Filary skandalu

Filary skandalu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Winna jest Anna Bańkowska, posłanka SLD, była prezes ZUS - mówią jedni.
Kto odpowiada za zapaść systemu emerytalnego? 

Winowajcą jest Stanisław Alot, następca Bańkowskiej w ZUS - twierdzą inni. To Ewa Lewicka, wiceminister pracy, naciskała na przyspieszenie komputeryzacji ZUS, co odbiło się na jakości przyjętych rozwiązań - ogłosił niedawno Janusz Wojciechowski, prezes NIK. Nie bez winy jest firma Prokom. Nie tylko nie wdrożyła na czas systemu, ale odpowiada też za błędy w funkcjonowaniu zainstalowanej już części programu - twierdzą niektórzy eksperci. Winna jest AWS i jej rząd: chcieli za wszelką cenę sukcesu reformy emerytalnej, dlatego zgodzili się na półśrodki, co skończyło się katastrofą - utrzymują politycy SLD i PSL. Za obecny kryzys sektora ubezpieczeń społecznych odpowiada SLD, który tak długo odkładał reformy, aż zagroziło to krachem finansów publicznych - replikują politycy AWS.

Qui bono?
Kontrola ZUS trwa już od trzech lat. Przez te trzy lata inspektorzy NIK nie potrafili odpowiedzieć, czy prawidłowo działała komisja przetargowa, kto ponosi odpowiedzialność za wybór oferty Prokomu, czy zdawano sobie sprawę z zagrożeń i jak próbowano przeciwdziałać skutkom popełnionych błędów. Pierwsza wersja raportu izby była niekorzystna dla prezes Anny Bańkowskiej, druga - dla Stanisława Alota. Teraz winnych szuka się w Ministerstwie Pracy, dlatego prezes Wojciechowski chce tam wysłać kontrolerów. Powstaje wrażenie jakby w tej sprawie nie liczyła się prawda, lecz polityczne interesy. Osobliwe jest też to, że jeden z dyrektorów izby rekomendował Prokom jako wykonawcę, co znacząco zwiększyło atrakcyjność oferty firmy Ryszarda Krauzego.
- W 1997 r. podpisano kontrakt, który nie współgrał z założeniami reformy wprowadzanej przez rząd ukonstytuowany kilka miesięcy później - mówi Ryszard Petru, współtwórca ustaw reformujących system emerytalny. - Poza tym Stanisław Alot, ówczesny szef ZUS, w 1998 r. utwierdzał rząd i parlament w przekonaniu, że system komputerowy jest gotowy do nowych zadań. Na tej podstawie podjęto decyzję o rozpoczęciu reformy 1 stycznia 1999 r.

"Nabici" w fundusze
Szukając winnych obecnego kryzysu, zapomniano o klientach ZUS, czyli obecnych i przyszłych emerytach. Ci ostatni nie wiedzą, jaką emeryturę otrzymają, czy i w jakiej wysokości ich składki wpływają do otwartych funduszy emerytalnych, czy wybrane przez nich fundusze przyniosą jakiekolwiek zyski. Nie wiedzą, że fundusze emerytalne otrzymują tylko 70 proc. należnych wpłat z ZUS, a pieniądze wpływają nieregularnie.
Za nieprawidłowości ZUS obciąża OFE i pracodawców, którzy mają nie tylko błędnie wypełniać dokumenty, ale też nieregularnie przesyłają należne składki. Problem zaległości w przekazywaniu pieniędzy do funduszy miał być rozwiązany - według zapewnień Stanisława Alota - do października 1999 r. Rok po tym terminie system nadal nie działa. Ryszard Krauze, szef Prokomu, i prezes ZUS, Lesław Gajek, ogłosili niedawno, że system naliczania indywidualnych kont ubezpieczeniowych ruszy dopiero za kilkanaście miesięcy.
Ściągalność składek, zaplanowana na ten rok na 99 proc., wynosi 96-97 proc. Zwiększenie ściągalności o 1 proc. oznacza zwiększenie wpływów zakładu o 6,5 mln zł miesięcznie. Chodzi zatem o ponad 200 mln zł rocznie. ZUS nadal nie znalazł sposobu na ściągnięcie składek od wielkich państwowych molochów, np. 400 mln zł od PKP.
Według ogłoszonych niedawno danych, w ubiegłym roku planowano, że dochody Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (zarządzanego przez ZUS) wyniosą ponad 84 mld zł. W rzeczywistości do FUS wpłynęło o ponad 10 mld zł mniej. Dochody samego ZUS przeszacowano o ponad 3,5 mld zł. Nie uwzględniono np. spadku ściągalności składek i późniejszego niż się spodziewano wejścia w życie przepisów, które miały umożliwić ZUS oszczędności. W swoim ostatnim sprawozdaniu finansowym zakład po raz pierwszy uwzględnił ponad 7,7 mld zł naliczonych i nie zapłaconych odsetek od należności. Braki w kasie są pokrywane głównie z dotacji budżetowej: w 1999 r. wyniosła ona prawie 9,5 mld zł.

