Dramat wolnorynkowy

Dramat wolnorynkowy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Bohaterowie polskiego kina garną się do kapitalizmu, a jednocześnie się nim brzydzą
Gehenna młodych sprzedawców wina, którym firma dużo płaci, daje samochód, komórkę, ale za to wymaga harówy i punktualności, jest tematem filmu "Nie ma zmiłuj" Waldemara Krzystka. Ten ciąg luźno powiązanych epizodów nie jest wiele wart jako jeszcze jedna historyjka ekranowa dla młodzieży, potwierdza jednak wszechobecną tendencję rodzimego kina. Film polski ostatniej dekady specjalizuje się w demaskowaniu naszej wersji kapitalizmu. Zamiast zgłębiania mechanizmów, jakie nim sterują, widz otrzymuje od dziesięciu lat nie kończącą się serię ostrzeżeń przed wolnym rynkiem, który czyha na niewinną duszę maturzysty, zwłaszcza gdy ten ma ambicje dorobić się domku z ogródkiem i piastować godne stanowisko.
Młody nauczyciel za karę, że "uczył młodzież myśleć samodzielnie", zostaje relegowany ze szkoły, która dawała mu na utrzymanie 600 zł miesięcznie. Za sumę wielokrotnie wyższą musi też o wiele więcej i ze znacznie większą dyscypliną pracować jako komiwojażer upychający francuskie wina w sklepach i hurtowniach. Ma jednak do dyspozycji samochód, firmowy garnitur, telefon komórkowy, ale i zegarek, przynaglający go do pracy specjalnym sygnałem emitowanym co pół godziny. To pierwszy szok. Gorzej, że pojawiają się następne - w ramach wolnej konkurencji koledzy podstawiają sobie nawzajem nogę, dziewczyny za umożliwienie kariery skłonne są płacić własnym ciałem, a konkurencja stosuje metody nieuczciwe, czasem bandyckie. Po początkowym zachwycie przebudzenie jest przykre. Ze sceny na scenę przekonujemy się, jak podły jest świat biznesu, jak płascy ludzie dochodzą tu do wielkich pieniędzy, a przede wszystkim - jak silnie rodzimy wolny rynek dehumanizuje młodego człowieka wychowanego na Żeromskim.
Niestety, od lat żaden z filmów biorących na warsztat młody polski kapitalizm, nie wyświetla problemu, dlaczego tylu młodych garnie się do wolnego rynku, mimo że tak bardzo się nim brzydzi. Drastycznym studium tej patologii był "Dług" Krzysztofa Krauzego. Dwójka młodych biznesmenów bez grosza przy duszy porywa się na budowę montowni skuterów. Pomysł jest, brakuje funduszy, których bank nie chce wyłożyć ludziom młodym, nie oferującym odpowiedniego zastawu. Rozżaleni na niesprawiedliwe reguły gry rynkowej, przyjmują pieniądze od podstępnego szantażysty, który stopniowo doprowadza ich życie do ruiny. On bowiem w przeciwieństwie do swych ofiar działa metodycznie, starannie planuje, doskonale zna się na handlu i bankowości. Film tymczasem oskarża: państwo nie biorące pod opiekę startującego pokolenia, wilczy kapitalizm, policję, która jest bezradna wobec bandyty umiejącego się prześlizgiwać między paragrafami. I wysuwa ogólnohumanistyczny postulat, aby "uczłowieczyć" prawa rynku.
"Pierwszy naiwny" jest zresztą ulubionym bohaterem rodzimego kina antykapitalistycznego. W "Młodych wilkach" Jarosława Żamojdy szczecińscy maturzyści próbowali odmienić swój los poprzez kradzież aut za nieodległą granicą, co okazało się przedsięwzięciem bajecznie łatwym do czasu, aż sami nie padli ofiarą dorosłych gangsterów. Naiwni służą jednak przede wszystkim za tło dla głównych aktorów "dramatów wolnorynkowych" - bogatych gangsterów, dla których pracuje czarny rynek, policja i sądy. W "Prawie ojca" Marka Kondrata były kierowca rajdowy występuje do nierównej walki przeciw typowemu, wedle polskiego kina, beneficjentowi nowego ustroju - młodemu kryminaliście wzbogaconemu na handlu narkotykami. Bezkarność zapewnia mu, do czasu, doskonale przygotowany prawnik, z którym dzieli się dochodami. Biznesmen nowego chowu z "Wielkiej wsypy" Jana Łomnickiego to drobny cwaniaczek, krętacz i złodziej; wpada na pomysł, aby schronić się przed prawem, dorabiając sobie fikcyjny rodowód opozycyjny.
Zdarzają się również potępienia całych środowisk, które wypłynęły w nowych czasach. Główne figury opowieści "Sztos" Olafa Lubaszenki w nowym ustroju czują się nieźle, ponieważ w starych terminowali jako cinkciarze i znają środowisko pieniądza, prawa i władzy.
A mamy w kinie również producentów filmowych wyrzutów sumienia. Epokę Balcerowicza z punktu widzenia biednych i wykluczonych oskarża swoimi filmami Łukasz Wylężałek. W "Darmo-zjadzie polskim" dał studium wegetacji bezrobotnego z prowincji, który zapadł na "paraliż telewizyjny". Świeższy film "O dwóch takich, co nic nie ukradli" rozpoczyna informacją: "Minął kolejny beznadziejny dzień", po czym sumuje epizody z życia miasteczka, w którym PRL-owskie rytuały urzędnicze przeplatają się z obrzędami alkoholowymi. Oczywiście, ta beznadziejność ma - domyślamy się - swoich ojców, którymi są ojcowie polskiego kapitalizmu. Za komuny ulubione miasteczka Wylężałka były sterowane z zewnątrz, teraz znienawidzonego sternika zabrakło i jest jeszcze gorzej. Miasteczko trwa w oczekiwaniu, że ktoś z zewnątrz przyjdzie i wszystko naprawi, a tymczasem wegetuje, słuchając komunikatów o stanie wody na Bugu we Włodawie.

Więcej możesz przeczytać w 37/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0