Informator satyryczny

Informator satyryczny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z JANUSZEM REWIŃSKIM i KRZYSZTOFEM PIASECKIM, autorami programu satyrycznego "Ale plama"
Małgorzata Czarnecka: - Program prowadzony przez panów jest odmianą ?gadających głów?, swoistym dziennikiem satyrycznym.
Krzysztof Piasecki: - Kiedyś było tak, że o rzeczywistości więcej dowiadywaliśmy się z kabaretu niż z gazet. Teraz już tak nie jest. Czerpiemy z tego, co wiedzą wszyscy i do tego się odwołujemy. Nie sprzedajemy innych informacji - my je komentujemy. Janusz Rewiński: - Ta forma jest dość trudna i do tej pory niezbyt często uprawiana przez artystów. Ale to właśnie taki program daje możliwość szybkiego reagowania.
- Dlaczego dzisiejszy kabaret nie pojawia się tak często na scenie i przeniósł się do telewizji?
JR: - Kiedyś kabaret nie był obecny w tzw. reżimowych mediach. Jego twórcy dostawali pozwolenie na występy w salach, gdzie mogło się zmieścić sto, dwieście osób. Tam była cenzura, ale równocześnie tam bawiono się tekstami, pojawiało się oszustwo polegające na tym, że słowo napisane było ?podpieczętowane?, a mówiło się coś trochę ?obok?. Tam dokonywała się swego rodzaju improwizacja. To ludzi podniecało - niby się im czegoś zabrania, ale są straceńcy, którzy ?balansują na ostrzu noża?. Taka forma przestała ludzi interesować również dlatego, że bardziej groteskowe rzeczy dzieją się w parlamencie. KP: - Dzisiaj telewizja stała się wyróżnikiem wszystkiego. Stało się tak, że jeżeli czegoś w niej nie ma, nie ma tego w ogóle. Podobnie jest z satyrą.
- Jaka jest rola satyryka w polskiej demokracji?
KP: - Satyryk obserwuje rzeczywistość z zewnątrz i pokazuje głupotę, nie zajmując konkretnego stanowiska. Kiedyś powszechne było przekonanie, że Polacy są świetnym narodem, tylko komuna nas strasznie gnębi. Teraz, kiedy już jej nie ma, ujawniły się wszystkie nasze wady narodowe. Prowadząc program, staram się być obiektywny i w każdej opcji politycznej dostrzegam zarówno mądrych, jak i głupich ludzi. Satyra jest po to, by osoby, którym dokucza rzeczywistość - a odnosi się to do wszystkich niezależnie od pozycji - przez chwilę łatwiej mogły ją znosić. Kiedyś grałem socjologa zakładowego. Po spektaklu przyszła do mnie kobieta i powiedziała: ?U nas pracuje taki sam głupek, jakiego pan przedstawił. Przez najbliższe dwa tygodnie, kiedy on będzie mówił do mnie coś durnego, przywołam sobie pański obraz. Będę się śmiała i łatwiej go zniosę?.
JR: - Zadaniem profesjonalnego satyryka jest bawienie się władzą, nie zaś opozycją. Ta pierwsza znajduje się bowiem na świeczniku i jej należy patrzeć na ręce. Dla satyryka nie jest istotne, czy jest to prawica, czy lewica. Zawodowiec potrafi kąsać jednych i drugich. Pewni ludzie na przykład nie dostrzegają tego, że kiedy profesor chemii - który nigdy nie miał do czynienia z polityką, a był myślącym i szlachetnym człowiekiem, kierującym się w swoim postępowaniu ety- ką - przekraczając granicę kompetencji, staje się po prostu śmieszny.
- Czy poprzez dowcip Polacy leczą swoje kompleksy. Czy stać ich na spontaniczną radość?
KP: - Polacy cały czas czują się gorsi i to daje się zauważyć również w reakcjach na żart. Śmiech dla Polaków ciągle jest czymś podejrzanym. Wydaje się nam, że nasz naród stworzony jest do głębszych przeżyć niż śmiech. Artysta, który potrafi spowodować, że widz płacze, jest lepszy od umiejącego sprowokować publiczność do spontanicznego śmiechu. W Polsce chyba tylko w Piwnicy pod Baranami profesorowi uniwersytetu przystoi się śmiać na głos. Kiedy się wzruszamy, świadczy to o tym, że mamy duszę i jesteśmy dobrzy. To jest nasz kompleks narodowy - nie potrafimy się śmiać, bo uważamy, że jest to coś gorszego.
JR: - Ludzie potrafiący zachować dystans w stosunku do samych siebie są ciekawi tego, jak się ich postrzega. W krajach o dłuższej tradycji demokratycznej takie podejście do siebie okazuje się właściwe. Każdy zachodni polityk na wysokim stanowisku, które zajął dzięki wykształceniu i osiągnięciom, jest zainteresowany tym, jak postrzegają go ludzie, zwłaszcza artyści. Pozwala żartować z siebie często po to, by podnieść własną popularność. W naszym kraju na palcach można policzyć Europejczyków bąd ź ludzi światowego formatu, którzy lubią, kiedy się z nich żartuje na odpowiednim poziomie.
- Młodzi artyści niechętnie podejmują w swych występach tematy polityczne. W jakim kierunku zmierza następne pokolenie satyryków?
JR: - Kiedy dwadzieścia pięć lat temu zaczynałem się zajmować satyrą, władza była głupsza od twórców. Takie mieliśmy przeświadczenie. Władza nie była z wyboru i zawsze istniał podział: ?my? i ?oni?. Dzisiejsza demokracja, która ciągle się kształtuje, jest niesłychanie skomplikowana i trudno na przykład zrozumieć, dlaczego związek zawodowy nazywa siebie prawicą, a liberalna lewica - lewicą. Młode pokolenie uważa, że system demokratyczny jest mechanizmem, który sam się będzie regulował, i przestają odczuwać potrzebę zmiany rzeczywistości. Zaczynając w kabarecie, byliśmy przekonani, że oddziałujemy na ludzką świadomość. Widzieliśmy, jak pewne pretensje tkwią głęboko w ludziach i jak bardzo mają oni potrzebę odreagowania, jak taki sposób porozumienia się bez słów był ważny wówczas, gdy panowały cenzura i totalne zakłamanie. W tej chwili młodzi ludzie nie mają takiej potrzeby kreowania rzeczywistości. Dla nich granice Europy są otwarte i mogą się uczyć tego, czego chcą. Kiedy młody człowiek zacznie uważać, że wszystkie doktryny polityczne się skompromitowały, przestaje się tym interesować. Nie śledzi ich meandrów i zaczyna się bawić abstrakcją. To pewien rodzaj dadaizmu.
KP: - Młodzi ludzie mniej interesują się polityką. Tworzony przez nich kabaret odpowiada na zamówienie ich publiczności. Jest to pewien rodzaj żartu, który czasami utrzymany jest na wyższym, a niekiedy na niższym poziomie, ale zawsze w zdecydowanie bardziej abstrakcyjnej formie. I tak powinno być. Zachodnie programy są właśnie takie. Nasze pokolenie jest skażone, nosi jakiś rodzaj politycznego piętna. Na całym świecie dzieje się tak, że polityką interesuje się tylko pewna grupa ludzi. Natomiast w Polsce wszystkich ona zajmowała, bo była wszechobecna, i to nam zostało.

Więcej możesz przeczytać w 47/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0