Bez cudów
Dochody z prywatyzacji mogą nie wystarczyć na finansowanie obecnych emerytur z mniejszej - wskutek przekazywania części środków do OFE - składki na ZUS. Jeśli rząd (obecny lub następne) zechce sfinansować ten deficyt, inflacja zniweczy zarówno oszczędności w OFE, jak i nadzieje przyzwoitej emerytury z ZUS. Przyjęto system o zdefiniowanej składce, ale bez zdefiniowanej wysokości emerytury. Zasady naliczania emerytur mają się znaleźć w ustawie o zakładach emerytalnych. Tyle że nie wiadomo, kiedy zostanie ona przyjęta. - Najwyższa pora, by jasno sobie powiedzieć, że z emeryturami cudów nie będzie - mówi Marcin Masny, ekspert Centrum im. Adama Smitha, do niedawna dyrektor w Urzędzie Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi. - Już drugi parlament produkuje i poprawia przepisy, a ciągle brakuje zasadniczych elementów systemu.

Nikt nic nie wie
Jak wynika z raportu przygotowanego przez zespół ekspertów Polskiego Towarzystwa Statystycznego, tylko 45 proc. respondentów zdaje sobie sprawę, że reforma uzależniła wysokość emerytury od wysokości wcześniej wpłaconych składek. Prawie połowa nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy reforma zniosła monopol ZUS. Tylko 49 proc. ma świadomość, że do nowego systemu wprowadzono prywatne instytucje zarządzające składkami. Co ciekawe, podstawowych wiadomości o przyszłych emeryturach nie ma aż 22 proc. osób z wyższym wykształceniem.
Zasadniczym problemem jest to, że nikt nie potrafi określić, ile będzie wynosić przyszła emerytura wypłacana ze środków zainwestowanych przez fundusze emerytalne. Z analiz ekspertów wynika, że z pewnością nie przekroczy ona 60 proc. płacy, a w wielu wypadkach - 40 proc. Tymczasem średnia wysokość emerytur wypłacanych przez ZUS w starym systemie sięga 60-70 proc. płacy. Przyszli emeryci będą więc w o wiele gorszej sytuacji niż obecni. Nikt jednak nie uprzedzał o tym klientów funduszy. - Sytuacja musi się pogorszyć, ponieważ stary system będzie - ze względów demograficznych - działał coraz mniej wydajnie. Po prostu coraz więcej niepracujących przypada na zatrudnionego - mówi Marcin Masny. - Emerytura pochodząca z funduszy ma być uzależniona nie tylko od wielkości składki, ale i od osiąganej przez OFE rentowności, czyli efektywności inwestycji. Ta zaś, zważywszy możliwości naszego rynku kapitałowego, nie daje nadziei na to, że emerytury będą wyższe.

Pracownicze programy emerytalne
Ponieważ nikt nie wie, jaka będzie realna wartość świadczenia z pierwszego i drugiego filaru, zabezpieczeniem godziwej starości może być tylko tzw. trzeci filar, czyli dodatkowe oszczędzanie na przyszłą emeryturę - indywidualne albo w formie pracowniczych programów emerytalnych (PPE). Jak jednak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę ARC Rynek i Opinia, tylko 13,3 proc. badanych chce przystąpić do pracowniczych programów emerytalnych. Poza tym tylko jedna trzecia Polaków wie, czym są PPE (reszta w ogóle nie zna tego pojęcia). Jakby tego było mało, pracownicze programy emerytalne istnieją właściwie w teorii: nikt - łącznie z UNFE - nie wie, jakie powinna wyglądać niezbędna dokumentacja, jak interpretować przepisy ustawy. Dwie trzecie przyszłych emerytów nie zdaje sobie zatem sprawy, iż świadczenia z ZUS i funduszy emerytalnych zapewnią im emeryturę w wysokości najwyżej połowy ostatnich dochodów.

Sąd nad emeryturami
Wątpliwości prawne budzi zróżnicowany wiek emerytalny kobiet i mężczyzn. Nie ma on uzasadnienia w nowym systemie, a poza tym skutkuje wyraźnie niższymi emeryturami dla kobiet. Zdaniem prof. Macieja Żukowskiego z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, optymalnym rozwiązaniem byłby powrót do propozycji jednolitego dla obu płci, minimalnego wieku emerytalnego - 62 lat, z gwarancją możliwości kontynuowania pracy.
Może się też okazać, że nowy system emerytalny jest niezgodny z konstytucją RP. Zakłada się na przykład - na co zwrócił uwagę prof. Jan Jończyk - arbitralne zróżnicowanie statusu przyszłych emerytów według wieku osiągniętego przez nich 1 stycznia 1999 r. Może to być uznane za naruszenie konstytucyjnych zasad poszanowania i ochrony godności człowieka oraz równości wobec prawa. Podobnie jest z podziałem przyszłych emerytów na młodszych (dopuszczonych do OFE) i starszych (wyłączonych z możliwości przekazywania składek do OFE).
Przymus odkładania na emeryturę można z kolei interpretować jako ograniczenie wolności i prawa własności, ponieważ uniemożliwia się w ten sposób czerpanie pożytków z wynagrodzenia. Prof. Krzysztof Kolasiński z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu uważa, że przymus oszczędzania mogłaby uzasadniać potrzeba zapewnienia obywatelom godziwych emerytur, co wynika z konstytucji. Jeśli jednak OFE nie osiągną zysków, emerytury nie będą godziwe. Zatem przymus byłby bezprawny. Łatwo sobie wyobrazić koszty wygranych przez emerytów procesów.

Więcej możesz przeczytać w 40/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0