Europa w potrzasku

Europa w potrzasku

Dodano:   /  Zmieniono: 
W przededniu krachu gospodarczego lat 70. James Akins, doradca prezydenta Nixona, opublikował w piśmie "Foreign Affairs" historyczną już analizę, w której stwierdził: "Tym razem to będzie nafta". Nafta obaliła ówczesny porządek polityczno-ekonomiczny.
Wessała świat arabski w nurt globalnej polityki, a na rynku energetycznym odebrała inicjatywę kupującym i dała sprzedającym. Po trzydziestu latach możemy powtórzyć: "To znowu będzie nafta". Od Hiszpanii po Norwegię Europa jest paraliżowana największymi od 1979 r. kolejkami po benzynę. Tym razem ropy naftowej nie brakuje, skończyła się tylko cierpliwość społeczna na nie kończące się podwyżki cen paliwa i akcyzy. Czy naftowy paraliż zmusi Europę do odejścia od chorego modelu państwa opiekuńczego, w którym budżet stanowi kasę zapomogową, zasilaną coraz wyższymi stawkami akcyzy?

Ceny benzyny nie rosłyby tak szybko, gdyby państwa Unii Europejskiej zrezygnowały choć z części dochodów z akcyzy (w niektórych krajach stanowi ona 70 proc. ceny paliwa). To jest główny postulat strajkujących, na co żaden rząd nie chce przystać. Premier Wielkiej Brytanii Tony Blair przestrzega wręcz przed uruchomieniem lawiny. Zakwestionowanie systemu podatków pośrednich oznaczałoby podważenie modelu wydatków publicznych, czyli fundamentu państwa opiekuńczego. Katastrofa? Niekoniecznie - raczej niepowtarzalna szansa reformy podatkowej i zlikwidowania źródła tej i przyszłych zapaści gospodarczych.
Niestety, nic nie wskazuje na to, że kraje UE zechcą z tej szansy skorzystać. Blair, Schröder czy Jospin winą za kłopoty obarczają OPEC, a nie firmowany przez siebie socjalny model gospodarki. - Mamy w Europie bardzo słabych przywódców, niezdolnych do stworzenia dalekosiężnej wizji przyszłości - ocenia prof. Norman Davis, brytyjski historyk. - Brukselska biurokracja nie rozwiązuje problemów, ona tylko produkuje kolejne dokumenty na ten temat - mówi prof. Paul Johnson, inny brytyjski historyk. - Tymczasem ludzie nie chcą być dłużej ubezwłasnowolniani przez państwo, poddawani coraz większym obciążeniom i kontroli - tłumaczy lord Ralf Dahrendorf, socjolog.
Podatek akcyzowy od paliw to bardzo skuteczna, ale i wyjątkowo perfidna metoda ściągania pieniędzy. Podwyżki stawek akcyzy są natychmiast wkalkulowywane w ceny towarów i usług rolników, ciepłowników, firmy transportowe. Rosną więc koszty produkcji, dowozu towarów, energii, czyli generalnie koszty utrzymania. Maleją za to szanse na eksport: towary wyprodukowane w krajach, gdzie akcyza jest wysoka, są droższe od wytworzonych w państwach, które nie obciążają nadmiernie obywateli "naftową dziesięciną".
Nie jest przypadkiem, że kryzys naftowy w minimalnym stopniu dotyka Stany Zjednoczone - tam akcyza na paliwa jest trzykrotnie niższa niż w Europie. To sprawia, że w USA o 40 proc. tańszy jest transport drogowy, a co za tym idzie - wolniej rosną ceny żywności. Nawet drastyczny wzrost cen paliwa nie jest tu tak odczuwalny, ponieważ nie nakładają się na niego astronomiczne obciążenia podatkowe płac (odpowiednio 90 proc. w UE i 38 proc. w USA), a podatki pośrednie mają charakter przedmiotowy lub kierunkowy - z akcyzy za paliwa finansuje się na przykład infrastrukturę czy przedsięwzięcia poprawiające bezpieczeństwo na drogach. W Europie akcyza jest haraczem - podatkiem socjalnym. Prof. Lester Thurow, ekonomista z Massachusetts Institute of Technology, uważa, że system ten już dawno by się zawalił, gdyby nie Stany Zjednoczone. - Jedynym źródłem wzrostu gospodarczego w unii jest 120 mld USD nadwyżki w handlu z USA. Bez tego Europa pogrążyłaby się w recesji - uważa prof. Thurow.
