MENU

Dodano:   /  Zmieniono: 
KSIĄŻKA
Mit króla Artura rozgrywający się w czasach nam współczesnych? To jest możliwe. Wystarczy tylko na chwilę się zatrzymać i zastanowić nad własnym życiem. Pomóc może chociażby pięciusetstronicowa "Lira Orfeusza" Robertsona Daviesa. Ten sprawny gawędziarz, korzystając ze swego naukowego doświadczenia, o czym świadczą między innymi liczne aluzje literackie i kulturowe, przenosi króla Artura i jego żonę Ginewrę do Kanady końca XX wieku. I tak oto okazuje się, że we wszechświecie nic nie ginie, "jedynie zmienia się i odnawia swój kształt. Wszyscy mamy jakiś osobisty mit, który bierze swoją formę i strukturę z czegoś, co znajduje się poza naszym codziennym doświadczeniem".
Bohaterowie "Liry Orfeusza" są przedstawicielami świata artystyczno-naukowo-biznesowego. Dobrodusznego duchownego i uczonego Simona Darcourta, człowieka teatru Gerainta Powella i Arthura Cornisha, główną postać trzeciego tomu "trylogii Cornishowej" (po "Zbuntowanych aniołach" i "Czym skorupka..."), łączy uwielbienie dla czarującej doktorantki Marii Magdaleny Cornish, z domu Theotoky, żony Arthura. To ona stanowi siłę napędową akcji. Wokół niej rozgrywa się intryga. Co nie dziwi, zwłaszcza że jak uświadamia Maria: "żadna warta poślubienia kobieta nie staje się wyłącznie żoną, jeśli tylko mężczyzna jest kimś cokolwiek lepszym od wojującego egoisty". Zleca więc wraz z mężem nieokrzesanej młodej kompozytorce opracowanie nie ukończonej opery E.T.A. Hoffmana "Artur z Bretanii albo wielkoduszny rogacz" i jako przedstawicielka Fundacji Cornisha dozoruje realizację sztuki. Biorący udział w wystawieniu opery wpadają w tarapaty natury emocjonalnej, tak niepokojąco znane tym, którym nie są obce mity arturiańskie. Ale jak zauważył pewien krytyk, w całej literaturze istnieje nie więcej niż dziewięć wątków, co równie dobrze można odnieść do całego życia. Zdumiewające i upokarzające jest to nasze dreptanie starymi ścieżkami, których jednak nie rozpoznajemy. Warto poświęcić kilka godzin weekendu. (AZ)

PŁYTA
Robbie Williams, bożyszcze angielskich nastolatek, dorobił się trzeciego solowego albumu "Sing When You’re Winning". Płytę promuje przebojowy singiel "Rock DJ". Williams, często drwi z samego siebie, co słychać i na tym krążku. Dominują tu jednak sentymentalne ballady. W przeboju "Kids Robbie" śpiewa falsetem w duecie z Kylie Minogue, "Supreme" przypomina piosenkę Glorii Gaynor "I Will Survive" i tylko w "Forever Texas" pobrzmiewają elementy rocka z racji gitarowej solówki.
Roman Rogowiecki

Wydarzenia: POLSKA
Lepszej reklamy dla swego biograficznego filmu "Obywatel poeta" o Zbigniewie Herbercie jego twórcy (reż. Jerzy Zalewski) nie mogli sobie wymarzyć. Współproducent - II Program TVP - sprzeciwił się emisji filmu na własnej antenie, domagając się skrótów. Wokół dziełka wytworzył się natychmiast informacyjny szum. Krzysztof Czabański, prezes Polskiej Agencji Informacyjnej, zdecydował się tymczasem pokazać ten film na konferencji prasowej. Przekłuty balon prysł. Pula sensacji okazała się niewielka i zwietrzała. Herbert przyznawał, że pije i pali ("A jaki autorytet moralny może palić papierosy?"), przyjaciele wspominali, że awanturował się w stanie wskazującym, po czym zresztą przepraszał za własne wyskoki. Pada kilka epitetów pod adresem znanych pisarzy. O Andrzejewskim słyszymy na przykład, że był po prostu głupi. Takie informacje nie wykraczają w żaden sposób poza obręb wiedzy, jaką o Herbercie samym i o jego pisarskim środowisku ma przeciętny maturzysta. Gdyby telewizja wyemitowała dziełko, zwłaszcza w porze nocnej, którą tradycyjnie rezerwuje dla podobnych programów, na rzecz całą nie zwróciłby uwagi zapewne nikt, a tak mamy "skandal" na własne życzenie. (WK)

