Bitwa o Anglię

Bitwa o Anglię

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przez cały rok z różnych miast Polski wyrusza codziennie w kierunku Wielkiej Brytanii kilkanaście autokarów. Latem nawet ponad pięćdziesiąt. Wyjeżdżają przede wszystkim młodzi ludzie z rejonów najbardziej dotkniętych bezrobociem. To nie przypadek, że w jednym autokarze można spotkać kilkanaście osób z Wałbrzycha czy białostockiej wsi.
Przez cały rok z różnych miast Polski wyrusza codziennie w kierunku Wielkiej Brytanii kilkanaście autokarów. Latem nawet ponad pięćdziesiąt. Wyjeżdżają przede wszystkim młodzi ludzie z rejonów najbardziej dotkniętych bezrobociem. To nie przypadek, że w jednym autokarze można spotkać kilkanaście osób z Wałbrzycha czy białostockiej wsi. Wielu jedzie z nadzieją na znalezienie pracy i zarobienie pieniędzy, o jakich w kraju mogliby tylko marzyć. Problem polega na tym, że Polacy nie mają prawa do podejmowania pracy na terenie Zjednoczonego Królestwa. Podróżni zmierzający do wymarzonego Albionu muszą przekroczyć granicę w brytyjskim porcie Dover. Dla wielu bramy Anglii okazują się bardzo trudne do sforsowania. Niezmiennie od lat odmawia się wjazdu średnio trzem osobom na dziesięć. Odrzuceni muszą wracać. Jedni koczują w Dover, czekając na autokar, który zabierze ich do kraju, inni próbują szczęścia w innych portach brytyjskich. Najbardziej zdeterminowani oferują kierowcom tirów 400-500 USD za przewiezienie do Londynu lub ponownie próbują się przedrzeć przez kontrolę w Dover. Ci, którym w końcu udało się wjechać do jedynego kraju w Europie, gdzie nadal nie ma dowodów osobistych, a dokumentem stwierdzającym tożsamość jest paszport lub prawo jazdy, uważają się za szczęściarzy. Później starają się jak najszybciej zniknąć w ośmiomilionowej londyńskiej metropolii.
Dopóki istniał wywodzący się z lat II wojny światowej sentyment starszej generacji Brytyjczyków do Polski i Polaków, dopóty miało to bezpośredni oddźwięk w polityce rządów Zjednoczonego Królestwa. Dużą sympatią darzyła nasz kraj Margaret Thatcher, a wielu ministrów z jej gabinetu miało przyjaciół wśród Polaków - kombatantów bitwy o Anglię. Właśnie wtedy Zbigniew Racięski, dziennikarz i prezes Konserwatywnego Towarzystwa Polsko-Angielskiego, mając osobiste kontakty z premierem i ministrami, mógł zebrać niezwykle wpływową grupę Polaków, początkując akcję zniesienia wiz dla Polaków. Dla rządu Tony?ego Blaira Polska jest po prostu jednym z partnerów na wschodzie Europy, który za kilka lat może być członkiem Unii Europejskiej. Obecny szef Home Office (resortu spraw wewnętrznych), sekretarz stanu Mike O`Brien, nie jest jednak zwolennikiem szybkiej liberalizacji i uproszczenia procedur granicznych. Na takie stanowisko O?Briena miały wpływ złe doświadczenia z ubiegającymi się o azyl w Wielkiej Brytanii wschodnioeuropejskimi Romami i przestępcami z fałszywymi paszportami, których spora grupa w ostatnich latach przeniknęła z Polski do Wielkiej Brytanii. To, że ostatecznie nie doszło do wprowadzenia wiz, jest w dużym stopniu zasługą wiceministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego. W styczniu 1999 r. udało mu się przekonać Brytyjczyków, że byłoby to niekorzystnym posunięciem. Wiz nie wprowadzono, zaostrzone jednak zostały rygory odprawy granicznej. Niestety, coraz częściej pojawiają się informacje o złym traktowaniu Polaków na granicy.
