Dylemat na tysiąclecie

Dylemat na tysiąclecie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Utrata bliskich ludzi jest ciężka nawet wtedy, gdy wiadomo, że już nic nie można było dla nich zrobić. A proszę sobie wyobrazić, co to znaczy: wiedzieć, że uratowanie drogiej osoby jest możliwe
Ferowanie wyroków moralnych - najchętniej potępień - od wieków należy do ulubionych sportów ludzkości. Są jednak sprawy, o których panuje pełne skrępowania milczenie, bo uwikłany w nie konflikt wartości jest tak ogromny, że opowiedzenie się po którejkolwiek "stronie" jest niezmiernie trudne. Można wtedy jedynie zestawiać fakty i argumenty, mówiąc: "Jest tak a tak, natomiast o wyborze decyzji rozstrzyga w każdym wypadku indywidualna wrażliwość". Do takich spraw należy decydowanie o tym, co się stanie z nami po śmierci. Nie w sensie duchowym - bo ten werdykt nie leży w zakresie naszych kompetencji, choć możemy mieć wpływ na jego kształt, starannie przygotowując swoje dossier za życia. Chodzi o czysto cielesny aspekt sytuacji. Za niewiele ponad rok wejdziemy w nowe tysiąclecie (choć wszyscy bardzo się spieszą i wmawiają sobie, że to będzie już za parę tygodni) z ogromnym dorobkiem nauki i techniki, a jednocześnie z ogromnym bagażem pytań o nasze usytuowanie - jako istot ludzkich - w stwarzanym przez nas świecie. Przeżywaliśmy w tych rozmyślaniach już wiele emocji i niejeden przełom, ale ileż jeszcze przed nami! Jeden z przełomów, które czekają na to, byśmy ich dokonali, dotyczy zgody zainteresowanego i jego rodziny na pozbawienie go natychmiast po zgonie niektórych organów - po to, by przeszczepić je innym ludziom albo poddać badaniom naukowym. Bardzo łatwo jest oskarżyć o egoizm tych, którzy nie chcą się na to zgodzić, a o nieuczciwość i brak taktu tych, którzy niecierpliwie nalegają na wyrażenie takiej zgody. W obecnym stanie rzeczy jedno i drugie oskarżenie byłoby jednakże bardzo nie fair. Co roku umiera tysiące ludzi, chociaż mogliby żyć o wiele dłużej, gdyby tysiące innych zdobyły się na zrozumienie ich sytuacji i na altruizm. Ludzie ci umierają w oczekiwaniu i nadziei na to, że gdzieś na świecie znajdzie się ktoś, kto zgodzi się na przysłanie im niepotrzebnego już jemu organu. Ten bowiem mógłby zastąpić ich chory lub zniszczony narząd, bez którego są skazani na śmierć. Ich najbliżsi przeżywają nieopisane katusze. Utrata bliskich jest ciężka nawet wtedy, gdy wiadomo, że już nic nie można było dla nich zrobić. A proszę spróbować sobie wyobrazić, co to znaczy: wiedzieć, że uratowanie drogiej nam osoby jest możliwe, bo od strony techniczno-medycznej prawie nie stanowi to problemu, a zależy wyłącznie od dobrej woli ludzi, którzy mogliby pomóc. I mimo to w pewnym momencie być zmuszonym jasno sobie powiedzieć, że ta pomoc nie nadejdzie. I być zmuszonym bezsilnie przyglądać się konaniu i śmierci dziecka, męża, matki... Cały czas odchodzą ludzie, których zabierają choroby o nie rozpoznanych do końca mechanizmach i o strasznym przebiegu: Parkinsona, Alzheimera, Creutzfeldta-Jakoba, schizofrenia... Postęp w badaniach nad nimi jest hamowany między innymi... brakiem mózgów. Mózgów osób zdrowych, które można by porównać z mózgami osób chorych, by wykryć ewentualne różnice w strukturach bądź charakterystyczne uszkodzenia, a następnie wykorzystać zdobyte informacje do zapobiegania tym schorzeniom lub przynajmniej jak najwcześniejszego ich wykrywania i leczenia. Na dobrą sprawę ułatwienie tych badań leży w interesie nas wszystkich, bo każdego z nas te choroby mogą dotknąć. Mózgów do badań jest jednak o wiele za mało... Kiedy człowiek myśli o własnej śmierci, wiele go w tych myślach przeraża. Staje wobec wielkiej niewiadomej. Na pewno wie jedynie to, że jako istota fizyczna ulegnie zupełnemu zniszczeniu - i bardzo trudno mu się z tym pogodzić, bo przez całe życie właśnie wokół swojej fizycznej powłoki budował bardzo istotną część swojego "ja". Zgoda na to, by z "jeszcze ciepłego" ciała wycinano rozmaite narządy, może być odczuwana jako coś w rodzaju samozagłady, pomocy w owym niszczeniu swojej osoby, czego się tak nie chce. To koszmarnie trudne. A cóż dopiero powiedzieć o rodzinie, zdrętwiałej z bólu po świeżej śmierci, która ma do tego dodawać jeszcze świadomość, że się teraz zmarłego "pokroi". Nie jest łatwo myśleć o ratowaniu przed śmiercią innych, kiedy śmierć uderzyła w nas samych. Jak rozstrzygnąć, co ważniejsze? Prawo do poczucia osobistej wartości, godności i tożsamości czy obowiązek niesienia pomocy bliźnim, zwłaszcza w sytuacji zagrożenia życia? Ewentualne przekonania religijne, odstręczające od naruszania ciał zmarłych lub zgoła tego zabraniające, czy wynikające często z tych samych przekonań religijnych moralne nakazy dzielenia się z innymi, a szczególnie z potrzebującymi pomocy? Mamy tu do czynienia z niesłychanymi konfliktami wartości, które często można uznać za równie istotne. Właściwie cała ludzkość musiałaby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w obliczu takich dylematów można i trzeba wymagać od jednostki przeskoczenia samej siebie. Ale to już zadanie na następne tysiąclecie. Poprzednie dwa tego nie rozstrzygnęły. .
Więcej możesz przeczytać w 47/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0