MENU

Dodano:   /  Zmieniono: 
PŁyta

Po pięciu latach przerwy, amerykańska grupa Bon Jovi udowadnia płytą "Crush", że czas stanął dla niej w miejscu. Singel "It’s My Life" bije rekordy popularności pewnie dlatego, że muzyka Bon Jovi to na zimno wykalkulowany melodyjny rock. Wszystkie utwory ani cieszą, ani rażą i najlepiej pasują do słuchania w windzie czy w samochodzie... Grzeczny image Johna Bon Jovi i sprawnie zmontowane klipy zapewnią płycie dobrą sprzedaż. Rzetelne, oklepane, softrockowe rzemiosło bez większych emocji.
Roman Rogowiecki

Teatr

Nie sztuka napisać sztukę, sztuka ją wystawić, zwłaszcza nowe polskie przedstawienie w polskim teatrze. I właśnie taka sztuka się udała. Teatr Powszechny pokazał dramat Ingmara Villquista - autora polskiego! - "Noc Helvera". Zważywszy, że scena dba o komercję, a więc o efektowność i lekkostrawność, inscenizacja ta tym bardziej zdumiewa. Przedstawienie jest mroczne, poważne, złożone i głębokie. Ale "Noc Helvera" jest sztuką znakomitą, oferującą wspaniały materiał dla aktorów. Krystyna Janda podjęła się zagrać postać całkowicie sprzeczną z jej gwiazdorskim emploi - kobietę zgaszoną, przybitą, nijaką, bez pewności siebie, napiętnowaną poczuciem winy, przeszytą nieuleczalnym cierpieniem.
Taka jest Karla w sztuce Villquista, która dążąc do ekspiacji za swój grzech, przyjmuje do siebie niepełnosprawnego umysłowo młodego mężczyznę. Zbigniew Brzoza na pierwszy plan wysunął postać Helvera (Sławomir Pacek), nadpobudliwego, czasem ulegającego wzruszeniom, działającego bez kontroli chłopaka, który wciąga się w bojówki faszystowskie. Wracając z musztry ze szturmówką w ręku, sam zmusza kobietę do wykonywania rozkazów. Ukazanie dwuznaczności moralnej postawy prostaczka sprawia, że sztuka Villquista nie ogranicza się do dydaktyki na temat stosunku społeczeństwa do ludzi ułomnych, co sugerowały prasowe zapowiedzi. Dopiero stopniowo orientujemy się, że z Helverem jest coś nie tak, w początkowych scenach jest gwałtownym, rozpuszczonym przez kobietę domowym tyranem, później podporządkowuje się jej, bezrefleksyjnie, na własną zgubę. Słucha Karli, bo ją kocha i jej potrzebuje. Bo jest bezradny i bezdomny. To go tłumaczy, ale nie usprawiedliwia. Helver reprezentuje sobą więcej zła niż dobra i reżyser poprowadził aktora właśnie w ten sposób, bez łatwych wzruszeń i taniego altruizmu.
Karla, bierna i sprana przez życie, ma zaledwie odpowiadać na działania Helvera. Również wtedy, gdy podejmuje dramatyczne decyzje. Janda przedstawia ją jako istotę po drugiej stronie cienia, w czerni psychicznego przygnębienia. Jej odruchy są otępiałe i pozbawione głosu, którego aktorka używa tak oszczędnie, że chwilami prawie jej nie słychać, o jej uczuciach nie wiemy nic. I w tym właśnie szkopuł. Dar intensywnej obecności scenicznej, jaki ma Janda, nie jest w stanie zastąpić bogactwa postaci stworzonej przez Villquista, a spektakl, wyprany z emocji, nie porusza, choć sztuka niesie w sobie wielki potencjał wybuchowy dla uczuć i myśli. Tak jak tego dowiodła Magdalena Kuta w tej samej roli; na jej Karlę - wibrującą cierpieniem, reagującą z bólem na każdy gest i słowo, na każde spojrzenie Helvera, ciepłą, wrażliwą, macierzyńską, słowem z krwi i kości - można się oburzać, ale też nie sposób jej nie współczuć. Tylko wtedy można zrozumieć nierozerwalny krąg tragizmu, jaki kreśli "Noc Helvera".
Anna Schiller

Wywiad

Sylwia Żołnacz: - Jak się pisze dobrą powieść sensacyjną?
Clive Cussler: - Dla mnie najważniejsze są nie tyle moje umiejętności pisarskie, ile wyobraźnia. Mój sukces opieram na koncepcji "co by było, gdyby...". Czytelnik chce, żeby go rozerwać, wobec tego staram się pisać książki, przy których będzie się dobrze bawił. Z drugiej strony można powiedzieć, że sztuka tworzenia dobrej książki sensacyjnej to umiejętność pisania pierwszej strony. To od niej zależy, czy asystent agenta czy wydawcy, który czyta mnóstwo maszynopisów tygodniowo, odeśle maszynopis z powrotem, czy przeczyta resztę.
- Robert Ludlum, Frederick Forsyth i pan to - jak oceniają krytycy - czołówka twórców powieści sensacyjno-przygodowej. Co pana odróżnia od wspomnianych autorów?
- Ja piszę jakby "szybsze książki". Pracowałem w agencji reklamowej i tam się nauczyłem operować krótkimi, zwięzłymi zdaniami, stosować dynamiczne chwyty. Oni piszą w bardziej konserwatywny, rozbudowany sposób.
- Co przyciąga czytelników do pana książek?
- Niektórzy pisarze starają się w swoich powieściach dać siebie, ja staram się dać to, czego chce czytelnik. Chyba dlatego mnie wybierają. Nie mam recepty na sukces. Może po prostu mam szczęście?
- Przy powstawaniu książki sensacyjnej pracuje sztab ludzi, od specjalistów z różnych dziedzin po researcherów. Czy pan korzysta z usług tylu osób?
- Jeśli autor zabiera się do tematu, na którym w ogóle się nie zna, to musi wynająć cały sztab ludzi. W moim wypadku to ja jestem sztabem poszukiwawczym. Sam prowadzę badania. Po prostu bardziej lubię takie poszukiwania od samego procesu pisania. Takie badanie jest doskonałą zabawą, pisanie to jest już praca.
- Podobno ma pan niechętny stosunek do ekranizowania swoich powieści. Dlaczego?
- Raz zrealizowano film na podstawie mojej książki "Wydobyć 'Titanica'". Była to fatalna ekranizacja i na dwadzieścia lat wycofałem książki z rynku hollywoodzkiego. Ale niedawno sprzedałem prawa do ekranizacji książki zatytułowanej "Sahara" i teraz dopracowywane są szczegóły kontraktu.
- W życiu prywatnym jest pan nurkiem, poszukiwaczem przygód. Czy własne przeżycia wykorzystuje pan w swojej pracy pisarskiej?
- Nie ma to żadnego związku, bo jeżeli już poszukuję wraków, to inaczej to wygląda niż w powieści. Jeśli chodzi o źródło pomysłów, jest to wyłącznie sprawa wybujałej wyobraźni, którą mam od lat chłopięcych. Zazwyczaj kiedy zakończę jedną książkę to już w umyśle zaczyna mi się pojawiać idea następnej. Ale kiedy zaczynam pracować, to nigdy nie mam zakończenia.
Więcej możesz przeczytać w 40/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0