Futbol znaczy wojna

Futbol znaczy wojna

Dodano:   /  Zmieniono: 
W "Męskiej grze" Oliver Stone dowodzi, że pasja niszczy, wypala, oddala człowieka od prawdziwego, realnego życia
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, "Męska gra" ("Any Given Sunday") to film, który w USA cieszy się wielką popularnością, ale u nas nie ma chyba szans - dotyczy sportu kompletnie dla nas niezrozumiałego, czyli tzw. futbolu amerykańskiego.
Zygmunt Kałużyński: - Musimy się więc zastanowić, co ten film znaczy dla Amerykanów, bo jest wokół niego straszny zgiełk na Zachodzie...
TR: - Może dlatego, że zrealizował go Oliver Stone, a on ma talent do wybierania takich tematów, które wywołują zgiełk publicystyczny.
ZK: - O to właśnie chodzi. Jest on pod tym względem kuriozum. Mówi się, że to jedyny hollywoodzki reżyser polityczny, bo rzeczywiście wszystkie jego filmy są rozrachunkowe, tylko że są one też tendencyjne. To jest, proszę pana, socrealizm amerykański: intencja, żeby wydać osąd o jakimś zdarzeniu społecznym, przybiera kształt jednostronnej publicystyki kijem po łbie, bez humoru, bez dystansu.
TR: - Ma pan rację, że bez humoru. Wydaje mi się, że Oliver Stone w ogóle nie ma poczucia humoru i w jego filmach nigdy go nie było. Sformułowanie "socrealizm" nie pasuje mi jednak ze względów estetycznych - Stone posługuje się nowoczesnym montażem, ucieka od szablonów i stereotypowych elementów patriotycznych charakterystycznych dla amerykańskiego filmu. Najczęściej mamy u niego dynamiczny, kłębiący się splot emocji.
ZK: - Nie zgadzam się z panem! Na przykład jego film "Pluton" był z tego względu wydarzeniem, że przedstawiał udział Amerykanów w wojnie w Wietnamie jako zbrodnię polityczną, "JFK", o zamordowaniu Kennedy’ego, stawiał otwarcie tezę, że prezydent został zamordowany na zlecenie Pentagonu, który dążył do zbrojeń. W "Wall Street" pokazywał łajdactwo porachunków na giełdzie. Film "Urodzeni mordercy" wyrażał jego główną obsesję - oskarżał telewizję o to, że lansując zbrodnię jako oryginalny spektakl, popiera mord. I ten nasz film też jest przecież oskarżeniem telewizji, która zdegradowała sport amerykański.
TR: - Owszem, panie Zygmuncie, ten wątek jest w filmie, ale on nie dominuje! Równolegle mamy kilkanaście innych, przez co krytyka telewizji jest tylko elementem większego obrazu, a nie tezą "kijem po łbie". "Męska gra" opowiada - moim zdaniem - o pasji życiowej pożerającej człowieka. Przywykliśmy sądzić, że pasje, które miewają ludzie, czynią ich bardziej interesującymi; że wydobywają z nich to, co najlepsze. Stone pokazuje coś przeciwnego: jego zdaniem, pasja niszczy, wypala, oddala człowieka od prawdziwego, realnego życia. Dotyczy to nie tylko sportowców, ale każdego, kto decyduje się, by poświęcić życie jakiejś sprawie, idei.
ZK: - Pan znajduje tutaj treść, która może mieć znaczenie również i dla nas - problem, jak ludzie o różnych charakterach traktują taką sprawę. Ale przecież w filmie dominuje stary trener, Al Pacino, który przekonuje, że to, co jest cenne, to współgranie, zespół. Tymczasem tam każdy ciągnie w swoją stronę. Jest jeden ambitny młody, chcący się pozbyć kontuzjowanego kolegi. Jest kobieta, która odziedziczyła po ojcu zespół futbolowy i za wszelką cenę usiłuje robić na nim interes...