- Najgorsze jest to, że wszystkim rządzi przypadek i nie ma praktycznie trybu odwoławczego dla Polaków - mówi mecenas Maciej Kielanowski, znawca prawa imigracyjnego z Londynu. Nie bez wpływu pozostaje to, że Home Office boryka się od lat z problemami wewnętrznymi. Po aferze z szajką urzędników średniego szczebla, którzy podrabiali decyzje o naturalizacji, przyszła kolej na załamanie się nowego systemu komputerowego. Toczy się proces pomiędzy Home Office a firmą Siemens, odpowiedzialną za instalację systemu, a tymczasem tysiące podań ginie w przepastnych budynkach w Croydon pod Londynem. Załamanie się systemu doprowadziło do tego, że w tym roku odnawianie i wydawanie paszportów zlecono urzędom pocztowym. - W efekcie - mecenas Kielanowski pokazuje plik teczek z nazwiskami - 15 proc. osób ma podwójne teczki. - Nigdy nam się nie podobało to, w jaki sposób są traktowani nasi rodacy na granicy, zwłaszcza w Dover - mówi Jan Mokrzycki, prezes Zjednoczenia Polaków, najpoważniejszej organizacji polonijnej na Wyspach Brytyjskich. - Dlatego od trzech lat rozmawiamy z Home Office. Muszę dodać, że nie bez winy są tu sami Polacy, którzy nadal mają zakodowany peerelowski strach przed władzą. Zamiast jasno i krótko odpowiadać na pytania, plączą się, co natychmiast budzi podejrzliwość urzędnika. Dodatkowo sprawę komplikują Cyganie, rzekomo prześladowani w Polsce. Innym problemem są Rosjanie, Ukraińcy i Litwini, usiłujący przekraczać granicę z nielegalnie wystawionych polskimi paszportami.
- Robimy, co możemy - wyjaśnia przedstawiciel Ambasady RP w Londynie. - Rozpatrujemy skargi, piszemy listy, rozmawiamy z przedstawicielami Home Office. Szacuje się, że do końca 1999 r. Wyspy Brytyjskie odwiedzi ponad 300 tys. obywateli polskich. Mecenas Kielanowski ma jednak własne zdanie na temat oficjalnych rozmów. - Przedstawiciel Home Office przyjdzie, posłucha, potwierdzi i? na tym koniec. - Nie ma jasnych kryteriów oceny - twierdzi Andrzej Lewicki, kierowca autokaru, od dziewięciu lat jeżdżący do Londynu. - To ruletka, przecież kilku urzędników nie jest w stanie w ciągu godziny ustalić, kto z grupy stu osób chce nielegalnie pracować, a kto jest turystą. - My już od Świecka wiemy, kto przejdzie granicę, a kto zostanie - dodaje jego kolega. - To się widzi i czuje. Zdarza się, że kierowcy dla urozmaicenia monotonnej podróży, obstawiają swoje typy. Kto dzisiaj odpadnie w Dover? Do odprawy paszportowej zawsze gromadzi się spora kolejka. Czasem nawet kilkaset osób tłoczy się przy barierkach, gdy zjadą się autokary kilku przewoźników. Immigration officers zabierają się do pracy bez pośpiechu, z przysłowiową angielską flegmą. Przepisy są tak opracowane, by zawsze dać urzędnikowi możność dowolnej ich interpretacji. Całe prawo imigracyjne opiera się na zasadzie discretion i satisfied. Urzędnik musi być przekonany, że dana osoba nie jedzie do pracy, lecz jest turystą. - Statystyki - twierdzi mecenas Kielanowski - nie mają wiele związku z rzeczywistością. Ponad połowa ludzi, którym odmówiono wjazdu do Zjednoczonego Królestwa, nie jest w nich ujęta. Nie uwzględnia się przede wszystkim tych, którzy nie odwołują się od decyzji urzędnika. Wiele osób po prostu odwraca się na pięcie i odjeżdża. - Poza tym statystyki napływające