Zmienić kredyt w dotację

Zmienić kredyt w dotację

Zastanawia całkowity brak troski obrońców państwowego sektora bankowego o interes podatników
W zamierzchłych już czasach PRL zacierała się różnica między pojęciami "kredyt" i "dotacja". W niemal powszechnym użyciu był termin "kredyt budżetowy", choć w takim wypadku w ogóle nie można mówić o kredycie. Pomieszanie pojęć wzmagała dodatkowo stopa oprocentowania pożyczek, z reguły kilkakrotnie niższa od stopy inflacji. Kredytobiorca był szczęściarzem. Oddawał znacznie mniej, niż pożyczył. Nasz etatowy "wróg ludu", czyli Leszek Balcerowicz, przerwał tę idyllę, proklamując powrót do realnie dodatniej stopy procentowej, czyli wyższej od stopy inflacji. Oczywiście ściągnął tym na siebie wszystkie możliwe klątwy. W pierwszej chwili niektórym wydawało się, że tego Balcerowicza uda się jakoś przeczekać. Zwłaszcza banki spółdzielcze udzielały kredytów jak gdyby nigdy nic, nie troszcząc się nadmiernie ani o ich zasadność, ani o interes deponentów. Tym ostatnim obiecywano zresztą najwyższe odsetki. Twarde lądowanie było, naturalnie, kosztowne. Zadłużenie i wspieranie Banku Gospodarki Żywnościowej, uważanego za centralny bank spółdzielczy, do dziś odbija się nam solidną czkawką.
I dziś, gdy mogłoby się wydawać, że przedszkole mamy już za sobą, że odróżniamy kredyt od dotacji, okazuje się, iż luki w wykształceniu są nadal potężne. Niemała część pożyczkobiorców, zwłaszcza tych najsilniejszych "politycznie", sądzi, że kredyt jest po to, by go umarzać, że kredyty powinny być z zasady "preferencyjne", czyli oprocentowane poniżej stopy inflacji, oczywiście na mój koszt jako podatnika. Wypowiedzi niektórych polityków dowodzą, że nadal nie dostrzegają oni związku między lokatami i depozytami w bankach a możliwościami kredytowymi tych instytucji oraz pobieranymi i wypłacanymi odsetkami. Tu i ówdzie znajdują posłuch swoiste "sekty" ekonomiczne, żądające w ogóle likwidacji odsetek. W zeszłorocznym numerze wrześniowym pięknie wydawanego miesięcznika "Nasza Wielkopolska" ukazał się artykuł niejakiego Wytesa "Rządzą nami banki", mogący służyć za przykład robienia wody z mózgu w kwestii kredytu i odsetek. Mało tego, w numerze październikowym wspomnianego miesięcznika ukazała się redakcyjna obrona poglądów tej kanadyjskiej sekty ekonomicznej.
Smutny w swej wymowie jest też hałas, jaki powstał wokół prywatyzacji naszych banków. Jedną z istotnych przyczyn tego szumu jest przecież obawa, że wyschną źródła pseudokredytów, a w praktyce dotacji finansujących państwowych bankrutów. Banki państwowe były tradycyjnie od tego, by aktualni ministrowie mogli im polecać udzielanie kredytu "właściwym" przedsiębiorstwom i to bez głupich pytań. Osławiony przykład Credit Lyonnais i splecionych z władzą banków wschodnioazjatyckich jeszcze nie wszystkich nauczył. Obrońcy banków państwowych wiedzą natomiast doskonale, że poważny bank prywatny nie udzieli kredytu na telefon. Zastanawia przy tym całkowity brak troski obrońców państwowego sektora bankowego o interes podatników, o interes każdego z nas. Można by obliczyć, ile złotych musiał poświęcić przeciętny obywatel na utrzymywanie Banku Gospodarki Żywnościowej. Na ewentualny argument, że dokładamy również do bankructwa Banku Staropolskiego, można odpowiedzieć jedynie, że tylko Pan Bóg (i kilka innych osób) wie, dlaczego przez kilka ostatnich lat nie zrobiono nic, żeby przerwać narastanie tej finansowej piramidy, mającej swój początek jeszcze w latach PRL i cieszącej się poparciem prominentów PSL.
W każdym razie czas najwyższy uporządkować nasze wyobrażenia na temat kredytów, dotacji, depozytów i odsetek. Bez odsetek nie będzie oszczędzania i inwestowania. Nie będzie kredytów. Bez twardej egzekucji należności nie będziemy normalną, cywilizowaną gospodarką. Na dotacjach i szczodrości banków państwowych jej nie zbudujemy.
Warto o tym pamiętać.
Okładka tygodnika WPROST: 9/2000
Więcej możesz przeczytać w 9/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0