Tytan

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jerzy Giedroyc (1906-2000)
Śmierć dopadła go we śnie. Tak powinni umierać wybrańcy bogów: dobiegając stu lat (Giedroyc miał 94), do końca intensywnie pracując, mając sto książek do przeczytania, sto listów do napisania, sto spraw do pilnego załatwienia, zawsze wyprzedzając wszystkich o kilka kroków. Redaktor nie zahamował, nie odpoczywał (nigdy nie umiał odpoczywać), choroba nie zostawiła go w tyle. Miesiąc wcześniej odbył za pośrednictwem internetowego portalu niezwykłą rozmowę z młodymi ludźmi, z którymi inaczej nigdy by się nie spotkał. Był mu potrzebny kontakt z młodymi, liczył przede wszystkim na nich, uważał, że dopiero kolejne pokolenia dokonają odmiany świata.

Wierzył, że będzie ona bliska jego wizjonerskiemu planowi integracji Wschodu i Zachodu, marzeniom o osiągnięciu bogactw duchowych, a nie tylko materialnych, o przechowaniu wartości etycznych w arce, której nie zatopi żaden historyczny czy polityczny potop. Xiążę Jerzy Giedroyc wywodził się ze starej rodziny litewskiej, w jego pokoleniu już mocno zubożałej. Ojciec skończył farmację i pracował jako aptekarz. W domu było pełno książek i chorowity Jerzy czytał namiętnie od wczesnego dzieciństwa. Majątku więc nie odziedziczył, luksusu nie zaznał, ale fantazję emocjonalną i wyobraźnię historyczną miał chyba zapisane w genach, jak niektórzy absolutny słuch muzyczny. Obdarowany był niesłychanym wyczuciem innych ludzi, szacunkiem dla tradycji wielo-kulturowych i tolerancją, czyli wielkim bogactwem duchowym, wyjątkowo cennym i rzadkim w stuleciu, które przeżył.
Sam o sobie mówił, że jest "zwierzęciem politycznym", ale politykę pojmował jako rozumne, wolne urządzanie świata, jako sposób obcowania ludzi z sobą, jako wykluczenie prymitywnej agresji na rzecz solidarnej wspólnoty. Nietolerancję i głupotę widział jako stałą groźbę, może tak trudną do pokonania jak totalitarno-mocarstwowe mity. Po obaleniu totalitaryzmów świat nie stawał się odmieniony i uzdrowiony, wikłał się w nowe wojny, despotyzmy, nienawiści, podziały. Giedroyc wiedział, że bez wielkiej kultury nie stworzy się prawdziwej wolności.
W 1931 r. Giedroyc wyjechał na Huculszczyznę i to był początek jego stałej fascynacji ludźmi i kulturą naszych ówczesnych terenów wschodnich. Nie aprobował polityki polskiej wobec mniejszości narodowych, dręczyły go problemy ukraińskie. Po burzliwych perypetiach żołnierskich i światopoglądowych w 1946 r. z grupą przyjaciół (Zofia i Zygmunt Hertzowie, Gustaw Herling-Grudziński) założył w Rzymie Instytut Literacki. W 1947 r. ukazał się tam pierwszy numer pisma "Kultura". I tak Giedroyc rozpoczął największą, najbardziej owocną działalność swojego życia. Jako genialny redaktor pisma i wydawca wspaniałej biblioteki książek, które kształtowały świadomość ludzi na emigracji i w kraju, staje się jednym z najwybitniejszych twórców wolnej kultury działającej w świecie podzielonym murami i żelaznymi kurtynami. Znaczenia tej pracy, umiejętno-ści dobierania wspaniałych współpracowników (byli nimi m.in. Kot-Jeleński, Mieroszewski, Herling-Grudziński, Stempowski, Bobkowski), wpływu na kształtowanie się nowoczesnej inteligencji na Zachodzie i na Wschodzie nie sposób przecenić, jak nie sposób w takim skrócie go opisać. Giedroyc w epoce wrogich podziałów tworzył kulturę integracyjną.
Nie miał łatwego zadania. Walki i fobie etniczne, narodowościowe, plemienne, wyznaniowe szalały przez wszystkie dziesięciolecia. Wielu stronom Giedroyc wydawał się podejrzany, zacietrzewieni wykrzykiwali nawet o "zdradzie", opanowani mówili o "dziwnej polityce", zaprzyjaźnieni czekali niepewnie na zwycięstwo jego racji. A on nie zamierzał się dostosowywać do praw mętnego politykowania, mętnych pieniędzy, mętnych sojuszników i sponsorów. Był surowy i wymagający.
Wielki sierpniowy przewrót "Solidarności" to zwycięstwo, ale jego utrwalanie wymagało talentów politycznych, wytrwałości, rozumu. Gdy rozgorzały walki na górze i na dole, głupota i fanatyzm skutecznie konkurowały z rozumem, tolerancją i wolnością, Jerzy Giedroyc nie chciał przyjechać do Polski, chociaż był obsypywany doktoratami, nagrodami, zaproszeniami. Teraz wiadomo, że nie chce być tu pochowany. A do tego zdecydował w testamencie, by po jego śmierci "Kultura" nie była wydawana, ponieważ stanowiła jego osobiste dzieło i nie widzi następców. "Nie potrafiłem ich sobie wychować" - stwierdził z wielkim smutkiem. Pozostało mu tylko przekonanie, że obecne bardzo młode pokolenia w przyszłości otworzą się na wszystko, co wartościowe kulturowo i społecznie. Jerzy Giedroyc zawsze żył nadzieją, do końca.

Więcej możesz przeczytać w 39/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0