Cenny potomek

Cenny potomek

Dodano:   /  Zmieniono: 
Niepłodność staje się chorobą społeczną
Co szóste małżeństwo na świecie nie może się doczekać potomstwa. W USA na pozaustrojowe zapłodnienie decyduje się już sto par na tysiąc, w Anglii - 244, a w Izraelu - 295. W krajach rozwiniętych parom pragnącym dziecka oferuje się różne formy pomocy: zapłodnienie komórki jajowej niedojrzałym plemnikiem bądź implanty zamrożonych jajników. Do rozrodu używa się również niedojrzałego jajeczka. Z tych metod zaczynają korzystać także Polacy. W ostatnich latach w Polsce przybyło placówek, w których niepłodne osoby leczone są za pomocą technik wspomaganego rozwoju. Ośrodków takich jest już kilkanaście - zarówno państwowych, jak i prywatnych. Najwięcej tego typu zabiegów - 1200-1300 rocznie - przeprowadza się w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych Akademii Medycznej w Białymstoku; w pozostałych placówkach prawdopodobnie drugie tyle. Według prof. Mariana Szamatowicza, dyrektora białostockiego instytutu, jest to kropla w morzu potrzeb.

Według danych Instytutu Matki i Dziecka, w Polsce żyje ok. 9 mln kobiet w okresie rozrodczym. Jeśli przyjmiemy, że kłopoty z poczęciem dziecka ma 15 proc. par, oznacza to, że 2,4 mln Polaków nie może się doczekać potomstwa. Zdaniem ginekologów, będzie ich coraz więcej. Czas największej płodności kobiety przypada na 25. rok życia. Tymczasem kobiety coraz później wychodzą za mąż i później zachodzą w ciążę. Dziecka nie mogą się również doczekać panie dwudziestokilkuletnie. Problemy z posiadaniem potomstwa mają też mężczyźni, co spowodowane jest pogarszaniem się jakości nasienia.
W ostatnim dziesięcioleciu dzięki technikom wspomaganego rozrodu w Polsce przyszło na świat prawie 3 tys. dzieci. Większość rodziców skorzystała z klasycznej metody in vitro, której pierwszym etapem jest hiperstymulowanie jajników. Stymulacja jajeczkowania umożliwia równoczesne dojrzewanie kilku - zazwyczaj 8-14 - pęcherzyków Graafa. Można więc pobrać więcej komórek jajowych - tym samym rosną szanse na uzyskanie zarodków i zajście kobiety w ciążę. Pacjentki przyjmują ludzkie lub syntetyczne gonadotropiny (hormony powodujące wzrost i dojrzewanie pęcherzyków). Im kobieta jest starsza, tym więcej musi ich zażyć, co podnosi koszty leczenia. Stymulacja trwa średnio 14-15 dni. Kolejnym etapem jest wykonanie punkcji wszystkich pęcherzyków (zabieg monitorowany jest ultrasonograficznie). Wydobyte oocyty przenoszone są na tzw. media hodowlane. Po kilku godzinach dodaje się do nich oczyszczone i odpowiednio zagęszczone nasienie partnera. Jajeczka, do których wniknęły plemniki, zaczynają się dzielić na dwie, cztery, osiem komórek. Wówczas (po dwóch dobach od pobrania oocytów) przeprowadzany jest transfer - zapłodnione komórki jajowe przenoszone są do jamy macicy. W niektórych ośrodkach specjaliści, chcąc zwiększyć szansę na implantację zarodka, przedłużają ich hodowlę (z dwóch do pięciu - siedmiu dni), aż przekształcą się w blastocysty. By zaś stworzyć warunki zbliżone do panujących w macicy, elementy endometrium dodawane są do medium hodowlanego. Jeżeli za niepłodność pary odpowiedzialny jest mężczyzna, wyniki klasycznej metody in vitro są o 30-40 proc. gorsze niż wtedy, gdy zastosuje się ją u pacjentek, których partnerzy mają zdrowe nasienie. Technika ta nie daje także szansy na potomstwo pacjentom dotkniętym ciężką oligoastenoteratozoospermią (OAT); ich partnerki - jeśli chcą mieć dziecko - korzystają z nasienia dawcy. W 1992 r. zespół prof. Gianpiero D. Palermo z Medical College of Cornell University w USA wykonał pierwszą mikroiniekcję plemnika do komórki jajowej - za pomocą mikromanipulatorów wprowadzono go do cytoplazmy oocytu (ICSI). Nastąpił wówczas przełom w leczeniu niepłodności męskiej.
Mężczyznom, w których ejakulacie znajduje się zaledwie kilka plemników, umożliwiono ojcostwo. Obecnie zakłada się, że komórka jajowa może być zapłodniona w naturalnych warunkach, gdy w mililitrze nasienia znajduje się ok. 20 mln plemników. Do zapłodnienia jajeczka in vitro wystarczy już 50-100 tys. męskich komórek rozrodczych, a w technikach ICSI - jedna, oczywiście zdrowa. Udoskonalenie ostatniej z tych metod stale zwiększa szanse bezpłodnych mężczyzn na posiadanie potomstwa. W niektórych ośrodkach badawczych do mikroiniekcji - oprócz świeżych lub mrożonych plemników z ejakulatu - używa się męskich haploidalnych komórek rozrodczych, tzw. spermatyd (z nich dopiero się rozwija plemnik). Odwołując się do tych doświadczeń, naukowcy próbują wykorzystywać do zapłodnienia również jeszcze niezdolne do rozrodu komórki jajowe, które dojrzeją dopiero w następnym cyklu miesięcznym. Badania prowadzone są dotychczas na zwierzętach, głównie myszach. Wydaje się jednak, że w przyszłości będą w nich uczestniczyć również ludzie. Dla kobiet, które stały się niepłodne na przykład wskutek leczenia nowotworu jajnika, szansą na urodzenie dziecka może być także transplantacja wcześniej usuniętego i zamrożonego jajnika.
