Z tyłu kamery

Z tyłu kamery

Dodano:   /  Zmieniono: 
Bóg stworzył port, ale Sydney zbudował szatan - powiadają Australijczycy
Rudyard Kipling opisał ich w 1891 r. jako odprężonych młodych ludzi, pełnych nadziei na to, że w przyszłości będą tworzyć cudowne rzeczy. Rzeczywiście, mieszkańcy Sydney mają się dziś czym pochwalić. Zwłaszcza teraz, gdy patrzy na nich cały świat. Ale malownicze miasto nad zatoką Parrammata kryje o wiele więcej, niż pokazują olimpijskie kamery telewizyjne.
Do szczęśliwych nie należały początki miasta, gdy w 1788 r. do jednej z zatok wschodniego wybrzeża Australii wpłynęła Pierwsza Flota pod dowództwem kapitana Arthura Phillipa. Na pokładach jedenastu okrętów znajdowało się tysiąc więźniów. Odkryte kilkanaście lat wcześniej przez kapitana Jamesa Cooka miejsce szybko stało się kolonią karną dla przestępców z Anglii i Irlandii. Na cześć brytyjskiego premiera nazwano je Sydney. Z czasem miejsce więzień i prowizorycznych chatek zajęły drapacze chmur, a flotylli okrętów - luksusowe jachty. Niektórzy przypominają jednak, że podwaliny niejednej fortuny w tym mieście stworzyli oszuści i dozorcy więzień.
Z dawnej brytyjskiej kolonii karnej, a później zaniedbanego miasteczka, wyrosła jedna z najładniejszych, najbardziej malowniczo położonych metropolii świata. Sydney jest nie tylko nowoczesnym centrum biznesu, nauki i kultury, ale też swoim mieszkańcom (i coraz liczniejszym turystom) oferuje niewyczerpane możliwości wypoczynku. Położone wokół naturalnego portu, ma ok. 500 km wybrzeża i ponad 50 plaż. Wychodząc z biurowców przy George Street, można w ciągu kilkunastu minut dotrzeć do najbardziej znanej, snobistycznej Bondi Beach.
Nieuważny (lub zbyt ciekawy) turysta może trafić jednak do Redfern, dzielnicy aborygenów, o której przewodniki najczęściej milczą. Nierzadko także przewodnicy. Towarzysząca mi Linda z uniwersytetu w Sydney wyraźnie odradzała "zwiedzanie" tej części miasta. Redfern to dzielnica mająca największy wpływ na statystyki przestępczości. To specyficzne getto rdzennej ludności nie jest w żaden sposób oddzielone od reszty miasta, ale biali wiedzą, gdzie prawo przestaje obowiązywać. Czasami granicę wyznacza tylko wymalowany aborygeńskimi barwami hydrant lub kawałek muru. - Za tą linią nie spotkasz żadnego białego, nikt ci nie pomoże - ostrzegała Linda.
Przed przybyciem Europejczyków do Australii aborygeni przez kilkadziesiąt tysięcy lat żyli w izolacji od reszty globu. Prowadzili koczowniczy tryb życia, zajmując się głównie łowiectwem, a w rejonach nadbrzeżnych także rybactwem. Mieszkańcy Redfern w ten sposób żyli jeszcze kilkanaście lat temu. Dziś muszą przestrzegać zakazów i dostosować się do nowych warunków. Drastyczna zmiana diety i trybu życia sprawiła, że dziesiątkują ich choroby cywilizacyjne. Dzisiaj ich największym problemem jest jednak bezrobocie. Wielu próbuje topić smutek w alkoholu. Nawet w pobliżu drogich willi z widokiem na Harbour Bridge można na wybrzeżu spotkać grupki aborygenów otoczonych butelkami. Aborygeni z trudem dożywają 50. roku życia. Gdy - nawet za drobne przestępstwa - trafiają do więzienia, nierzadko popełniają samobójstwa.
Australijskie władze poza protestami aborygenów obawiają się kłopotów komunikacyjnych w czasie igrzysk. Na razie jednak zdają się kontrolować sytuację. Po całym mieście jeżdżą specjalne "olimpijskie" autobusy, dowożące sportowców, dziennikarzy i kibiców. Do dyspozycji olimpijczyków miasto oddało też transport wodny. Co prawda wydzielono dla nich specjalne pasy ruchu, ale i tak tworzą się duże korki.
Słynące z hedonizmu Sydney uchodzi też za oazę homoseksualistów. Pod koniec karnawału dumnie paradują przez miasto podczas święta Mardi Gras. O każdej porze roku, spacerując po Oxford Street, na myśl przychodzą barwne kostiumy transwestytów z "Priscilli, królowej pustyni". Także o tych "atrakcjach" Sydney nie omieszkano wspomnieć w materiałach poświęconych igrzyskom.
Nie ma w nich natomiast informacji o ciemnych stronach tego miasta, jak choćby o koczujących na Kings Cross grupkach narkomanów obojga płci, którzy prostytuują się za działkę heroiny. O żebrakach wlokących się za turystami czy bezdomnych śpiących na ławkach w parku. Nie ma w nich mowy także o największym utrapieniu miejscowej policji - zorganizowanej przestępczości. Na tej scenie prym wiodą gangi Chińczyków i Wietnamczyków, trudniące się importem i dystrybucją twardych narkotyków. Ich zyski są szacowane na miliardy dolarów. Coraz większa liczba azjatyckich imigrantów sprawia, że Sydney staje się areną krwawych walk "o terytorium". Nie brakuje też ekscesów o charakterze rasistowskim. I to wszystko w mieście, gdzie - jak cynicznie zauważa Andrew, menedżer jednej z firm konsultingowych w Sydney - wypada być uśmiechniętym i wysportowanym. Nic dziwnego, że niektórzy Australijczycy, słysząc pochwały pod adresem tego miasta, lubią powtarzać starą frazę, że to wprawdzie Bóg stworzył port, ale Sydney zbudował szatan. 

 

Więcej możesz przeczytać w 39/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0