z Home Office są niepełne - wyjaśnia Grzegorz Majewski, konsul Ambasady RP w Londynie. - Czasem uwzględniane są w nich dwa, czasem trzy tygodnie w miesiącu. Nikt nie wie, skąd te luki. W tym roku jedną z najbardziej wstrząsających była sprawa Genowefy Zubrzyc, 74-letniej niedosłyszącej staruszki, która chciała odwiedzić córkę mieszkającą od lat z mężem Anglikiem na północy Anglii. Pani Genowefa zgubiła się na przejściu granicznym w Dover i została zatrzymana przez oficera imigracyjnego. Autokar odjechał, a staruszka w oczekiwaniu na tłumacza spędziła noc w areszcie. Rano przesłuchano ją i najwyraźniej uznano za osobę podejrzaną, bo została odesłana do Ca- lais. Próbowano się skontaktować z córką, ale ona była już w drodze do Dover w poszukiwaniu matki. Deportowana staruszka umarła na ławce w porcie w Calais. Odpowiadając na skargę rodziny, służby imigracyjne grzecznie przeprosiły, podkreślając jednak zdecydowanie, że "ze śmiercią staruszki nie mają nic wspólnego". Przykra przygoda spotkała biznesmena pragnącego w Święta Bożego Narodzenia odwiedzić córkę, legalnie studiującą i pracującą w Londynie. Odmówiono mu wjazdu, zarzucając, że chce zostać na stałe w Zjednoczonym Królestwie, mimo iż miał przy sobie ponad 1000 funtów i dokumenty świadczące o tym, że jest właścicielem firmy. Janusz Z., mieszkający w Anglii wraz z żoną od 1981 r., oczekiwał na rozpatrzenie wniosku o stały pobyt i naturalizację. Tylko raz wyjechał do Polski - na pogrzeb matki. Gdy wrócił po czterech dniach, został zatrzymany na lotnisku Heathrow. Urzędniczka stwierdziła, że wyjeżdżając, "zrezygnował z prawa do stałego pobytu" i w związku z tym może wjechać jedynie jako turysta. Nie interesowała ją zmarła matka ani fakt, że Janusz ma w Londynie własny dom i stałą legalną pracę w dużej firmie. Niewiele pomogła skarga przedłożona na najwyższym szczeblu. - Z 84 spraw, które skierowałem w tym i zeszłym roku do sądu, wygraliśmy ponad 70 - mówi mecenas Kielanowski. - Nigdy jednak nie usłyszeliśmy słowa "przepraszam", chociażby za to, że sprawa z winy Home Office ciągnęła się w różnych sądach cztery lata. Zawsze kończyło się na łaskawym przyznaniu prawa pobytu czy cofnięciu odmowy, tłumaczonym nieporozumieniem czy zagubieniem odpowiedniego dokumentu. Kielanowski uważa, że szczególnie niechętni Polakom są brytyjscy urzędnicy pochodzenia hinduskiego, nie rozumiejący dwustuletniej tradycji wolności i praw człowieka w Europie. Poza tym jako Brytyjczycy są oni wyjątkowymi "eurosceptykami". - Wszystkie odmowy, jakie ostatnio dostaję z Home Office, są podpisane przez pracowników o hinduskich nazwiskach: Patel, Bambi, Mukesh - kontynuuje mecenas. - Nie znający angielskiego Polacy nie powinni też raczej liczyć na zatrudnianych przez urzędy tłumaczy, na ogół niechętnie nastawionych do proszących o pomoc. Słynna piosenka Very Lynn "White Cliffs of Dover" z okresu II wojny światowej wyrażała tęsknotę brytyjskich żołnierzy za bezpiecznym powrotem do domu. Dla wielu Polaków Dover i jego białe klify stały się raczej symbolem ostatniej przeszkody jednoczącej się Europy. Czyżby na obalenie tego muru przyszło nam czekać aż do formalnego przystąpienia Polski do Unii Europejskiej?

Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0