Strategia 2010

Strategia 2010

Nowoczesne centra handlowe w śląskich kopalniach, sprywatyzowane Mazury czerpiące zyski z elitarnej turystyki?
Główna siedziba Coca-Coli w jednym z polskich miast? Warszawa, którą łatwo można pomylić z Brukselą? Czy w ciągu najbliższych kilkunastu lat te awangardowe pomysły pozostaną marzeniem wizjonerów, czy też mają szansę stać się realną koncepcją przyspieszonego rozwoju gospodarczego Polski? Czy pomysły na Polskę staną się podstawą drugiego cudu gospodarczego?


polska globalna
Czy możliwe jest stworzenie w naszym kraju takich warunków, aby swoje centrale ulokowały tu niektóre globalne koncerny?
Za dziesięć lat Polska będzie już członkiem Unii Europejskiej, zatem lokowanie tutaj światowych central wielkich firm nie będzie dziwem natury, ale wartą rozważenia opcją - mówi Jacek Żurowski z Polskiej Agencji Inwestycji Zagranicznych. - Argumentem przemawiającym na rzecz inwestowania w naszym kraju jest ciągle dziesięciokrotnie tańsza niż w innych krajach siła robocza. Cóż stoi na przeszkodzie, by na przykład Niemcy umieszczali centrale swoich firm w Szczecinie czy Poznaniu? Zachodnia prasa, m.in. "The Economist", przewiduje, że za dziesięć lat Poznań może liczyć na boom inwestycyjny. Polska jest atrakcyjna, bo stosunkowo niskim kosztem w ciągu dwóch, trzech lat można zdobyć duży rynek. W krajach o "gospodarce z tradycjami" jest to trudniejsze ze względu na stabilność podziału rynku. Z rankingu magazynu "Fortune" wynika, że już ponad połowa globalnych koncernów umieściła u nas swoje przedstawicielstwa. Większość z nich nawet jeśli zaczyna tylko od przedstawicielstw handlowych (np. Toyota Motors Poland) wkrótce rozpoczyna tu produkcję, choćby podzespołów. Najwięcej zainwestowały w Polsce koncerny z branży spożywczej (Nestlé, Unilever, Master Food) i bankowej (Citibank, Credito Italiano, ING Barrings), może więc one przeniosą wkrótce do nas swoje centrale. Z drugiej strony - mogą to uczynić firmy dopiero podbijające polski rynek. Zdecydowanie niedoinwestowane są przecież przemysł zbrojeniowy, branża elektroniczna, telekomunikacyjna czy energoelektryczna. Inwestycji można się spodziewać również w branży maszynowej i mediach (już teraz kapitał amerykański zainwestował w Polską Telewizję Kablową). W ciągu dziesięciu lat zniknąć powinny obawy inwestorów japońskich: Polska może odegrać rolę, jaką dziś odgrywa Austria - pośrednika między japońskim kapitałem a rynkami środkowo-wschodniej Europy. - Argumentów przemawiających za lokowaniem siedzib globalnych koncernów w Polsce jest sporo. To duży kraj, jednorodny językowo i etnicznie, w którym mimo niekorzystnych warunków przetrwała tradycja przedsiębiorczości. W ciągu ostatnich lat rozwój gospodarczy był bardzo dynamiczny, a jest prawdopodobne, że sytuacja będzie jeszcze korzystniejsza po zażegnaniu skutków kryzysu związanego ze zjednoczeniem Niemiec - mówi Małgorzata ĺwierdzińska z Francuskiego Instytutu Zarządzania. Do inwestowania w Polsce często zniechęcają tzw. czynniki miękkie, czyli opinie o mieszkańcach danego kraju. Atutem Polski mogą się stać jednak "czynniki twarde", czyli wskaźniki ekonomiczne i stwarzanie warunków do inwestowania. Temu służy na przykład koncepcja stopniowego obniżania podatku od dochodów przedsiębiorstw (CIT). Zdaniem Piotra Dubno, rzecznika Ministerstwa Finansów, za dziesięć lat będzie on jednym z korzystniejszych w Europie. Inwestorzy nie od razu wybiorą Polskę zamiast Szwajcarii, być może jednak sam pomysł przestanie być uznawany za niedorzeczny.

