Hotelowe kino

Hotelowe kino

Dodano:   /  Zmieniono: 
50. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie

Ponieważ relacji z festiwalu filmowego nie wypada zaczynać od "opisów przyrody", rozpocznę od przypomnienia obrazu Wima Wendersa "Niebo nad Berlinem". W jego finale aniołowie wysyłają leciwego berlińczyka na poszukiwania pl. Poczdamskiego, który przed wojną był centrum stolicy Niemiec. Staruszek przybywa do pełnego ruin miasta przeciętego murem. Pl. Poczdamskiego nie znalazł. Podobnie było kilka dni temu - goście przybyli na 50. Międzynarodowy Festiwal Filmowy nie mogli poznać Berlina. Po zburzeniu muru centrum tej metropolii stało się największym placem budowy w Europie. Najwybitniejsi architekci świata stworzyli fascynujące miasto XXI wieku: majestatyczne, ale i trochę przytłaczające, a jubileuszowy festiwal zorganizowano w olbrzymim Pałacu Filmów przy pl. Marleny Dietrich. Projekcje odbywały się również w nowoczesnych kinach wielosalowych. Kto oczekiwał, że prezentowane dzieła będą równie wielkie i wspaniałe, zawiódł się. Festiwal miał szczęście do filmów "hotelowych". Dowodem może być debiut młodego Anglika Terencea Grossa. W "Hotelu Splendide" porusza on problem rozkładu i dekompozycji. Rzadko pojawiają się w tym filmie dialogi - dominuje obraz, któremu trudno się oprzeć. I właśnie dla takich dzieł są festiwale!

