Wyprzedaż mitu

Wyprzedaż mitu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Za co nie lubimy "Solidarności"?
"'Solidarność' to relikt komunizmu - taki sam jak SLD albo nawet większy, bo SLD za komuny nie istniał" - takie zdanie pojawiło się kilka dni temu na kartce przypiętej do słynnej bramy nr 2 w Stoczni Gdańskiej. "'Solidarność' źle się sprzedaje" - tak mówił osiem lat temu Jerzy Kobyliński, przewodniczący Funduszu Gospodarczego "Solidarności". Rzeczownik "Solidarność" wykreślono z nazwy funduszu już w 1993 r. W 1995 r. zniknął z kolei z nazwy banku - Solidarność Chase Bank. Dlaczego słowo "Solidarność", kiedyś symbol traktowany niemal jak godło narodowe, stało się dla wielu Polaków wstydliwe lub wręcz znienawidzone?
Ludzie nie lubią "Solidarności", bo obiecała im inną Polskę niż obecna III RP: mniej wolnorynkową, bardziej opiekuńczą, zapewniającą pracę i wczasy nad morzem. - Niechęć wynika z zażenowania i żalu, że nie zrealizowano utopijnych haseł z sierpnia 1980 r. Nikt nie może bezkarnie narobić apetytu i go nie zaspokoić, choćby to był apetyt na trujące wilcze jagody - uważa Timothy Garton Ash, brytyjski historyk i publicysta. - Elementy programowe pierwszego nurtu były utopijne. Niesienie tego ciężaru okazało się ponad siły tych, którzy przyszli do związku po 1989 r. Nie pasowało to do ich wyobrażeń o rzeczywistości - tłumaczy prof. Andrzej Paczkowski, historyk.


Zawiedziona miłość
Wielu Polaków uważa, że NSZZ "Solidarność" był tylko windą do kariery poszczególnych działaczy, którzy się "obłowili", a reszta nadal klepie biedę. To dlatego dawnych bohaterów tak chętnie strąca się teraz z cokołów.
- W stosunku do "Solidarności" wyraźnie widać fenomen polskiego paradoksu - miłości i jednoczesnej nienawiści do narodowych bohaterów. Doświadczyli tego król Stanisław August, marszałek Piłsudski, generał Sikorski - wyjaśnia prof. Norman Davis, brytyjski historyk. - Im wyżej ktoś wystawał ponad narodową przeciętność, z tym większą siłą starano się ściągnąć go na bruk. A czasami ideał sam sięgał bruku.
Wielu ludzi uważa, że z samym związkiem musi się dziać coś złego, skoro odwróciło się od niego tylu jego dawnych przywódców. Dla opinii publicznej nie jest ważne, że często robili to z powodów osobistych. Wystarcza im, że Bogdan Borusewicz, główny organizator strajku w Stoczni Gdańskiej, obecnie poseł UW, przez związkowych kolegów uważany jest za renegata. Podobnie jest ze Zbigniewem Bujakiem, szefem Głównego Urzędu Ceł, który już na początku lat 90. przepraszał za "Solidarność". Andrzej Słowik, były szef regionu łódzkiego, były wiceminister pracy, a obecnie prywatny przedsiębiorca, twierdzi, że "polityka to wielkie szambo" i nie chce mieć z tym nic wspólnego. Tadeusz Jedynak, współ-organizator strajku w Jastrzębiu, uważa, że w roku 1980 robotnikami sterowano i tak zostało do dzisiaj, więc nie warto się angażować. Pokrzywdzony przez związkowy establishment czuje się Alojzy Pietrzyk, były przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, dziś biznesmen.

Historyczne oszustwo
Opinia publiczna negatywnie nastawia się do "Solidarności", gdy dowiaduje się, że nie chcą z nią mieć nic wspólnego nawet tacy ludzie jak Mikołaj Pawlak, chłopiec z plakatu przygotowanego na pierwszy zjazd związku, syn poety, publicysty, działacza Regionu Mazowsze. Źle odbierany jest konflikt związku z Jerzym Janiszewskim, twórcą znaku "Solidarności", który mieszka we Francji. Nawet daleka od wewnętrznych polskich sporów aktorka Nastassja Kinsky, niegdyś zaangażowana w pomoc "Solidarności", mówi, że gdyby przewidywała, czym stanie się związek w latach 90., nigdy nie nagrałaby słynnej reklamówki.
Ważnym powodem odwrócenia się milionów ludzi od "Solidarności" jest poczucie, że oszukała ona tych, którzy ją stworzyli - robotników i pracowników budżetówki.
- Siła związku obróciła się przeciwko jego twórcom - klasie wielkoprzemysłowej, ale też nauczycielom, lekarzom, którzy zakładali pierwsze komitety - mówi prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - "Solidarność" od wielu lat odrzuca tych, którzy dawali i dają jej siłę. Rozczarowani odchodzą, a nowych zwolenników nie przybywa - dodaje Władysław Frasyniuk, lider pierwszej "Solidarności" na Dolnym Śląsku, obecnie poseł UW. Istotnie, związek liczy dziś o pół miliona członków mniej niż jeszcze pięć lat temu.
Kolejnym powodem niechęci jest nieskuteczność wynikająca z karkołomnej roli, jaką odgrywa związek. Jednocześnie sprawuje rządy i ma je kontrolować. Wielu ludzi uważa, że "Solidarność" nie broni ich interesów, lecz pacyfikuje nastroje, czyli de facto służy władzy. Pod tym względem przypomina więc fasadowy CRZZ z czasów PRL. - Jako związek zawodowy ma mocną pozycję w polityce, bo uczestniczy we władzy, a równocześnie nie może być silnym związkiem, ponieważ roztacza parasol ochronny nad reformami - tłumaczy prof. Andrzej Rychard z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