Bruksela Wschodu
Czy Warszawa mogłaby się stać "zapasową" stolicą Unii Europejskiej - dla państw kandydackich i nowych członków, a także centrum bankowo-finansowym Europy Środkowej?
Już dziś Warszawa jest klasyfikowana jako jedno z najciekawszych miast na świecie, a w rankingu firmy Healey & Beaker znalazła się na pierwszym miejscu. Pod uwagę brano m.in. napływ inwestycji, zdolność ich przenoszenia, stabilność gospodarczą - mówi Paweł Piskorski, prezydent Warszawy. Nasza stolica ma też duże szanse, by odegrać rolę centrum bankowo-finansowego: Londyn jest za daleko, Berlin jest stolicą raczej administracyjną niż finansową, a Praga, Wiedeń i Budapeszt dysponują znacznie mniejszym zapleczem rynkowym. Atrakcyjność inwestycyjna Warszawy będzie wzrastać ze względu na coraz lepszą sytuację na rynku nieruchomości. Im więcej wznosi się biurowców, tym niższe są ceny. Zwrot z kapitału należy zaś u nas do najatrakcyjniejszych na świecie: następuje w ciągu 6-7 lat, podczas gdy poza Polską trwa to 18-20 lat. - Klient ma możliwość wyboru: wolne powierzchnie biurowe stanowiły kiedyś 1 proc. rynku, obecnie - 4 proc. To jest już rynek najemcy, a nie najmującego - mówi Marcin Święcicki, wiceminister gospodarki, były prezydent stolicy. Uważa on, że atutem Warszawy są też atrakcyjne tereny pod zabudowę, dobre połączenia z całą Polską i Europą Wschodnią oraz bogate życie kulturalne. Stolica stała się drugim miastem targowym w Polsce. W ciągu najbliższych dziesięciu lat zmieni się też zagospodarowanie przestrzenne - dzięki inwestycjom w Porcie Praskim, na placu Defilad czy Centrum Zachodnim. Nowe oblicze zyskają Siekierki, wymyślone i stworzone tak jak kiedyś Żoliborz. - Warszawa nie może być stolicą Unii Europejskiej w pełnym sensie tego słowa. Może jednak przejmować pewne funkcje, na przykład Kolegium Europejskie w Natolinie, kształcące ludzi z całego świata jest kopią ośrodka w Brugii - mówi prezydent Piskorski. Czy stolica Polski będzie niebawem jednym z miast symboli XXI wieku?

Śląska Dolina Krzemowa
Czy na Śląsku mogłoby powstać polskie Zagłębie Ruhry, regionalna Krzemowa Dolina: centrum naukowo-technologiczne?
