Przy świątecznej szopce

Przy świątecznej szopce

Dodano:   /  Zmieniono: 
Święta w Polsce to instytucja życia rodzinnego. W świetle drzewka siada rodzina, stawia się talerz dla nieznajomego w nadziei, że nas nigdy nie zaskoczy. Chyba że byłby to nieznany osobiście kuzyn z Ameryki
1. Święta zaczęły się oczywiście w Rovaniemi. Parę godzin bladego słoneczka, głównie ciemno. Telewizja oświetla Świętego Mikołaja, który z ganku przemawia do dzieci i zasiada w saniach. Wczoraj jeszcze wszędzie był śnieg, dzisiaj odwilż, z godziny na godzinę topnieje lód na jeziorach, a las czernieje. Z dźwiękiem dzwoneczków renifery odpływają w deszczu z Mikołajem na południe.

2. Renifery na święta też przemówią ludzkim głosem. Wszystkie przemówią, i to bez chrypki, zdrowym głosem. Jak co roku czekamy w napięciu, co powiedzą. Czy lepiej im teraz, czy wolałyby żyć jak drzewiej, w PRL, dwadzieścia lat temu? Chyba - z wyjątkiem wrony - opowiedzą się za tym, co nowe. Lecznice zwierząt nawet bez reformy lepiej działają niż lecznice ludzi. Czekają na pacjentów całą dobę. Nikt nie mówi o łapówkach dla lekarzy, nie ma problemu z kasą chorych ani ze skierowaniem. Czy nie można by wziąć przykładu z ochrony zdrowia zwierząt? Można, z tą jedną różnicą, że jak zwierzątko zdecydowanie nie domaga, to je oddamy do uśpienia i to nie pytając wcale o zgodę.

3. Wróćmy ze stajni do dom. Jakie prezenty pod choinką? Odnaleziony na aukcji w Londynie ostatni zeszyt pieśni Beethovena, w którym obok dumek ukraińskich wielki kompozytor zinstrumentalizował na fortepian dwadzieścia sześć pieśni polskich. "Zachciało się Kasi jagódek..." i tak dalej. Dla uzupełnienia: "Oj, oj, upiłem się w karczmie" (Polnisch, 1816). Nagrania tychże przez Urszulę Kryger, Olgę Pasiecznik, Ewę Podleś, Jadwigę Rappe, Andrzeja Hiolskiego, Ryszarda Karczykowskiego i Wiesława Ochmana wykonane z akompaniamentem Ewy Pobłockiej dla Deutsche Gramophone Gesellschaft. Edycja specjalna w zamian za zwrot narodowi niemieckiemu zabytkowych rękopisów muzycznych przetrzymywanych w płonnej nadziei zwrotu polskich skarbów kultury zagrabionych w czasie wojny. Prawykonanie opery Pendereckiego lub innego wybitnego polskiego kompozytora współczesnego, napisanej na zamówienie Narodowego Banku Polskiego lub innego polskiego sponsora(ów), który postarał się o to, by na ziemi pierwszy raz w historii tak płodnej w talenty muzyczne znajdowały one materialną podnietę do twórczości. Tematyka dowolna, byleby nie całkowicie, puszczeni samopas i bez wytycznych sponsora twórcy popadają u nas w dwie skrajności. Dla rozweselenia masowej publiczności sadzają sopran na basie i każą tej pierwszej miarowo galopować aż do apogeum godnego adagio z "Sinfonia Domestica" Ryszarda Straussa, a to znów dla powagi każą słuchać, jak inni się za nas modlą. Tematów jest tymczasem więcej, zresztą mogą być w operze i zapustne momenty, po których należna postna pokuta, bo najważniejsza jest dająca się określić w warunkach konkursu ogólna wymowa dzieła. Prezes banku mogłaby na przykład chcieć, żeby libretto opiewało przewagi solidnej lokaty długoterminowej nad nieroztropnością szybkich wydatków konsumpcyjnych lub odwrotnie - w zależności od wskazówek Rady Polityki Pieniężnej. Wszystko na tle postępującej z aktu na akt cywilizacji dojrzewającego biznesu, który w pierwszym akcie tańczy w białych skarpetkach z paniami z agencji towarzyskiej, a następnie zakłada fraki i przechodzi w poloneza przerywanego strzelaniną między konkurencyjnymi firmami ochroniarskimi. Z książek pełne wydanie "Pana Tadeusza" wraz z zimą i opisem Bożego Narodzenia w Soplicowie, jak Telimena wytrząsała Tadeuszkowi śnieg ze spodni, jak Daniel Gerwazy ciął scyzorykiem karpie z sędziowskiego stawu, zazdrosna Zosia mordowała w gniewie indyki na pieczyste, do których Hrabia sugerował przywiezione jeszcze z Włoch kasztany (w folii dobrze przechowują się wcale bez lodówki) podczas gdy Tadeusz upierał się przy cholesterolicznym, ale wielce patriotycznym nadzieniu z wątróbek, pietruszki i jaj utartych z masłem i gałką. I Pan Andrzej - daj mu Boże zdrowie - to wszystko sfilmuje, podobnie jak drugą kamerą zemstę pani Hańskiej, czyli "Komedię ludzką" rocznik 1999 o tym, jak Polak z przemytnika, ubeka i kapusia szubrawca zamieniał się w senatora, barona neomonarchistę i prezesa spółki.