Jeżeli wierzyć badaniom Banku Światowego, dalszy wzrost obciążeń grozi trwałą zapaścią Europy. Jak zgrabnie zauważyli dziennikarze "The Economist", "zamknął się krąg absurdu". Absurd polega na tym, iż wysoka akcyza przeznaczana jest na dopłaty i dotacje dla tych samych grup społecznych, które najbardziej odczuwają skutki wzrostu cen paliw (na przykład francuscy rolnicy i rybacy).
Pomysł pobierania wysokich podatków akcyzowych od paliw zrodził się w latach 60., gdy baryłka ropy kosztowała 5 USD (dziś 35 USD). Rządy krajów bogatych potrzebowały olbrzymich sum na uruchomienie programów socjalnych. W krótkim czasie akcyzowy trik przyjął się na całym świecie. Nawet w liberalnych Stanach Zjednoczonych akcyza stanowi 22 proc. ceny benzyny, w Japonii - 40 proc., a w Wielkiej Brytanii i Włoszech aż 80 proc. Nawet w Norwegii, która ma ogromne zasoby ropy, akcyza na paliwa należy do najwyższych w Europie. Trudno się więc dziwić demonstrantom blokującym drogi, rafinerie i stacje benzynowe. - Wyraźnie widać, jak poważnym problemem Europy jest tłumienie wolności gospodarczej - zauważa prof. Paul Johnson.
Kryzys naftowy lat 70. zmusił Zachód, a zwłaszcza USA, do oszczędzania energii. Energochłonność najlepiej rozwiniętych gospodarek zmalała od tamtego czasu o ponad 30 proc. Zmniejszyło się też uzależnienie gospodarek od jednego źródła energii. Trafnie zdefiniowano więc wówczas źródła problemów, trafna była również strategia ich przezwyciężania. Teraz może być znacznie gorzej. Po pierwsze, kryzys dotyczy głównie Europy, zatem Ameryka nie będzie miała wpływu na wybór środków zaradczych. Po drugie, rządy państw UE błędnie definiują przyczyny zapaści i koncentrują się na działaniach doraźnych. A te działania to głównie naciski na państwa OPEC, by zwiększyły wydobycie. Na prośbę pozostałych członków grupy G-7 naciski te wsparły ostatnio Stany Zjednoczone. Zdaniem komentatora "The Wall Street Journal", prezydent Clinton poparł dążenia G-7, nie chcąc dopuścić do politycznego wzmocnienia OPEC. Poza tym nie chce, by Europa pogrążyła się w recesji, bo to pokrzyżowałoby plany zreformowania i rozszerzenia unii.
Działania doraźne są jednak mało skuteczne. Ostatnia decyzja OPEC o zwiększeniu wydobycia o 800 tys. baryłek dziennie nie spowodowała poważniejszego spadku cen na rynku. Na giełdzie w Nowym Jorku baryłka ropy naftowej z dostawą w październiku zamiast tanieć - drożeje i osiąga już 36 USD. Zdaniem ekspertów, taki wzrost wydobycia nie wystarczy. By doprowadzić do obniżki cen ropy do 25-28 USD za baryłkę, konieczne jest zwiększenie produkcji o dodatkowy milion baryłek dziennie. Taką właśnie obietnicę chcą wymóc na OPEC państwa zrzeszone w G-7. Zachód zyska czas.
Europejskie rządy mają świadomość, że wysokich podatków nie da się utrzymać, ale jednocześnie nie chcą ograniczać wydatków socjalnych - by nie przegrać wyborów (rząd francuski obniżył na przykład niedawno podatek dochodowy i zlikwidował podatek drogowy). Jest symptomatyczne, że aż w 13 z 15 krajów unii rządzą socjaliści, dla których państwo opiekuńcze jest najwyższą zdobyczą cywilizacyjną Zachodu. Skoro dla Blaira, Schrödera czy Jospina państwo opiekuńcze jest tak ważne, trudno się spodziewać radykalnych reform podatków.
- Trudno się wycofać z przyznanych przywilejów socjalnych. Problemy z ceną benzyny rządy będą starały się rozwiązywać na przykład tak, jak ostatnio postąpiono we Francji, gdzie "kupiono" najgłośniej protestujących, przyznając rekompensatę przewoźnikom mogącym zablokować rafinerię, rybakom bądź rolnikom - mówi Krzysztof Dzierżawski, ekonomista z Centrum im. Adama Smitha. Obniżając nieco akcyzę, państwa unii będą jednocześnie rekompensować straty, podnosząc inne podatki, np. VAT. - Gdyby rządy zachodnioeuropejskie próbowały się wycofać z dotychczasowej "socjalnej" polityki, mogłoby to doprowadzić wręcz do rewolucji - przewiduje Dzierżawski.