Przekształcenie Zagłębia Ruhry w region ekologicznie i technologicznie czysty zajęło Niemcom około dziesięciu lat. Prawie trzykrotnie większe województwo Śląskie przeobraża się w podobnym tempie. - Polscy i zagraniczni kontrahenci doskonale wiedzą, że inwestycje na Śląsku szybko się zwracają. Gwarantuje to gęsta sieć komunikacyjna, przybliżająca rynek zewnętrzny i wewnętrzny, z pięcioma milionami klientów - mówi dr Bogumił Szczupak, kierownik Zespołu Zadaniowego ds. Opracowania Strategii Rozwoju Województwa Śląskiego w Akademii Ekonomicznej w Katowicach. - Dominacja przemysłu ciężkiego i wydobywczego jest już przeszłością. Najlepiej widać to na przykładzie byłego Zagłębia Rybnickiego. Tam już ukształtował się nowy krajobraz. Za 170 mln dolarów spółka Katowickiego Holdingu Węglowego i angielskiej firmy Chelverton International wybuduje na terenie likwidowanej kopalni Kleofas kompleks handlowo- usługowy. Bytomscy architekci zaprojektowali przebudowę szybu Krystyna w likwidowanej kopalni Szombierki, w której mieścić się będzie elegancka restauracja. Przebudowywane są też szyby w kopalni Wieczorek, sprzedaje się familoki w Rudzie Śląskiej i hale fabryczne w Katowicach. Trzeba jednak pamiętać, że na przerobienie kopalń i hut Zagłębia Ruhry w muzea i supermarkety wydano miliardy marek. Już dziś w przemyśle Śląska pracuje jedynie 51 proc. zatrudnionych w tym regionie. Likwidacja kopalń wiąże się też ze zwiększeniem obszaru terenów inwestycyjnych. Przekształcenie województwa śląskiego w polskie Zagłębie Ruhry wymaga przede wszystkim zmiany mentalności. "Matka kopalnia" musi się zamienić rolami z Alma Mater. - Gdy zniknęły bariery polityczne ośrodki naukowe w Częstochowie, Cieszynie czy Katowicach stały się konkurencyjne dla najbardziej znanych uczelni w kraju. Restrukturyzację Śląska wesprze też potencjał uczelni krakowskich - mówi dr Szczupak. Obecnie w 25 szkołach wyższych Śląska i w 13 filiach kształci się 140 tys. studentów. Szansa zmiany obrazu regionu pojawi się, gdy przemysł rozwiniętych technologii zacznie zatrudniać absolwentów tych szkół. Początek dały wielkie koncerny, na przykład General Motors czy Isuzu. - Za 5-10 lat podobieństwo Śląska do Zagłębia Ruhry czy francuskiego Nord Pas de Calais powinno być już zauważalne. Wcześniej jednak czekają nas trudne 3-4 lata, kiedy będziemy przeżywać problemy związane z ograniczeniem zatrudnienia w kopalniach i hutach - mówi wojewoda śląski Marek Kempski.

Polski raj
Czy realne byłoby utworzenie w naszym kraju, na przykład na wyspie Wolin, raju podatkowego?
W Polsce działają przedsiębiorstwa zarejestrowane w tak egzotycznych krajach, jak Wyspy Bożego Narodzenia, Wyspy Bouveta, Mauritius, Nauru czy Fidżi. Często nie sposób się dowiedzieć, kim są ich właściciele, bo dane te są poufne. Podobne profity gwarantują również kraje położone w głębi naszego kontynentu, na przykład Andora, Liechtenstein czy Luksemburg. Termin "raj podatkowy" kojarzy się bowiem bardziej z ideą wolności prowadzenia działalności gospodarczej niż z położeniem geograficznym. Według ekspertów Organizacji Współpracy i Rozwoju Gospodarczego, liczba takich miejsc na całym świecie przekracza 60, a ponad połowa światowych aktywów już jest zarządzana poprzez spółki tam zarejestrowane. - Pomysł stworzenia w Polsce raju podatkowego jest ciekawy, choć zapewne z jego realizacją byłyby kłopoty - ocenia Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. - Wprawdzie Komisja Europejska i OECD zwalczają tę ideę, dowodząc, że tworzy się nieuczciwą konkurencję podatkową, ale "raje" na brytyjskich wyspach Jersey i Man ciągle mają się dobrze. Uprzedzając zarzuty UE, można powiedzieć, że skoro nasze firmy inwestują w unijnych "rajach", nie ma żadnego powodu, aby zagraniczne firmy nie mogły robić tego samego w Polsce. Polskie Linie Oceaniczne i Polska Żegluga Morska powołały spółki na Wyspach Marshalla, Man, Nassau i na Cyprze. W 1994 r. polscy armatorzy założyli na wyspie Man spółkę Unity Line, obsługującą promy kursujące między Świnoujściem a Ystad. Dzięki tej operacji spółka mogła otrzymać kredyt od norweskich banków na budowę promu. W Luksemburgu mają swoją siedzibę dwie spółki Banku Handlowego. Jeżeli państwo posiadające na swym terytorium raj podatkowy podpisało z Polską umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, zyski zarejestrowanej tam firmy są opodatkowane tylko w tym kraju, potem zaś mogą zostać przetransferowane. Pozytywne efekty tego rozwiązania odczuwała przez wiele lat Irlandia, będąca rajem dla spółek z udziałem kapitału zagranicznego. Kiedy od stycznia 1999 r. zaczęto w tym kraju - pod naciskiem unii - zaostrzać przepisy, spowodowało to emigrację spółek do USA, na przykład do stanu Wyoming. Również Holandia nieźle wychodzi na dualistycznym rozwiązaniu polegającym na stworzeniu specjalnych przywilejów podatkowych na Antylach Holenderskich. Zdaniem Bohdana Wyżnikiewicza z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, gdyby doszło do utworzenia w Polsce raju podatkowego, korzyści mogłyby odnieść głównie małe firmy wykorzystujące położenie Wolina - blisko granicy niemieckiej. Mogłoby to także pomóc całemu regionowi zachodniopomorskiemu. - Bliski tej idei jest realizowany w Polsce projekt funkcjonowania specjalnych stref ekonomicznych - mówi Wyżnikiewicz.

