DRUGA DEKADA

DRUGA DEKADA

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy Niemcy wykorzystają szansę zbudowania nowej gospodarki?
W niemieckiej gospodarce coś drgnęło: jak przewidują eksperci, wzrost gospodarczy Niemiec może w tym roku osiągnąć nawet 3 proc. Na decyzję o zmianie toru, po którym porusza się niemiecka lokomotywa jednoczącej się Europy, trzeba było czekać prawie dekadę; w tym czasie wszystkie kłopoty tłumaczono ogromnymi kosztami odbudowy wschodnich Niemiec. To jednak tylko część prawdy. "Mamy najwyższe pensje, najkrótszy czas pracy, najdłuższe urlopy, najmłodszych emerytów i najstarszych studentów" - alarmował trzy lata temu Werner Stumpfe, prezes zrzeszenia pracodawców branży metalowej. Coraz trudniej było ukryć fakt, że na obronę państwa opiekuńczego i przywilejów socjalnych nie stać już nawet najzamożniejszego społeczeństwa Europy. Dzisiaj do walki o bardziej prorynkową orientację gospodarki zmuszeni zostali ci sami socjaldemokraci, którzy wcześniej pod hasłami równości i sprawiedliwości społecznej przyczyniali się do zahamowania dynamiki rozwoju kraju. W przededniu rocznicy wcielenia zbankrutowanej NRD do RFN Rolf Schwanitz, minister stanu w Urzędzie Kanclerskim, przedstawił optymistyczny "Raport o stanie jedności Niemiec". Co prawda minister podkreślił, że proces odbudowy jeszcze się nie zakończył, lecz - jak napisał we wstępie - "wiele zostało zmienione i osiągnięte, zwłaszcza obywatele nowych landów zainicjowali nowy początek". Generalnie rzecz biorąc, produkcja rośnie, bezrobocie spada, zadłużenie maleje - niektórzy socjaldemokratyczni politycy już więc chcieliby wystawić piersi do orderów, gdyby nie fakt, że uciążliwe scalanie Niemiec nie zaczęło się 27 września 1998 r., w dniu ich zwycięstwa wyborczego.
Socjaldemokraci w przełomowym okresie rozpadu dwóch bloków nie rozegrali najlepszej partii. Akceptowali podziały, a ruchy demokratyczne w środkowej Europie uznali za destabilizujące. Ewentualność zjednoczenia Niemiec SPD potraktowała na berlińskim zjeździe w 1989 r. jako całkowicie irracjonalną. Co więcej, gdy 9 lipca 1990 r. głosowano w Bundesracie za unią RFN-NRD, "nie" powiedziało dwóch premierów krajów związkowych: Oskar Lafontaine i Gerhard Schröder. Również w trakcie konsolidacji Unii Europejskiej socis nie zapisali się złotymi zgłoskami, próbując zbić wyborczy kapitał na przywiązaniu Niemców do marki.
Aby osiągnąć sukces wyborczy, "różowi" obrońcy ludzi pracy odwołali się głównie do zmęczenia pozjednoczeniowymi trudnościami. Proces scalania państwa i społeczeństwa okazał się dłuższy, niż przewidywały najczarniejsze scenariusze. Euforia Niemców wschodnich minęła tak szybko, jak szybko wydali enerdowskie marki, wymienione na zachodnie DM. Już po krótkim czasie okazało się, że przyrzeczone w 1990 r. przez Helmuta Kohla "kwitnące krajobrazy" były wyłącznie sloganem. Pięć lat po zjednoczeniu "Tagesspiegel" szacował liczbę niezadowolonych Niemców z nowych landów na 82 proc. Powtarzano wówczas sarkastycznie, że nie należało burzyć muru berlińskiego, lecz go podwyższyć o przynajmniej dwa metry.
Rachunek za zjednoczenie okazał się bardzo wysoki. W 1995 r. transfery z zachodniej części kraju przekroczyły 600 mld DM. Z pieniędzy tych sfinansowano między innymi remonty kapitalne trzech milionów mieszkań, za bez mała 40 mld unowocześniono infrastrukturę kolejową, 20 mld pochłonęła modernizacja 11 tys. km dróg, kilka miliardów - telefonizacja. W 1995 r. zaczęto pobierać tzw. podatek solidarnościowy (w wysokości 7,5 proc. podatku dochodowego i korporacyjnego). Nie udało się jednak wyrównać poziomów wydajności w starych i nowych landach. W 1991 r. wschodnioniemieccy pracownicy osiągali tylko 31 proc., a w 1996 r. nieco ponad połowę wydajności zatrudnionych na zachodzie kraju.
Wysokie koszty zjednoczenia to tylko jedna strona medalu. W latach 90. w Niemczech rozpoczęły się problemy strukturalne, których najbardziej widocznym objawem był wzrost bezrobocia. Helmut Kohl przedstawił program "Bezpieczeństwo dla przyszłości", zapowiadający redukcję bezrobocia do 2000 r. o połowę. W rzeczywistości liczba szukających pracy przekroczyła 5 mln i osiągnęła najwyższy poziom od 1933 r. Na narastające trudności gospodarcze złożyła się też konieczność dostosowania do surowych kryteriów konwergencji, poprzedzających europejską unię walutową. Kondycję kraju dodatkowo osłabiała nie przystająca do nowej rzeczywistości nadopiekuńczość państwa. Związkowcy nie godzili się jednak na socjalną kurację odchudzającą. Gdy Kohl przedstawił w Bundestagu "Pakiet oszczędnościowy", przez kraj przetoczyła się fala strajków. Stanowcza postawa związków, wspieranych przez socjaldemokratów, doprowadziła do zerwania rozmów przy kanclerskim "okrągłym stole". Ostatecznie pakiet oszczędnościowy uchwalono, ale był to już gwóźdź do trumny chadecko-liberalnego rządu.