Przedsmak takiej sytuacji mieliśmy wcześniej we Francji, kiedy próby reform w sferze budżetowej (głównie ubezpieczeń społecznych) doprowadziły do kilkudniowych zamieszek na ulicach francuskich miast. Europa Zachodnia nie uniknie jednak "sytuacji rewolucyjnej". - Europejskie państwo opiekuńcze osiągnęło punkt krytyczny - dalej nie może się ono już rozwijać - uważa lord Ralf Dahrendorf.
Czy Polska jest skazana na powielanie fiskalno-socjalnego modelu rozpowszechnionego w Europie Zachodniej? - W pewnym sensie go powielamy - mówi Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. - W Polsce jest nawet gorzej: rozdysponowując połowę dochodu narodowego przez budżet, tracimy szanse szybkiego wzrostu, czyli dogonienia Zachodu - tłumaczy prof. Jan Winiecki, ekonomista. W naszym kraju danina na rzecz państwa stanowi 55 proc. ceny litra benzyny. Oznacza to, że tankując 40 l paliwa, płacimy państwu haracz w wysokości 72 zł. Podatek od benzyny uderza też w tych, którzy nie mają samochodów: wpływa m.in. na wzrost kosztów transportu publicznego, żywności czy dowiezienia jej do sklepów. Państwo polskie ma tymczasem coraz większy apetyt na akcyzowe pieniądze podatników: w ostatnich siedmiu latach akcyza wzrosła w Polsce ponadtrzykrotnie - z 35 groszy do 1,26 zł.
Według wyliczeń Polskiej Izby Paliw Płynnych, relacja cen benzyny do zarobków obywateli jest u nas najmniej korzystna na świecie. W Polsce w ostatnich dwóch latach produkty naftowe drożały średnio co trzy tygodnie. Ceny benzyny są u nas wprawdzie nieco niższe niż na Zachodzie, są jednak parokrotnie wyższe, jeśli odnieść je do struktury cen i płac. To sprawia, że podwyżki cen paliw najbardziej (bo w ponad 30 proc.) wpływają na wzrost inflacji. Rząd podwyższa akcyzę na paliwa z banalnego powodu - łata w ten sposób dziury w budżecie.
Jarosław Bauc, od trzech miesięcy minister finansów, kontynuuje politykę swych poprzedników i nie zamierza obniżać akcyzy na paliwa. Prawdopodobnie więc także w Polsce rząd wybierze półśrodki zamiast rozwiązań radykalnych. Wicepremier Janusz Steinhoff opowiada się za obniżeniem ceł na paliwa importowane z Zachodu. Jerzy Widzyk, minister transportu, apeluje do krajowych producentów, by nie podnosili cen. Jerzy Kropiwnicki, szef Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, zapowiada zmniejszenie ceł na import paliw z Rosji. Akcyza (czyli podatek, który najłatwiej ściągnąć) ma pozostać nie zmieniona. Co więcej, nadal będzie rosła. Jak wynika z wstępnych założeń budżetu na przyszły rok, w 2001 r. będzie wyższa o 12,2 proc., w 2002 r. wzrośnie o kolejne 6,9 proc., a w 2003 r. - o 5,9 proc. Całkowite obciążenie podatkowe będzie jeszcze większe, gdyż VAT jest naliczany od ceny zawierającej akcyzę.
- Rozumiem, że rząd potrzebuje pieniędzy na restrukturyzację gospodarki czy walkę z bezrobociem. Czy jednak w imię gaszenia pojawiających się co rusz "pożarów finansowych" można podcinać szanse rozwojowe polskiej gospodarki? - pyta Andrzej Szczęśniak, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.
Politycy rządzący w Europie twierdzą, że podatki są sprawiedliwe i zapewniają względną równość obywateli. Państwo opiekuńcze jest zatem realizacją idei sprawiedliwości społecznej. - Równość, będąca podstawą dominującej w Europie ideologii socjalistycznej, stała się europejską obsesją. Narzędziem realizowania tej równości jest ingerencja państwa w procesy gospodarcze. Niestety, równość i szybki rozwój to sprzeczność - mówi prof. Michael Novak, amerykański socjolog i ekonomista. "Jest szkodliwym mitem, że państwo opiekuńcze zbudowano po to, by rozwiązać problemy społeczne. Otto von Bismarck zbudował w XIX w. podwaliny państwa socjalnego po to, by rząd miał większą władzę nad obywatelami. Ewidentną konsekwencją tej polityki było dojście Hitlera do władzy" - stwierdził Friedrich von Hayek, klasyk liberalizmu.

Więcej możesz przeczytać w 39/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0