Trójprzymierze
Czy możliwe jest wynegocjowanie z Unią Europejską specjalnego statusu dla naszego kraju jako łącznika gospodarczego UE z państwami tworzącymi NAFTA i Strefę Pacyfiku?
Na trzy, cztery lata przed przystąpieniem do Unii Europejskiej mamy szansę zrobić "interes tysiąclecia". Wystarczy "sprzedać" korzystne położenie geograficzne i zdyskontować fiasko niedawnego szczytu WTO w Seattle. Polska leży bowiem na styku trzech wielkich rynków handlowych, z których każdy liczy ok. 360 mln klientów. Te rynki obejmują wielkie porozumienia handlowe: NAFTA (Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu), Strefa Pacyfiku i Unia Europejska. - Uważam, że źródeł wzrostu gospodarczego należy poszukiwać w kraju. Gdyby jednak kraje UE i NAFTA zgodziły się na nasze pośrednictwo w okresie dostosowawczym, na pewno byśmy na tym skorzystali - uważa Krzysztof Dzierżawski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. Status pośrednika ma już w Europie na przykład Andora. Polska, kraj znacznie od Andory ważniejszy, mogłaby jednak lepiej reprezentować interesy unii wobec jej wielkich rywali i odwrotnie: tu dogadywano by się w sprawie taryf, ceł, podatków, wielkości kwot eksportowo-importowych itp. Pośrednictwo między gigantami światowego handlu przyniosłoby Polsce ożywienie gospodarcze, zaś wielkim koncernom umożliwiłoby zbudowanie przyczółków ekspansji, gdy znikną bariery wolnego handlu. - Otwarcie się na Meksyk czy USA przyniosłoby nam duże korzyści. Gdyby tylko kraje UE i innych organizacji podjęły to ryzyko, moglibyśmy świetnie żyć z pośrednictwa - potwierdza Krzysztof Dzierżawski.

Supergiełda
Czy można stworzyć w Polsce giełdę notującą spółki z całej Europy Środkowej, a także państw byłego ZSRR?
