Nie wykorzystana rocznica

Nie wykorzystana rocznica

Polacy mają dość specjalny stosunek do historii. Bardziej próbują ją zinstrumentalizować i personalizować, niż zrozumieć jej mechanizmy
Rocznice zawsze nastrajają nostalgicznie. Pamięć chętnie wraca do czasów, kiedy człowiek był dwadzieścia lat młodszy, trzydzieści kilogramów szczuplejszy, wąs i włos miał czarniejszy. Rocznica zawarcia porozumień sierpniowych to nie tylko wspomnienie heroicznej młodości, to także spojrzenie wstecz na przebytą drogę. Jesteśmy w zupełnie innym miejscu, a świat zmienił się wraz z nami i dzięki nam. Czy jednak potrafimy docenić owoce naszego zwycięstwa, czy potrafimy je spożytkować? Chyba nie.

Sierpniowe obchody mogły służyć promocji Polski w Europie i na świecie, mogły pokazać wkład - przecież ogromny i ważny - w historię ostatniego półwiecza. Obawiam się, że ta okazja została zmarnowana. Burmistrz Berlina powiedział przed otwarciem wystawy przy dawnej sali BHP, że mój skok przez mur stoczni w 1980 r. przewrócił mur berliński w 1989 r. Nie chodzi tu o promowanie mojej osoby, ja promocji nie potrzebuję. Ten tekst należy rozumieć symbolicznie. Chodzi o promowanie zasług Polski i Polaków i roli, jaką odegrali w ostatnim czasie w zmianach zachodzących na naszym kontynencie. Taka promocja jest statutowym obowiązkiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. O tym jednak, że będzie dwudziesta rocznica Sierpnia 1980 r., było wiadomo już przed dwudziestu laty. Ja wiem, że zmieniali się ministrowie, że kadra ministerstwa musi się dużo uczyć. Wiem jednak także, że wysyłanie zaproszeń w lipcu na sierpień czyta się w świecie dyplomatycznym: za późno. Wiem również, że zmarnowana okazja do promocji naszej Ojczyzny, że błędy zaniechania - mogą mieć poważne konsekwencje. Dlaczego inni - Niemcy, Czesi czy Węgrzy - potrafią ze swoich rocznic uczynić zgrabną promocję swoich zasług wobec historii ostatnich lat? Myślę, że w Gdańsku powinna być delegacja niemiecka na szczeblu kanclerskim. Powinny być delegacje czeska i węgierska. Powinny być zaproszone historyczne osoby tamtego czasu: prezydent Bush, kanclerz Kohl. Długo można by ciągnąć taką listę nieobecności i trzeba przy tym pamiętać, że powoduje to nieobecność Polski w obszarach zainteresowania całego świata.
Zauważyłem, że moi rodacy mają dość specjalny stosunek do historii. Bardziej próbują ją zinstrumentalizować i personalizować, niż zrozumieć jej mechanizmy. Powiada się, że historia jest nauczycielką życia. Polacy są słabymi uczniami w tej szkole. Bardziej zajmują się rozdzielaniem zasług (lub ich odmawianiem) jednostkom niż zrozumieniem, co znaczy ona dla milionów. Dlatego napis na wieńcu, który miałem zaszczyt złożyć pod trzema krzyżami 31 sierpnia, głosił: Tym, którzy za wolność zapłacili najwyższą cenę. Myślałem tu nie tylko o tych, którzy w 1970 r. złożyli ofiarę z krwi i życia, ale też o tych, którzy złożyli inną ofiarę z życia - nie oddali życia, ale zmienili je na gorsze. W 1980 r. w stoczni pracowało około 16 tys. ludzi, dziś jest zatrudnionych 2,4 tys. Oznacza to, że ponad 10 tys. utraciło pracę, a wraz z nią poczucie bezpieczeństwa. To dotyczy nie tylko Stoczni Gdańskiej. To nie jedyny zakład w naszym kraju. Wielu było z nami w te dni sierpniowe, wielu nas dzisiaj przeklina. Myślę, że to dobra okazja, żeby im podziękować, przeprosić, wytłumaczyć. Nie wolno nam tracić ludzi, sprawiać, że popadają w apatię i usuwają się w cień. Ciężar odzyskania ich zaufania spoczywa na "Solidarności". Na nadzwyczajnym i rocznicowym zjeździe mówiłem:
Drogie Koleżanki i Koledzy, ciąży na nas szczególna odpowiedzialność. Myśmy zaczynali ten proces - powinniśmy więc czuwać nad jego przebiegiem. Nikt nie może sobie rościć praw autorskich do Sierpnia czy do "Solidarności". To sprawa całego narodu i dla całego narodu. Ale są ludzie obarczeni cięższym i większym brzemieniem odpowiedzialności. To jesteśmy właśnie my - ludzie pierwszej "Solidarności".
Dwadzieścia lat temu nikt z was nie liczył na polityczne lub finansowe profity. Pewniejsze od zaszczytów były represje. Ale przecież to nikogo z nas nie zniechęcało, nie odbierało nam energii ani entuzjazmu. Dlatego dziś - dwadzieścia lat później - zwracam się do Was z apelem: nie możecie stać z boku, musicie się włączyć raz jeszcze. Nie po stronie Lecha Wałęsy czy jakiegokolwiek innego polityka. Włączcie się po stronie "Solidarności" - takiej, jaką pamiętacie z 1980 r., po stronie zmian, które się w tym roku zaczęły, po stronie Polski.
Okładka tygodnika WPROST: 37/2000
Więcej możesz przeczytać w 37/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0