50. MFF w Berlinie zainaugurowano pokazem nowego obrazu Wima Wendersa. Jego tytuł "The Million Dollar Hotel" nawiązuje do istniejącego w Los Angeles hotelu, do którego przybywają przede wszystkim życiowi rozbitkowie. Nieśpieszna intryga kryminalna jest tylko pretekstem do nakreślenia psychologicznych portretów tuzina postaci dziwaczniejszych niż w obrazach Almodóvara. Wenders z powodzeniem pokazał zacieranie się granic między rzeczywistością i fantasmagorią.
Prasa niemiecka wielokrotnie stawiała dyrektorowi Berlinale Moritzowi de Hadeln zarzut, że faworyzuje kino amerykańskie, które przecież nie ma kłopotów z wprowadzeniem swej produkcji na światowe rynki. To prawda: aż jedna trzecia spośród 21 filmów zgłoszonych do konkursu przyjechała z USA. Wybór okazał się jednak trafny. "Magnolia" mało znanego Paula Andersona (słusznie wyróżniona pierwszą nagrodą) spodobała się krytykom, którzy docenili zręczność, z jaką reżyser splótł w szaleńczym rytmie montażowym kilka wątków, pozornie zupełnie rozbieżnych. Po złożeniu tej barwnej układanki wyszła niezwykła synteza lęków i nadziei Amerykanów podszytych bólem samotności, niezrozumienia, bezmyślną i często zupełnie bezinteresowną nienawiścią. W finale na tę smutną opowieść spada z nieba biblijna ulewa... żab, wgniatających dachy aut i rozbijających szyby.
Bezsporny kunszt reżyserski ujawnił ponownie twórca "Angielskiego pacjenta" Anthony Minghella. Tym razem przedstawił "Utalentowanego pana Ripleya", nakręconego na motywach głośnej niegdyś powieści sensacyjnej Patricii Highsmith. Ubogi stroiciel fortepianów wkrada się do kręgu milionerów z końca lat 50. Zmienia osobowość i dla pieniędzy staje się mordercą. To dobre, sprawne kino, ale w roku 1960 powieść Highsmith świetnie zaadaptował już René Clément w filmie "W pełnym słońcu" (z Alainem Delonem). Czy więc Hollywood ma moralne prawo do nowych ada-ptacji, jeśli poprzednie są nadal doskonałe i wcale się nie zestarzały? Produkcje amerykańskie nie zawsze jednak trafiają w gusty publiczności. Obraz "W każdą cholerną niedzielę" Olivera Stonea, który dotychczas podejmował społecznie ważne tematy z pierwszych stron gazet, opowiada o wydarzeniach ze strony ostatniej. Reżyser skupił uwagę na futbolu amerykańskim, Europejczykom mało znanym. Mecze w tym stanowczo za długim (prawie trzygodzinnym) filmie są fotografowane w najdrobniejszych szczegółach (rękawice, buty, lot owalnej piłki). Europejczykom trudno się zorientować, dlaczego ktoś wygrywa, obca jest nam również amerykańska mentalność: liczy się tylko zwycięstwo, zajęcie drugiego miejsca jest już katastrofą. Toteż kłopoty wielkiego Ala Pacino w roli trenera przegrywającej drużyny wprawdzie nas wzruszają, ale nie aż tak bardzo.
Niezbyt ciekawy okazał się również film biograficzny "Człowiek na księżycu" Milosa Formana. Jego bohaterem jest komik Andy Kaufman (poza USA nieznany). Estradowy humor Kaufmana, zapewne wiernie oddany, Europejczyka mało śmieszy: jest bezczelny, agresywny, głupi i mało dowcipny. Zbudowana przez Formana kapliczka rozsypuje się. Za najbardziej udaną produkcję Amerykanów można uznać "Trzech królów" Davida Russella - film rozrywkowy, sensacyjny, opowiadający o poszukiwaniu złota skradzionego przez Husajna w Kuwejcie podczas wojny w Iraku. To dwie godziny prawdziwego napięcia. Zhang Yimou, jeden z dwóch wiodących filmowców chińskich, który pół roku wcześniej zdobył Złotego Lwa w Wenecji za film o nauczycielce wiejskiej "Ani jednego mniej", przedstawił w Berlinie "Drogę do domu". Tym razem opowiada o nauczycielu i jego miłości do ślicznej wieśniaczki (zagranej przez Zhang Ziyi). Reżyser, który jest ofiarą rewolucji kulturalnej w Chinach, protestował przeciw łamaniu praw człowieka i poniżaniu kobiet w postfeudalnym społeczeństwie, ostatnio jakby pogodził się z władzami i z nostalgią wspomina ostatnie lata mao-izmu. Pięknie fotografowana, krańcowo prosta wiejska elegia wzrusza i przekonuje. Druga nagroda dla Yimou wydaje się w pełni uzasadniona.
Podczas festiwalu wyróżnili się Rosjanie. "Rosyjski bunt" Aleksandra Proszkina to tradycyjna, pełna rozmachu ada-ptacja "Kapitańskiej córki" Puszkina, który nie jest jednak narratorem XXI wieku. Jego spojrzenie na bunt Pugaczowa trąci romantycznym sentymentalizmem, ale barwność widowiska i przestrzenie orenburskich stepów złożyły się na całość pokrewną ideowo "Cyrulikowi syberyjskiemu" Michałkowa: oto, jak wspaniała była kiedyś Ruś. Wątek miłosny rozegrała para bardzo młodych Polaków: Mateusz Damięcki i Karolina Gruszka (wybrana jeszcze przez Jerzego Hoffmana, który się tą adaptacją interesował).
A teraz dwa słowa o kinematografii egzotycznej. Irańczyk Babaku Payami zadebiutował filmem "O jeden dzień więcej", który jest etiudą (prawie pozbawioną słów) o spotkaniach na przystanku dwóch osób nie pierwszej już młodości, naznaczonych wdowieństwem. Także Islandię reprezentował udany (choć miejscami przeszarżowany) film historyczny "Kunszt diabelski" Hrafna Gunnlaugssona, krytycznie oceniający nietolerancję protestantyzmu północy. Nagrodę Krytyki Międzynarodowej FIPRESCI przyznano ostatecznie skromnemu "Pokojowi wróżek" Francuza Claudea Millera (kontrkandydatem była "Magnolia"). Głównym bohaterem filmu jest... migrena - obezwładniający ból nie do zniesienia, atakujący zestresowaną studentkę antropologii. Stan ten niełatwo poddaje się ekranowemu opisaniu. Millerowi udało się jednak małą kamerą digital przeniknąć w samo sedno wyrwanej nagle z życia osobowości, zamkniętej w pokoju szpitalnym, gdzie każdy staje się aktorem: gra, rozmawiając z lekarzami, przypadkowymi pacjentami, a nawet z sobą. Mały film wielkiej prawdy.
Rozczarował za to wybitny reżyser Volker Schlöndorff i jego "Cisza po strzale". Rzecz zbudowana została na życiorysie terrorystki z lewackich Czerwonych Brygad, ściganej przez wszystkie policje Zachodu. Morderczyni paryskiego policjanta otrzymała azyl w NRD, ale po upadku muru została wydana sprawiedliwości. Błędem Schlöndorffa okazało się zbyt wierne przedstawienie faktów kosztem rezygnacji z komentarza, który mógł klarownie wykazać klęskę postawy terrorystycznej - niezależnie od ideowości czy odwagi bojowników. Dużo bardziej udany był niemiecki film "Paradiso - siedem dni z siedmioma kobietami" Rudolfa Thome. Uznany kompozytor zaprasza do nadmorskiej daczy na 60. urodziny siedem kobiet swego życia. Ten pretekst fabularny pozwolił nakreślić nie tylko znaczną liczbę wyrazistych charakterów, ale również nadspodziewanie wiele zabawnych i prawdziwych spięć. Wprawdzie kino niemieckie zaprezentowało się z dobrej strony, ale przyznanie mu przez jury aż pięciu z dziesięciu nagród uznać należy za uprzejmą przesadę. Udział Polski w tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie był znaczący. Jednym z jurorów został Andrzej Wajda, a poza konkursem pokazano też "Pana Tadeusza". Przedstawienie Mickiewiczowskiego poematu widzowi zagranicznemu było sporym ryzykiem. Na festiwalu zaprezentowano wersję krótszą o pół godziny i - o dziwo - nie zburzyło to wcale wyważonej dramaturgii filmu. Powiem więcej - skróty wcale nie zaszkodziły obrazowi. Projekcja "Pana Tadeusza" w wielkiej sali Pałacu Filmów wypełnionej do ostatniego miejsca zakończyła się dwukrotną owacją, jakiej nie było, jak sięgam pamięcią, na żadnej polskiej premierze dzieł Wajdy. Wpływowy dziennik berliński "Der Tagesspiegel" napisał, że jest to "najlepszy film Wajdy od lat dwudziestu, godzien 'Popiołu i diamentu', 'Ziemi obiecanej' i 'Człowieka z marmuru'".
Ulubieniec polskiej krytyki, "Dług" Krzysztofa Krauzego, startował w sekcji Panorama Special, będącej poza konkursem i już nie tak powszechnie oglądanej. Skoro Berlinale nie wzięło "Długu" do głównego programu, czyż nie należało poczekać raczej na festiwal w Cannes? Dobra połowa filmów konkursowych była od "Długu" zdecydowanie gorsza. Natomiast "Wojaczek" Lecha Majewskiego doskonale wpisał się w kryteria Forum Młodego Kina, osobnego jakby festiwalu, poświęconego inicjatywom ambitnym i nowatorskim. Kino polskie w Berlinie zaistniało.

Więcej możesz przeczytać w 9/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0