4. Święta w Polsce to instytucja życia rodzinnego. W świetle drzewka siada cała rodzina, stawia się talerz dla nieznajomego w nadziei, że nas nigdy nie zaskoczy. Chyba że byłby to nieznany osobiście daleki kuzyn z Ameryki albo komiwojażer z promocyjnymi próbkami. Bo nie daj Boże, gdyby tak przy tym talerzu usiadł dziad wędrowny, co uciekł Kotańskiemu, albo ktoś z mniejszości narodowej. Chyba że zbłąkana ładna Ukrainka jaka. Ale poza tym wszystko w rodzinie. Raz w roku siedzą wszyscy i patrzą w choinkę, nie sobie w oczy. Jest i wuj, co sekretarzem bywał, ale tylko drugim, więc nic takiego. Dzisiaj też sekretarz, zapatrywań nie zmienił, zawsze o sprawiedliwość społeczną chodzi, zmieniają się tylko środki. I wuj drugi, co siedział za komuny, teraz jakiś dziwnie niezadowolony, może dlatego że spotkał wczoraj swego dawnego strażnika w radzie parafialnej i dowiedział się, że tamten będzie prezesem towarzystwa opieki nad pomnikami męczeństwa ofiar władzy ludowej. I stryj profesor, co kapitalizm miał w gębie, a nie w kieszeni, też osowiały jakoś - nie wiadomo, czy dlatego że nie załapał się do dobrej rady nadzorczej, czy z powodu wyczerpującej kuracji winem czerwonym. Mama nareszcie szczęśliwa, bo wszyscy przy jednym stole; spóźnia się tylko ciotka, bo z kobiecego klucza w partii tradycjonalistów za wiceprezesa się została i piętnuje w telewizji pornografię. "Kiedy ona ma czas to oglądać? - dziwią się zebrani przy stole. - Ciągle tylko z zebrania na zebranie". Dzieci wracają od choinki, Staś gra na giełdzie, Marysia w spotach reklamowych. Udane dzieci! "A gdyby nie władza ludowa, to byłoby u nas dzisiaj jak na Białorusi" - odzywa się przekornie wuj sekretarz. "Nie mówmy o polityce" - błaga mama. I wreszcie, z sześćdziesiątą gwiazdką i piątą kolędą przychodzi nieubłaganie ten moment świąteczny, gdy ktoś (kiedy on zdążył się dobrać do butelki, przecież kredens zamknąłem na kluczyk) krzyczy: "Bo to trzeba wreszcie z tym skończyć, skończyć z podziałami, przecież wszyscy chcemy dobrze, każdy próbuje, trzeba wreszcie o błędach zapomnieć i iść do przodu, w nowe tysiąclecie razem, objęci w uśmiechu, niech widzi, psiakrew, Europa, że jesteśmy razem!".

5. A tfu, na psa urok! Co robilibyśmy w święta, gdybyśmy się wszyscy kochali na co dzień.
Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0