TR: - Oj, znam parę takich pań, które w Polsce realizują całkiem podobny scenariusz! Zupełnie jak Cameron Diaz w tym filmie.
ZK: - Wiem, kogo pan ma na myśli, panie Tomaszu, bo ja również stykałem się z takimi osobami, które mają słowo decydujące, a nie mają serca do sprawy, mimo że jest to sprawa sercowa. Cameron gra osobę myślącą o pieniądzach, a nie o wartości sportowej.
TR: - Wynika z tego, że mamy tu charaktery, które i u nas będą zrozumiałe, tyle że odbywa się to na tle porachunków sportowych.
ZK: - Myślałem, że tym razem Stone zaatakuje łajdactwa, do jakich dochodzi w sporcie, ale to się nie stało. Wyczytałem w "Sight and Sound", że lękał się to zrobić, bo Amerykanie zbyt kochają futbol.
TR: - Rzeczywiście, wygląda to tak, jakby skręcił w pół drogi: przez to "Męska gra" nie jest publicystycznym paszkwilem, natomiast zyskała jako utwór filmowy.
ZK: - Nie zapominajmy, co jest głównym materiałem! Ten wyjątkowy rodzaj sportu, jakim jest futbol amerykański.
TR: - Przedziwny! U nas się w ogóle nie rozumie, o co w nim chodzi i dlaczego Amerykanie tak go kochają. W porównaniu z naszą piłką nożną tam się nic nie dzieje: zawodnicy przeważnie ustawiają się, namawiają, skrzykują; potem jest trwająca kilka sekund akcja i znowu kilkuminutowa przerwa. Cóż to jest więc za mecz! Dziwna sprawa, nie mam natury kibica, nie rozumiem dokładnie, o co chodzi, ale ilekroć byłem w Stanach Zjednoczonych, zawsze dawałem się porwać futbolowym rozgrywkom. Uważam wręcz, że to znacznie ciekawsza gra niż nasza poczciwa piłka nożna, gdzie trzeba siedzieć przez 90 minut, a tym w czasie przeważnie nic się nie dzieje. W futbolu jest praktyczniej: w czasie, gdy się ustawiają, można porozmawiać, zająć się czymś innym, choćby jedzeniem, a natężyć uwagę tylko na te kilka sekund akcji. Cóż za oszczędność czasu!
ZK: - Tyle że pan ma do tego dystans i raczej widać tutaj humanistę, którego zainteresowała sama wizja, ruch i dynamika. Natomiast w Ameryce jest to sport chorobliwie maniacki. Podobno finał rozgrywek futbolowych ogląda w telewizji od 110 mln do 120 mln widzów. Dlatego Al Pacino tak przeklina telewizję, że zdegenerowała ten sport. Pół sekundy reklamy w trakcie dorocznej rozgrywki kosztuje 500 tys. USD! Z punktu widzenia amatorów sportu ciekawe jest jednak, że ten ich futbol nie przyjął się poza Ameryką. Dlaczego? Z powodu brutalności i skomplikowanych zasad. Przecież tam w czasie meczów giną zawodnicy. Wynotowałem sobie z ciekawości, że w sezonie 1936 było dziewięciu zabitych, a w sezonie 1909 - osiemnastu.
TR: - A nie ma pan jakichś świeższych danych?
ZK: - Akurat na takie trafiłem.
TR: - Przecież udoskonalono tę grę, wprowadzono wiele ochraniaczy. Dzisiaj zawodnicy już tak masowo nie giną na boisku.
ZK: - Mimo to jest to namiastka wojny. Amerykanie pewnie dlatego tak się tym pasjonują, bo oni nigdy nie miewają wojen.
TR: - A w Wietnamie, w Zatoce Perskiej?
ZK: - To są wojny telewizyjne, ma się do nich zupełnie inny stosunek niż na przykład my mamy do wojny. Futbol im to zastępuje.
Więcej możesz przeczytać w 39/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0