Do tej pory tego typu zabiegi udawały się jedynie u zwierząt - dzięki nim zarówno świnie, jak i owce doczekały się potomstwa. We wrześniu tego roku w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy przeszczepiono jajnik 29-letniej kobiecie. Niedługo po operacji organ podjął pracę i wyprodukował pęcherzyk, w którym rozwija się komórka jajowa. W wielu krajach niepłodność jest przyczyną wzrostu liczby bezdzietnych małżeństw i niekorzystnych zmian demograficznych. Podobnie jest w Polsce - od początku lat 90. obserwujemy znaczny spadek liczby urodzeń. Podczas gdy w 1990 r. przyszło na świat 547,7 tys. dzieci, w roku 1998 - 395,6 tys. Z tego powodu Światowa Organizacja Zdrowia uznała nie planowaną bezdzietność za chorobę, sugerując, że koszty związane z prowadzeniem profilaktyki i leczeniem powinny być objęte ubezpieczeniem społecznym. - Naszym zadaniem jest przekonanie polityków, że prawo do rozrodu należy do podstawowych praw człowieka. W związku z tym powinno być włączone do pakietu opieki zdrowotnej każdego obywatela - podkreśla prof. Marian Szamatowicz.
Na Węgrzech z ubezpieczenia zdrowotnego finansuje się pięć prób zapłodnienia pozaustrojowego, w Anglii - cztery, w Czechach - trzy. W Izraelu każda para może mieć nawet dwójkę dzieci poczętych dzięki metodom wspomaganego rozrodu - za wszystko płaci państwo. Dzieci, które dzięki tym technikom mogły przyjść na świat, stanowią w tym kraju ponad 2 proc. przyrostu naturalnego (w Czechach - 1,2 proc.). Natomiast Włosi próbują określić nowe ustawowe rozwiązania zakładające, że z tych metod będą korzystać osoby do 50. roku życia. Tymczasem w przyszłorocznym bud- żecie naszego kraju nie przewidziano finansowania metod wspomaganego rozrodu. Zdaniem pracowników departamentu świadczeń zdrowotnych Ministerstwa Zdrowia, zapłodnienie pozaustrojowe, które może pomóc ok. 300 tys. par w Polsce, powinno być opłacane przez kasy chorych. Dotychczas kasy finansowały wyłącznie procedury nie związane z technikami wspomaganego rozrodu. Nie wiadomo, jak to będzie wyglądało w 2000 r. Kasy chorych dopiero kontraktują poszczególne procedury medyczne na przyszły rok. Do tej pory pacjentom, którym nie pomogły podstawowe techniki terapii niepłodności, pozostawały jedynie prywatne wizyty w specjalistycznej placówce. We wszystkich za leczenie trzeba płacić - najpierw 1,5-3 tys. zł za specyfiki stymulujące jajniki, następnie 1-5 tys. zł za zabieg. Niestety, nie każdy z nich kończy się sukcesem. Narodowe rejestry wykazują, że w takich krajach, jak USA, Anglia czy Francja, 20-22 proc. kobiet rodzi dziecko po jednym cyklu terapeutycznym, 50-60 proc. pacjentek - po sześciu. "Rekordzistka" z białostockiej kliniki doczekała się potomstwa po jedenastu próbach. Mimo niedogodności związanych z tego typu leczeniem, w Polsce z technik wspomaganego rozrodu korzysta średnio 2 tys. osób rocznie. Głęboka ingerencja w proces zapłodnienia każe zwrócić szczególną uwagę na to, czy te metody nie wywierają niekorzystnego wpływu na dzieci.
Do tej pory wady wrodzone stwierdzono u 3 proc. poczętych dzięki in vitro bez ICSI - tyle samo, ile w populacji spłodzonych naturalnie. Wyniki prowadzonych przez specjalistów w Brukseli badań prenatalnych dzieci poczętych za pomocą ICSI dowodzą, że bardziej narażone są one na wystąpienie aberracji autosomalnych. Rezultaty tylko jednego testu nie upoważniają jednak naukowców do wysuwania daleko idących wniosków, ale zmuszają do kolejnych analiz i ciągłej obserwacji populacji dzieci, które przyszły na świat dzięki tej metodzie. Z dotychczasowych badań wynika, że jeśli nie powstrzymamy spadku płodności człowieka, techniki wspomaganego rozrodu staną się niedługo niezbędne do utrzymania naszego gatunku. Dlatego też oczekiwania i nadzieje związane z postępem medycyny rozrodu muszą się również wiązać z czytelnymi wytycznymi zabezpieczającymi ich realizację.
Więcej możesz przeczytać w 47/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0