Nienawistna miłość

Nienawistna miłość

Dodano:   /  Zmieniono: 
Andre Kaspi, autor wydanej we Francji w ubiegłym roku książki "Dzisiejsze Stany Zjednoczone", twierdzi, że "stosunki między Francją a Stanami Zjednoczonymi wymagają terapii psychoanalitycznej"
Jego zdaniem, "antyamerykanizm stanowi jeden z fundamentów francuskiej kultury". Pacjent z drugiej strony Atlantyku cierpi na schorzenie nie mniej poważne. Reginald Dale napisał w "International Herald Tribune": "Jak zyskać pewność, że się spowoduje ogólną wesołość podczas bankietu w Waszyngtonie? Opowiadając kawał o Francuzach. Nasze pismo jest zasypywane entuzjastycznymi listami, ilekroć choć trochę skrytykuje Francję. Wprawdzie Francja jest najstarszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, ale między obu krajami panuje zarazem jedyna w swoim rodzaju relacja 'nienawistnej miłości' czy 'miłosnej nienawiści'". Mimo wszystko - jak zauważa Jean Guisnel, autor książki "Najgorsi przyjaciele na świecie" - "w chwilach decydujących, kiedy pojawia się jakieś zagrożenie, oba kraje odnajdują się zawsze w tym samym obozie".
Komentator tygodnika "L’Express“ Bernard Guetta powiedział w rozmowie z dziennikarzem "Wprost“, że "kwestia stosunków między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi jest we francuskiej opinii publicznej praktycznie nieobecna. Sprawa jest prostsza, bo unia ma dosyć problemów sama z sobą". Stwierdzenie, że Francuzi nie przywiązują wagi do swoich stosunków z USA, to oczywiście przesada. Prawdą jest jednak, że do przeszłości należy już epoka de Gaulle’a, kiedy Francja chciała udowodnić, że jest naprawdę niezależna, a także epoka Mitterranda, którego drażnili i Amerykanie, i kojarzony z nimi liberalizm. Nadeszły czasy trzeźwego rachowania interesów. Paryż pragnie zająć dominującą pozycję w Unii Europejskiej. Liczy na to, że dzięki temu stanie się głównym partnerem liczącej się "reszty świata", a więc przede wszystkim Waszyngtonu.
W stosunkach francusko-amerykańskich ważną rolę odgrywają emocje. Po II wojnie światowej Francja upokorzona utratą swego imperium starała się zrównoważyć tę niepomyślną sytuację prowadzeniem "odrębnej" polityki zagranicznej. Ostatnio, głównie pod wpływem zmian w gospodarce wprowadzanych przez Francuzów, Amerykanie przestają ich lekceważyć. Coraz częściej słychać wyrazy aprobaty dla francuskiego "nowego dynamizmu". Nadal jednak obie strony lubią zarzucać sobie "arogancję", a jednocześnie żywią wobec siebie cichy podziw, wynikający częściowo z narodowych kompleksów: Francuzi zazdroszczą Amerykanom osiągnięć gospodarczych, naukowych, technicznych i ogólnej potęgi, a Amerykanie Francuzom - finezji, wielowiekowej kultury, stylu i jakości życia.
Kiedy dziennikarz "Le Figaro" zapytał Jamesa Bakera o wizerunek Francji w USA, były amerykański sekretarz stanu powiedział: "Jest to trudny kraj, który zawsze nas wspiera w obliczu prawdziwych niebezpieczeństw". Wystarczy wspomnieć kryzys kubański w 1962 r., konflikt dotyczący eurorakiet czy wojnę w Zatoce Perskiej i w Jugosławii. Kiedy wysłannik prezydenta USA chciał przekonywać gen. de Gaulle’a o zagrożeniu stwarzanym przez Kubę, proponując pokazanie tajnych zdjęć i informacji, prezydent Francji uciął: "W takich sprawach słowo dane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych mi wystarczy. Proszę mi tylko powiedzieć, co chcecie, żeby Francja zrobiła i Francja to zrobi".
Równie długa jest jednak lista sporów i konfliktów. Zaczęło się od likwidacji amerykańskich baz wojskowych we Francji i wycofania się prezydenta de Gaulle’a ze struktury wojskowej NATO. Gdy Jacques Chirac został szefem państwa, nie wykluczył powrotu do tej struktury, ale pod pewnymi warunkami. Jednym z nich było ustanowienie odrębnego dowództwa nad amerykańską VI Flotą i południową flanką NATO w Europie. Na czele tej ostatniej miałby stanąć Europejczyk - najlepiej Francuz. Amerykanie odrzucili to żądanie. Paryż demonstrował swoją niezależność, odmawiając zezwolenia na przelot nad Francją samolotów amerykańskich i brytyjskich mających w 1986 r. bombardować Libię, a także tocząc spory wokół nalotów amerykańskich na Irak w drugiej połowie 1996 r. Francuzi, nie zważając na obiekcje Waszyngtonu, nawiązali kontakty handlowe z Iranem, wreszcie regularnie toczyli rozmaite transatlantyckie wojny handlowe, w których obie strony oskarżają się o dyskretne wspieranie swoich firm bardziej lub mniej ukrytymi dotacjami państwowymi (np. Boeing - Airbus).