Pomysł nie jest nierealistyczny - mówi Piotr Szeliga, wiceprezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. -Jego realizacja zależy jednak nie tylko od nas. Wymagałoby to sprawniejszej obsługi polskiego rynku kapitałowego przez banki i biura maklerskie, a także ułatwień w dziedzinie regulacji prawnych. Kiedy obserwuje się małe giełdy regionu środkowo-wschodniej Europy, łącznie z giełdą wiedeńską, wyraźnie widać, że ich przyszłością jest współpraca z siecią globalną i tworzenie lokalnych centrów. Potrzebna jest także większa aktywność inwestorów i pośredników. W Polsce liczba potencjalnych akcjonariuszy, a więc osób, które otworzyły rachunki w biurach maklerskich, sięga 1,2 mln osób. Akcjonariuszy aktywnych jest mniej niż 100 tys. Stanowi to niespełna 5 proc. dorosłej populacji, podczas gdy na przykład w Australii odsetek ten sięga 40 proc. Zdaniem Jarosława J. Deryły z Centrum im. Adama Smitha, aby odgrywać rolę supergiełdy regionalnej, polski rynek kapitałowy już w 2000 r. musi być postrzegany jako opłacalny i efektywny. Przeszkód natury organizacyjnej właściwie nie ma już teraz. Polska giełda współpracuje ściśle z paryską, od której zakupiono w ubiegłym roku system informatyczny. Umożliwia on włączenie Warszawy w globalną sieć informatyczną, sięgającą od Brazylii poprzez Europę do Singapuru. - Jest rzeczą naturalną, że w ramach tej sieci powstawać będą centra regionalne. Szanse Warszawy na odgrywanie takiej roli są duże. Nasza giełda jest najsilniejsza kapitałowo w regionie: kapitalizacja sięga 25 mld USD, podczas gdy siła kapitałowa giełdy budapeszteńskiej jest o połowę mniejsza - przekonuje prezes Szeliga. - Pouczający jest przykład Luksemburga, którego władze finansowe zdecydowały, że przyciągną emitentów i inwestorów, upraszczając wymogi prawne i obniżając koszty transakcyjne. Zyski pochodziły ze zwiększonych obrotów, a rezultatem był najszybszy w historii awans giełdy prowincjonalnej do rangi światowego centrum finansowego. - dodaje Jarosław J. Deryło.

Republika Mazurska
Czy możliwe jest sprywatyzowanie mazurskich jezior i stworzenie na tym terenie centrum europejskiego sportu i turystyki?
Konieczne jest wypromowanie całego regionu jako marki. Przyjazd w te rejony powinien się stać rodzajem snobizmu. Dlatego w miejsce turystyki masowej warto upowszechniać modną na świecie turystykę kwalifikowaną - mówi prof. Krzysztof Młynarczyk z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Podczas gdy Kanał Bydgoski i jego okolice już zyskały europejską renomę (przyjeżdżają tu kajakarze z całego świata), o szlaku Krutyni nie wiedzą nawet turyści z Polski. Na zabetonowanych plażach Istrii nie można wsadzić igły między leżaki, a tymczasem polskie biura sprzedają jedynie 43 proc. wszystkich ofert turystycznych napływających z Mazur. Milion turystów odwiedzających region w ciągu roku stanowi zaledwie połowę tego, na co przygotowani są właściciele hoteli i pensjonatów. Według firmy audytorskiej Arthur D. Little, tylko wydatki Polaków na turystykę krajową do 2004 r. wzrosną z obecnych 900 mln dolarów do 1,6 mld dolarów. Turyści zagraniczni z kolei w ciągu pięciu ostatnich lat zostawili w naszym kraju dwukrotnie więcej pieniędzy niż w poprzednim pięcioleciu (ponad 7 mld dolarów rocznie). Dynamiczny wzrost potwierdzają specjaliści "Financial Times", dowodząc, że turystyka - obok informatyki - jest najszybciej rozwijającą się dziedziną gospodarki. Globalne zyski przemysłu turystycznego już dziś przekraczają 11 proc. światowego PKB. - Naszą odpowiedzią na te tendencje powinno być stworzenie na Warmii i Mazurach warunków do wypoczynku dla miłośników fauny i flory, choćby ornitologów czy amatorów nurkowania. Ekstensywne rolnictwo, które nie zawsze było dobrze oceniane, może się stać atutem przy utrzymaniu tak modnej turystyki wiejskiej - twierdzi prof. Młynarczyk. Krzyżackie zamki, siedziby biskupów, enklawy dzikiej, nie spotykanej nigdzie indziej przyrody, siedliska bobrów, rysiów, wydr czy czapli siwych mogą zachęcić do przyjazdu na Warmię i Mazury turystów z całego świata. Dla chętnych do uprawiania żeglarstwa czy turystyki rowerowej wytyczono szlaki wodne i specjalne trasy. - Trzy parki krajobrazowe, 30 proc. lasów pokrywających obszar Warmii i Mazur nie pozwalają na pełną prywatyzację tych terenów. Warto jednak przemyśleć wprowadzenie ulg podatkowych dla osób inwestujących w hotele i pensjonaty. Właśnie takie ulgi w ciągu 20 lat przekształciły Turcję z pustyni w raj turystyczny - mówi Jacek Dębski, szef Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki.