Duch Lenina
Wielu rozczarowanych "Solidarnością" twierdzi, że bardzo wiele złych cech przejęła ona od PZPR. Najpierw była to tylko taktyka, potem - przyzwyczajenie. Jest symboliczne, że w 1980 r. w sali BHP tylko jeden przedmiot był obecny cały czas - wielkie kamienne popiersie Lenina. Bogdan Borusewicz twierdzi, że związek celowo wykorzystywał komunistyczne slogany i retorykę, a także zagwarantowany w konstytucji prymat klasy przodującej. "'Solidarność' wykończyła komunistów, próbując realizować ich utopię" - mówił w 1989 r. Stefan Kisielewski. "Udało się to, gdyż koniunkturalne, komunistyczne bęcwały nigdy tej utopii nie traktowały serio, więc nawet nie sprawdzili, jakie skutki przyniesie próba jej wdrożenia" - ironizował Kisiel. Problemem jest to, że "Solidarność" przeniosła mit przodującej klasy w lata 90., a wtedy ewidentnie szkodziło to gospodarce. W ten sposób blokowano reformy - przede wszystkim prywatyzację.
PRL-owskie korzenie i nawyki "Solidarności" sprawiły, że jej elity łatwo było oskarżać o to, że nie tyle zrobiły w Polsce rewolucję, ile dogadały się z komunistami. - W sierpniu 1980 r. to była bardziej rewolta niż rewolucja. Beneficjentami zmian stali się postkomuniści. Dokonała się rewolucja polityczna, ale nie społeczna, bo przetrwały dawne hierarchie - uważa prof. Jadwiga Staniszkis. Paradoksalnie, "Solidarność" obarcza się więc odpowiedzialnością za umożliwienie byłym komunistom przeistoczenia się w biznesmenów. To zniechęciło do związku setki tysięcy jego dawnych członków, którzy nie zyskali nic, a wręcz przeciwnie - wielu z nich straciło pracę.
W ostatnich latach "Solidarność" wzbudzała niechęć przede wszystkim dlatego, że uległa wszelkim pokusom sprawowania władzy: korupcji, kolesiostwu, nepotyzmowi, arogancji. - Kiedy związek stał się grupą rządzącą, skaziły go wszystkie choroby klasy politycznej: oderwanie od wyborców i zwolenników, a także zainteresowanie działaczy tylko własnymi karierami - potwierdza Stefan Bratkowski, pisarz i publicysta. W 1989 r. elity "Solidarności" już tkwiły w polityce, z całym jej pragmatyzmem i specyficznym stosunkiem do moralności, natomiast związkowe masy wciąż postrzegały rzeczywistość w kategoriach dobra i zła. - Dlatego później robotnicy nie rozumieli, dlaczego muszą sztucznie ograniczać produkcję, by wygasić inflację. Byli zdezorientowani, gdy Polska otwierała się na rynki zagraniczne. W końcu ostatnie reformy, zwłaszcza ochrony zdrowia, zerwały z ideą solidaryzmu - mówi prof. Jadwiga Staniszkis. - A przecież wcześniej właśnie w imię solidaryzmu górnicy strajkowali przeciwko swoim wyższym zarobkom w wolne soboty - dodaje. Koniec utopii okazał się bardzo bolesny. Winnych tej sytuacji po prostu zaczęto nienawidzić.
Czy można się więc dziwić, że tak mało ludzi chce dzisiaj świętować dwudziestą rocznicę powstania "Solidarności"? Obchody te wyglądają zresztą jak "przymusowe" święto w czasach PRL.

Etos styropianu
Nie ma w nich nic z radosnego klimatu świętowania rocznicy czeskiej aksamitnej rewolucji czy obalenia berlińskiego muru. Są tylko wzajemne pretensje i kłótnie, kto powinien być zaproszony na uroczystości.
- Nie dziwi mnie, że ludzie lepiej pamiętają upadek muru berlińskiego niż powstanie "Solidarności". Upadek muru był wydarzeniem medialnym, a "Solidarność" długim procesem - mówi prof. Richard Pipes. - Obalenie muru i fizyczne jego niszczenie odbyło się w świetle kamer telewizyjnych i dlatego pewnie stał się symbolem konfrontacji systemów i obalenia starego porządku - uważa prof. Paczkowski.
Możliwe jest jeszcze jedno - bardzo prozaiczne - wytłumaczenie niechęci do "Solidarności". Zwykłe ludzkie znudzenie tematem. Im więcej wysiłku wkłada się w reaktywowanie dawnego symbolu i sztuczne przysposabianie go do współczesnych celów, tym silniejszy jest odruch obronny. Kto wie, może na spontaniczne obchody rocznicy narodzin "Solidarności" trzeba będzie poczekać następne dwadzieścia lat, aż zostanie z niej tylko pozbawiony emocji skrawek historii.

Więcej możesz przeczytać w 36/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0