Do rangi problemu urasta też taktyka "wygrywania pokoju" po wspólnie prowadzonych wojnach. Władze francuskie boleśnie odczuły brak wymiernych zysków z udziału swoich wojsk w przywracaniu pokoju w Kuwejcie i Bośni. W Kuwejcie 40 proc. kontraktów na odbudowę kraju zgarnęli Amerykanie. W Paryżu skarżono się po zakończeniu konfliktu kuwejckiego i bośniackiego, że obowiązuje doktryna: "Amerykanie niszczą - Europa płaci - Amerykanie odbudowują i na tym zarabiają". Francuzi postanowili, że w Kosowie nie powtórzą tych samych błędów i przyjęli zupełnie inną zasadę: "Wojna gospodarcza nie jest dziś rzeczą wstydliwą i trzeba ją wygrać tak samo jak wojnę militarną". Razem z francuskimi żołnierzami do Kosowa wkroczyli eksperci do spraw cywilno-wojskowych. Błyskawicznie dostarczyli oni władzom w Paryżu szczegółowy raport, ze wskazaniem potencjalnie najbardziej interesujących kontraktów dla firm francuskich. Dzięki tym inicjatywom Francuzi zawarli m.in. kontrakt na stworzenie w Kosowie sieci telefonii komórkowej (a jest tam kilkadziesiąt tysięcy przybyszów z Zachodu), o co bardzo starał się amerykański koncern Motorola. Stacjonujące w Kosowie francuskie wojsko oficjalnie pomaga też własnym przedsiębiorcom w rozwiązywaniu problemów logistyczno-technicznych i organizacyjnych. Amerykanie nie są zachwyceni, ale rozumieją, że tym razem nie jest to odpłacanie pięknym za nadobne, lecz element gry polityczno-gospodarczej.
W czasie kadencji Jacques’a Chiraca poprawiły się kontakty między Waszyngtonem a Paryżem. Nie tylko z tego powodu, że obecny prezydent ma bardziej przychylny stosunek do Amerykanów niż de Gaulle czy Mitterrand, ale także dlatego, że zarówno z punktu widzenia USA, jak i Francji zmienił się układ geostrategiczny. Jak napisała we francuskim piśmie fachowym "Politique etrangere" prof. Helga Haftendorn z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, "reorientacja polityki obronnej Francji nazajutrz po dojściu do władzy Chiraca (mająca na celu wzmocnienie europejskiego filara NATO i utworzenie skutecznego w działaniu wojska zawodowego) uczyniła z tego kraju uprzywilejowanego partnera Stanów Zjednoczonych". Co więcej - dodaje prof. Haftendorn - "od zakończenia konfliktu Wschód-Zachód, zmieniły się też podstawowe kierunki polityki zagranicznej Francji. Paryż zintensyfikował związki ze Stanami Zjednoczonymi i NATO z powodów tyleż politycznych, co wojskowych. Przemyślawszy od nowa swoje założenia polityki równowagi, Francja wyciągnęła wnioski z analizy nowych zagrożeń i europejskich możliwości działania w dziedzinie wojskowej".
Ponowne przeanalizowanie założeń "polityki równowagi“ nie oznacza jednak jej porzucenia, lecz dostosowanie jej do nowych warunków. Publicystka tygodnika "Le Nouvel Observateur" Josette Alia pisze: "Problem polega na tym, żeby głos Francji został dosłyszany i by mogła ona wpływać na napiętą grę, jaka zaczyna się między Waszyngtonem a Moskwą. (...) Jak widać, ponad sporami francusko-amerykańskimi toczy się gra o przyszłość stosunków między Stanami Zjednoczonymi a Europą. W świecie, który już nie jest dwubiegunowy, ale jeszcze nie jest wielobiegunowy, Ameryka jest dziś sama. W jej interesie jest znalezienie w Europie solidnego i autonomicznego partnera - chyba że woli się oddawać niebezpiecznemu odurzeniu pragnieniem potęgi i hegemonii". O Francji pisze natomiast cytowana już prof. Haftendorn, że "waha się ona jeszcze między zachciankami bycia wielkim mocarstwem a bardziej realistyczną oceną swoich - ograniczonych - środków".

Więcej możesz przeczytać w 37/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0