Eurowieś
Czy możliwe jest wykupienie ziemi od części rolników za dożywotnie świadczenia, restrukturyzacja gospodarstw i pobudzenie popytu na rynku własności rolnej?
Rynkowa restrukturyzacja polskiego rolnictwa jest największą przeszkodą na naszej drodze do integracji europejskiej. Pilnie trzeba więc "urynkowić" co najmniej milion mieszkańców wsi oraz ich własność ziemską. Można stworzyć dla nich specjalny fundusz (środki pochodziłyby z budżetu, Unii Europejskiej oraz sukcesywnej sprzedaży ziemi), który przeznaczono by na wypłatę stałych, dożywotnich świadczeń, na przykład 1000 zł miesięcznie (rewaloryzowanych zgodnie z poziomem inflacji), w zamian za ziemię. Ziemia ta mogłaby być następnie sprzedawana - także na raty - polskim grupom producenckim albo cudzoziemcom (trzeba by wobec nich zrezygnować z karencji na dostęp obcokrajowców do obrotu ziemią w Polsce). Uzyskiwane z tego tytułu środki trafiałyby do funduszu. W pierwszym roku projektem objęto by na przykład 100 tys. osób, a każdego następnego roku - kolejne 100 tys. Docelowo fundusz musiałby więc mieć do dyspozycji ok. 10 mld zł. Operacja taka służyłaby restrukturyzacji rolnictwa: likwidacji małych nierentownych gospodarstw i zwiększeniu konkurencyjności gospodarstw dochodowych oraz umożliwiłaby nabywanie ziemi na obszarach, gdzie jest nadmiar siły roboczej, a nie ma podaży ziemi. Zdaniem prof. Tadeusza Hunka z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, przeszkodą w urzeczywistnieniu tego projektu jest to, że nasze rolnictwo cechuje się jednym z najniższych wskaźników zwrotu z zainwestowanego kapitału. - Wprawdzie inwestując w nowoczesną produkcję rolną, można "wyjść na swoje", jednak inne branże są dla posiadaczy wolnych kapitałów z reguły bardziej atrakcyjne. Tylko ok. 700 tys. gospodarstw czerpie główne dochody z rolnictwa. Do rozwojowych natomiast można zaliczyć najwyżej 300-400 tys. - uważa prof. Hunek. Część rolników przygotowanych do prowadzenia działalności gospodarczej poza rolnictwem mogłaby uzyskać w zamian za ziemię - po przedstawieniu odpowiednich biznesplanów - skumulowane świadczenia jednorazowo (ewentualnie jeszcze dodatkowe wsparcie kredytowe), lecz nie mogliby później oczekiwać pomocy z budżetu w wypadku plajty. Musieliby się zatem ubezpieczyć od ryzyka na komercyjnych warunkach. - Wykupienie ziemi od nieefektywnych rolników mogłoby rodzić problemy, które dotknęły już górników. Pieniądze były szybko "przejadane", wydawane na bardziej lub mniej luksusowe dobra, a delikwenci ponownie lądowali na garnuszku państwa - mówi prof. Jerzy Osiatyński, były minister finansów. Najprawdopodobniej trudno byłoby znaleźć prywatnego inwestora gotowego zaangażować kapitał w tego rodzaju projekt, chyba że państwo zrekompensowałoby mu w inny sposób zamrożenie kapitału. Takie przedsięwzięcie musiałoby natomiast zyskać wsparcie z funduszy strukturalnych i celowych Unii Europejskiej. Władze unii mogą uznać, że lepiej wspierać rozwiązania radykalne, niż wydawać pieniądze na projekty ekstensywne.
Okładka tygodnika WPROST: 52/1999
Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0