Teatr tchnie, kędy chce... Do Michałowic, górskiej miejscowości nad Jelenią Górą, przywiało aż dwa teatry. Oba prywatne. Teatr Cinema, specjalizujący się w surrealnym humorze, nastawiony na działalność eksportową, często jeździ zagranicę; ostatnio był na festiwalu w Egipcie, w czym dopomógł mu polski podatnik, którego pieniądze wyłożyło Ministerstwo Kultury. Teatr Nasz to rodzinny interes, nie korzystający z dotacji ani nie biorący pieniędzy od sponsorów. W zgodzie ze swą nazwą służy naszym, czyli krajowym widzom. Założyli go osiem lat temu państwo Jadwiga i Tadeusz Kutowie, zawodowi aktorzy z Torunia, którzy w sile wieku i talentu postanowili opuścić oficjalny teatr. Nie chcieli się dłużej poddawać kaprysom reżyserów. Pragnęli wziąć stuprocentową odpowiedzialność za to, co robią. Zaczynali na ulicy, grając klownady, objeżdżali szkoły ze sztukami dla dzieci i młodzieży. Zajmowali się również organizacją imprez artystycznych, konferansjerką itp. Tematami sztuk pisanych przez nich samych były palące problemy współczesności: ekologia czy AIDS. Komponowali programy rozrywkowe i kabaretowe (Jadwiga Kuta jest znakomitą piosenkarką, w 1992 r. zebrała pulę nagród we Wrocławiu na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej).
Do dzisiaj Kutowie zagrali ok. 1300 przedstawień, oficjalnie prowadząc działalność gospodarczą zarejestrowaną jako "usługi teatralne w pełnym i niepełnym zakresie wykonawstwa". Wybudowali dom z salką teatralną: maleńką sceną oraz stolikami dla widzów, których częstują ciasteczkami i herbatą, co tworzy przyjazną atmosferę. Po spektaklu można zamówić grzańca "Obłok Magellana" i pogawędzić z gospodarzami. Zainaugurowali swój teatr "Szekspirem we dwoje" - wyborem dwuosobowych scen z dramatów w reżyserii Bogusława Kierca. To była ich najbardziej "wysoka" produkcja, państwo Kutowie wiedzą bowiem, do kogo się zwracają. Ich zdaniem, teatr może funkcjonować tylko wtedy, kiedy aktorzy chcą grać, a widzowie oglądać.
Nie znaczy to, że obniżają sobie poprzeczkę. Spektakl kabaretowy "Z ARCHIWUM Y, czyli stawka większa niż ogniem i mieczem", który można oglądać tej jesieni, prezentuje znakomity poziom artystyczny. Skrzy się dowcipem lekkim, prostym i w najlepszym guście. Zwykłe scenki rodzinne - okrutne, pokraczne, budzące śmiech, litość i trwogę - satyra na telewizyjny wywiad, wyzwalające choć na chwilę ducha z niewoli czarnego pudła, są nie tylko śmieszne, ale i mądre. Chociażby surrealny pomysł, że Bohun był Murzynem z Mozambiku, jest rozbrajającą satyrą na bezgranicznie głupią i kiczowatą pompę wokół filmu "Ogniem i mieczem". Ten Teatr Nasz to naprawdę jest nasz teatr.

Więcej możesz przeczytać w 39/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0