Dołek 2001

Dołek 2001

Dodano:   /  Zmieniono: 
Do końca przyszłego roku pracę może stracić nawet dwa miliony osób
Ostatni weekend członkowie rządu i Rady Polityki Pieniężnej spędzili na wielogodzinnych nerwowych konsultacjach. Jak zwalczyć inflację? Jak nie dopuścić do wzrostu stóp procentowych? Jak się bronić przed eksplozją bezrobocia, które w przyszłym roku może sparaliżować rozwój gospodarczy kraju?
Już dziś mamy 2,5 mln bezrobotnych, czyli 13,7 proc. zdolnych do pracy, a przed nami jeszcze masowe zwolnienia w górnictwie (ok. 40 tys. osób), hutnictwie (30 tys.), na kolei (prawie 100 tys.), w przemyśle zbrojeniowym (20-25 tys.), telekomunikacji (40-50 tys.), bankowości (ok. 50 tys. osób), służbie zdrowia (40-50 tys.) i szkolnictwie (40-60 tys. osób). Ogromne nadzatrudnienie, sięgające nawet 1,5 mln osób, utrzymuje się wciąż w rolnictwie. Większość ludzi otrzyma wypowiedzenia w tym i przyszłym roku. Jednocześnie przed końcem 2001 r. na rynku pracy pojawi się prawie milion młodych ludzi z roczników wyżu demograficznego początku lat 80. W najbliższych 17 miesiącach pracę może stracić nawet 2 mln osób. To ogromne wyzwanie dla państwa - stawką jest nie tylko zdławienie inflacji (wynoszącej 11,6 proc.), lecz także stabilizacja gospodarki i niedopuszczenie do zwolnienia tempa wzrostu.
Redukcja zatrudnienia jest konieczna, niezależnie od tego, co obiecują poszczególni kandydaci na prezydenta podczas kampanii wyborczej. To już nie tylko naturalna konsekwencja restrukturyzacji prywatyzowanych firm, ale również warunek sprostania konkurencji. Postsocjalistyczne molochy wciąż pozostające w gestii państwa muszą przejść gwałtowną kurację odchudzającą.
W 1999 r. w krajach OECD straciło pracę 5 mln osób. W państwach, gdzie redukcje były największe, obserwujemy największą dynamikę tworzenia nowych miejsc pracy. Warunkiem jest oczywiście prorozwojowa polityka - obniżenie ceł i podatków. Rynek pracy zliberalizowała w ostatnich latach Hiszpania i bezrobocie zmniejszyło się tam o ponad 7 proc. Podobnie działo się w Stanach Zjednoczonych, Irlandii, Estonii i Chile. Tymczasem w Polsce obciążenia socjalne płac wręcz rosną, a o obniżce podatków nie ma mowy. Nic też dziwnego, że firmy bronią się, redukując liczbę zatrudnionych. Od stycznia tego roku pracę straciło 128 tys. osób, a do końca roku grupa ta powiększy się o 64 tys. pracowników.
Grupa piwowarska Żywiec (browary w Żywcu, Braniewie i Warce) zamierza zwolnić w tym roku 500 osób. Wypowiedzenia otrzymało już 375 zatrudnionych w PKN Orlen SA. Zarząd KGHM Polska Miedź SA rozważa połączenie zależnych od siebie hut i kopalń. Jeśli do tego dojdzie, pracę straci kilkaset osób. Krakowska Fabryka Armatur SA planuje redukcję 400 etatów - cały program restrukturyzacji zatrudnienia w firmie zakłada pozbawienie pracy 1000 osób. Spółka Pudliszki SA, lider na polskim rynku przetworów pomidorowych, chce zwolnić 15 proc. załogi.
- Zmienione i zrestrukturyzowane firmy mają lepszą pozycję na rynku, większe szanse eksportowe i większe możliwości konkurowania z firmami zagranicznymi. Stają się lokomotywami polskiej gospodarki - uważa Andrzej S. Bratkowski z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. - Kluczem do sukcesu jest elastyczne reagowanie na potrzeby rynku pracy: warto zmienić zawód, dokształcić się, czasem zmienić miejsce zamieszkania - mówi Michał Rybkowski z Krajowego Urzędu Pracy.
Sztuczne podtrzymywanie firm przy życiu może się okazać groźniejsze w skutkach niż ich zamknięcie. Pracownicy Zakładu Produkcji Rynkowej sp. z o.o. z Poniatowej w Lubelskiem opóźnili restrukturyzację o kilka miesięcy, lecz zakład upadł i teraz na bruku znalazła się cała czterystuosobowa załoga. Protestujący niedawno pracownicy zakładów mięsnych w Rawie Mazowieckiej obronili - dzięki wsparciu kilku kandydatów na prezydenta - swój zakład przed zamknięciem, ale nie zapobiegli jego nieuchronnej agonii.
Ostatnie zwolnienia są też skutkiem tego, że w wielu przedsiębiorstwach kończy się okres obowiązywania gwarancji socjalnych i zatrudnienia, które kilka lat temu dawali zachodni inwestorzy przejmujący polskie firmy. Był to swoisty haracz płacony za wejście na polski rynek. W tym roku spółki - najpierw zachodnie, a potem także polskie - masowo zaczęły wypowiadać pakiety socjalne. Okazuje się to opłacalne nawet wtedy, gdy wiąże się z wypłatą wysokich odszkodowań.
- Musieliśmy zaprzestać wytwarzania nici chirurgicznych, a co za tym idzie, zamknąć cały wydział. Stanęliśmy przed wyborem: czy pracownikom tego wydziału dać inne zajęcie, czy wypłacić odprawy, często przekraczające 50 tys. zł. Wybraliśmy drugie rozwiązanie, nie chcieliśmy bowiem dopuścić do tego, by część załogi przychodziła do pracy i pobierała wynagrodzenie, lecz w praktyce nie miała zajęcia - mówi Mariusz Frydrych, dyrektor działu human resources w poznańskim Glaxo Wellcome SA.
Gdy Rupperta Murdocha spytano, czy wie, ile osób pracuje w jego imperium prasowym, odpowiedział: "Wiem dokładnie - tylko połowa. Reszta najwyżej pozoruje pracę". Menedżerowie polskich firm musieliby tę liczbę jeszcze obniżyć. Będzie tak dopóty, dopóki praca będzie w Polsce problemem społecznym, a nie przede wszystkim towarem.
Więcej możesz przeczytać w 36/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0