wówczas bardzo popularną instytucją życia publicznego. Wydawanie na pastwę płomieni "czarowników", heretyków i Żydów było spektaklem dla gawiedzi. Tworzyły go ceremonie religijne mające na celu przygotowanie odszczepieńców na przeniesienie się na tamten świat, tortury wstępne, widowiskowe konwersje próbujących pod wpływem płomieni w ostatniej chwili odstąpić od błędnej wiary, wreszcie zmasowana agresja tłumu, który podsycał ogień, dokonując w ten sposób zbiorowego aktu oczyszczenia. Usilne próby wyplenienia zła przyniosły około roku 1000 wiele antysemickich ekscesów. Żydów powszechnie uważano wówczas za naturalnych sprzymierzeńców szatana. Tymczasem lud boży powinien stanąć na Sądzie Ostatecznym wolny od diablich miazmatów. Najprostszą formą okazało się oddzielenie ziarna od plew, czyli wykluczenie Żydów ze społeczności chrześcijańskiej. Zaczynało się od dysput mających przekonać starozakonnych o ich błędnej wierze, a kończyło się zazwyczaj pogromami. Na fali nastrojów milenijnych prześladowania Żydów zaczynają nabierać charakteru ściśle religijnego. Nawet więcej: fizyczne wytępienie wyznawców religii mojżeszowej powoduje przywrócenie naturalnej równowagi w przyrodzie. Oto świadectwo ówczesnego kronikarza: "W tych dniach, w Wielki Piątek, po adoracji Krzyża, Rzym został dotknięty trzęsieniem ziemi i straszliwym cyklonem. I natychmiast jeden z Żydów dał znać wielmożnemu papieżowi, że właśnie o tej samej godzinie Żydzi w synagodze znieważali wizerunek Ukrzyżowanego. Benedykt przeprowadził intensywne śledztwo w tej sprawie, rzecz się potwierdziła, i skazał sprawców tego występku na karę śmierci. Gdy tylko ich ścięto, wściekłość wichrów ustała".
Jednocześnie w przeczuciu końca czasów podejmowano próby natychmiastowej zbiorowej rehabilitacji. W całej Europie mnożyły się "zjazdy ascetyczne". Przedstawiciele wszystkich stanów gromadzili się w miejscach ustronnych, gdzie zbiorowo odmawiali sobie wszystkich uciech tamtych czasów: rozkoszy cielesnych, uczestnictwa w bitwie i obracania złotem. Bardziej gorliwi udawali się do miejsc słynących cudami, a najgorliwsi peregrynowali w procesjach biczowników, okładając się w trakcie marszu misternie splecionymi batami - aż do zupełnego wycieńczenia. Stabilizację społeczną i duchową łączność między pokoleniami podtrzymywał kult relikwii. Posłuszeństwo panów feudalnych królowi opierało się na tym, że składali przysięgę, trzymając dłoń na relikwiarzu. Jej złamanie groziło kalectwem w tym życiu, a potępieniem w przyszłym. Do najbardziej paradnych uroczystości tych czasów należał obrzęd przenosin relikwii, które nawet składały sobie wzajemne "wizyty" i "rewizyty", wędrując z klasztoru do klasztoru. Tłumy pragnęły być świadkami cudów, które towarzyszyły wędrującym szczątkom, co niekiedy sprowadzało katastrofalne następstwa: "W połowie Wielkiego Postu, podczas nocnego czuwania, gdy wielki tłum wszedł do świątyni i tłoczył się wokół grobu św. Marcjala, ponad pięćdziesiąt osób, mężczyzn i kobiet, zostało stratowanych i wyzionęło ducha wewnątrz kościoła; pochowano ich nazajutrz" - notują kroniki. Nic dziwnego, że relikwie jako towar najbardziej pokupny często fałszowano, czym trudniły się organizacje zawodowych wytwórców i handlarzy rzekomo świętymi szczątkami. Pewien opisany przez kronikarzy handlarz "ukradkiem wydobywał z grobów kości osób niedawno zmarłych, wkładał je do różnych szkatułek i sprzedawał wielu ludziom jako relikwie świętych męczenników lub wyznawców". Relikwie bywały bardzo praktycznym przedmiotem magicznym, a ich użycie skutkowało równie wydatnie jak wezwanie na pomoc patrona, któremu powierzono w opiekę kościół, miejscowość lub klasztor. Występny rycerz Hugo wysłał umyślnego, by wykradł wino z klasztoru nieopodal posiadłości MoliŻres, nad którym sprawował pieczę św. Benedykt. Święty wezwany na pomoc zemścił się okrutnie na grabieżcy dobijającym się do klasztornej piwniczki: "Jego plugawa gęba rozwarła się od ucha do ucha; nieczystości wyszły z jego brzucha i gdy wstrętnie się wokół rozlały, widać było wyraźnie, jak przeraźliwa i porażająca była jego boleść. Nękany straszliwymi cierpieniami, ów nędznik ciągnął jeszcze swój żywot tylko przez dwa dni".

Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0