Liberalizacja - jedyna recepta

Liberalizacja - jedyna recepta

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z prof. STANISŁAWEM GOMUŁKĄ, wykładowcą w London School of Economics
"Wprost": - Czy rząd ogarnęła panika po zapoznaniu się z ostatnimi danymi na temat wysokości inflacji i stąd te nerwowe próby rozszerzenia bezcłowego kontyngentu na import zbóż?
Stanisław Gomułka: - To nie jest objaw paniki. Przecież niedawno mieliśmy znacznie wyższą inflację niż obecnie. Na początku ubiegłego roku, głównie z powodu załamania się eksportu artykułów konsumpcyjnych na Wschód i niskiej ceny ropy, inflacja była wyjątkowo mała. Pod koniec ubiegłego roku oraz w tym roku paliwa i żywność gwałtownie zdrożały, co musiało doprowadzić do podwyżek cen.
- Jeżeli to było łatwe do przewidzenia, dlaczego wcześniej nie ograniczono barier celnych?
- Nie wiem, dlaczego stosownych decyzji nie podjęto wcześniej. Teraz przyszedł nieurodzaj nie tylko w Polsce, ale także w wielu krajach sąsiednich. Podrożała więc też żywność importowana. Dlatego między innymi w ostatnich dwunastu miesiącach zanotowano większy ogólny wzrost cen.
- Aż o 11,6 proc.?
- Okazało się, że nadal jesteśmy krajem zbyt mało odpornym na anomalie pogodowe czy duże fluktuacje cenowe na rynkach surowców. Bliżej nam pod tym względem do Ameryki Łacińskiej niż do Europy Zachodniej czy Japonii.
- Dlaczego rząd nie chce się zdecydować na zniesienie ceł, co doprowadziłoby do samoregulacji rynku?
- Pewne kroki powinny być podjęte już teraz. Ale do całkowitego zniesienia ceł dojdzie zapewne później w zamian za ustępstwa ze strony Unii Europejskiej.
- Nadal będziemy więc zakładnikami własnego rolnictwa?
- Polski rząd - jak każdy inny - jest wrażliwy na naciski polityczne. Wpływają na niego jednak nie tylko rolnicy, lecz również górnicy, kolejarze, nauczyciele czy służba zdrowia. Chodzi o to, aby wpływ żadnej z grup nie stał się nadmierny, aby nie powodował irracjonalnych decyzji.
- Czy Ministerstwo Finansów stało się w ostatnich dniach wrażliwe na naciski Ministerstwa Rolnictwa i sprzeciwy ministra Balazsa?
- To nie jest pytanie do doradcy ministra finansów.
- Rolnictwo ma jednak aż trzydziestoprocentowy udział w inflacji i tylko kilkuprocentowy w tworzeniu PKB.
- Interesów 25 proc. ludności związanej z rolnictwem nie można lekceważyć. W zachodniej Europie i w USA wpływ rolniczego lobby również jest znacznie większy niż wkład rolnictwa w gospodarkę. W Polsce średni dochód rolników z pracy w gospodarstwie stanowi tylko około jednej trzeciej średniego dochodu ludzi w mieście. W ostatnich latach sytuacja na wsi znacznie się pogorszyła. Podwyżki cen żywności, które nastąpiły w ostatnich kilku miesiącach, tylko w niewielkim stopniu zmniejszyły różnice dochodów.
- Kosztem kilkunastoprocentowej inflacji.
- W pierwszym półroczu tego roku ceny żywności wzrosły o 9,8 proc., ceny towarów nieżywnościowych - o 9,4 proc. a ceny usług - o 10,8 proc. Winą za inflację trzeba więc również obarczyć organizacje pracownicze, które bronią się przed skutkami wzrostu cen energii i żywności, wywierając na pracodawcach presję na dalszy wzrost płac. Związki zawodowe mają w Polsce nie tylko pożyteczny, ale także destrukcyjny wpływ na gospodarkę; w moim przekonaniu nazbyt duży.
- Czy w tej sytuacji jest szansa na ograniczenie inflacji?
- Od września lub października powinna się zacząć zmniejszać, bo ceny będą porównywalne z tymi z końca ubiegłego i z początku tego roku, które już były wysokie. W lutym lub marcu przyszłego roku inflacja może spaść poniżej 9 proc.
- Może w takim razie należało podnieść stopy procentowe?
- Gdyby zależało nam na gwałtownym zmniejszeniu inflacji, moglibyśmy - jak Czesi - jeszcze bardziej wywindować stopy procentowe. Kredyty byłyby wtedy o wiele droższe, a sytuacja finansowa przedsiębiorstw - znacząco gorsza. Wtedy zwalniano by więcej pracowników i nie ulegano zbyt łatwo naciskom płacowym. W Czechach inflacja zmniejszyła się gwałtownie, ale nastąpił też silny regres w rozwoju gospodarki.
- Jeszcze na początku czerwca prognozował pan, że w 2001 r. nasza gospodarka wejdzie w dobrej kondycji.
- Obecna inflacja nie jest aż tak poważnym zagrożeniem, aby załamanie przyszło już w 2001 r. Gospodarka dostała jedynie lekkiej grypy. Rok 2001 nie rozpocznie się źle. Potem sytuacja może się jednak pogarszać. Przypomnę, że całkowite zadłużenie naszego kraju przekroczyło już 60 mld USD. Ono dalej rośnie. Jeśli nie zdecydujemy się na zdecydowaną liberalizację rynku pracy, za dwa, trzy lata możemy się znaleźć w poważnym kryzysie.
Więcej możesz przeczytać w 36/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0