Terapia odchudzająca miała jednak pomóc zaoszczędzić zaledwie 25 mld DM i nie wpłynęła na redukcję ponad-dwubilionowego zadłużenia wewnętrznego. Niemcom potrzebna była przede wszystkim reforma systemu podatkowego, a tę blokowali politycy opozycji, w tym SPD. Tymczasem poziom bezrobocia wzrósł do 12 proc., a w niektórych rejonach byłej NRD przekraczał 30 proc. Mimo to niemieccy robotnicy przebywali na zwolnieniach dwukrotnie dłużej od Anglików, pięciokrotnie dłużej od Japończyków, a składki na cele socjalne pochłaniały połowę ich pensji. Na świadczenia wydawano astronomiczną sumę ponad biliona marek rocznie, choć deficyt budżetowy i zadłużenie wewnętrzne było tak duże, że Niemcy nie spełniały kryteriów europejskiej unii walutowej. Postawa Niemców, których określano mianem "społeczeństwa niedzielnego", nie znajdywała zrozumienia unijnych partnerów. Koszty pracy były w RFN o 25 proc. wyższe niż we Francji i aż o 40 proc. wyższe niż w Wielkiej Brytanii, mimo że zarobki netto w tych krajach są porównywalne. Przeciążenie socjalne powodowało nie tylko spadek zatrudnienia, lecz także ucieczkę kapitału za granice Niemiec. Niemiecką lokomotywę spowolnił ciężar ładunku, którego uciągnąć nie mogła. Gerhard Schröder objął funkcję kanclerza przy lewicowych surmach, ale to właśnie jego partia musi dokończyć dzieło poprzednika. Wystarczyła krótka lustracja stanu rachunków państwa, dokonana po wygranych wyborach, by przywódcy SPD zrozumieli, że czas pogrzebać mrzonki o dobrobycie za budżetowe pieniądze. Ale nie wszyscy. Wkrótce odejść musieli najbardziej dogmatyczni towarzysze z szefem partii, Oskarem Lafontaine’em na czele, którego brytyjska praca nazwała "najniebezpieczniejszym człowiekiem Europy". Zwyciężyła bardziej prorynkowa orientacja Schrödera, nazywanego zresztą "towarzyszem bossów".
Wbrew przedwyborczym lamentom SPD odziedziczyła po Kohlu co prawda skostniałe, lecz nie zrujnowane gospodarstwo. Niemcy obronili pozycję światowego lidera eksportu, którego wartość sięgnęła biliona marek, ceny były stabilne, zaczęło spadać bezrobocie. Trzecia potęga gospodarcza świata powoli pozbywała się pozjednoczeniowych problemów, a proces asymilacji 18 mln wschodnich Niemców przeszedł już najtrudniejszą fazę. Przesądzona była też sprawa euro i nowy kanclerz nie musiał przekonywać Niemców do konieczności złożenia marki na ołtarzu Europy.
Schröder z jednej strony spełnił obietnice byłego szefa partii i przywrócił niektóre przywileje zabrane przez Kohla, a z drugiej zaordynował nowy pakiet oszczędnościowy w wydaniu ministra finansów Hansa Eichela. Związkowcy natychmiast okrzyknęli go "zdrajcą" i "Helmutem". Schröder zapowiedział jednak, że nie zmieni postanowienia, bo "tylko sprawnie funkcjonujące państwo zagwarantuje opiekę społeczną". Równocześnie jego gabinet postanowił wprowadzić rewolucyjną, trzyetapową redukcję podatków i uchwalił tzw. ekopodatek, czyli stopniową podwyżkę cen paliw, prądu i gazu. Na osłodę podniesiono dodatki wychowawcze na dzieci. Koalicja SPD/Zieloni odtworzyła trójstronny Sojusz Pracy, zlikwidowała anachroniczne prawo krwi z 1913 r. i ułatwiła obcokrajowcom przyznawanie obywatelstwa, przyjęła program zamknięcia 19 elektrowni atomowych, stworzyła fundusz odszkodowań dla niewolników III Rzeszy, program redukcji Bundeswehry, postanowiła o rygorystycznym zwalczaniu pracy na czarno czy o wprowadzeniu "zielonych kart" dla zagranicznych informatyków. Jak na półmetek kadencji dorobek ten prezentuje się całkiem nieźle. Gerhard Schröder wraz z "zielonym" szefem MSZ Joschką Fischerem zajmują dziś czołowe miejsca w sondażach popularności. W zdobyciu tej pozycji pomogła im sama CDU, nie potrafiąca wybrnąć z finansowej afery Kohla, a przede wszystkim wskaźniki gospodarcze: niezła koniunktura, dzięki której bezrobocie spadło ostatnio poniżej 4 mln. Nie znaczy to jednak wcale, że "różowego kanclerza" czeka różowa przyszłość. Wprowadzony ekopodatek, który spotęgował wzrost cen paliw, doprowadził transportowców na krawędź bankructwa i uderzył w budżety domowe.
Przebudowa systemu emerytalnego jest w fazie dyskusji. W polemice z jej autorem, ministrem pracy Walterem Riesterem, sojusznikami związkowców stali się... chadecy. Jak obliczyła nowa sekretarz generalna CDU Angela Merkel, jeszcze w tym roku przeciętny rencista otrzyma 10 DM więcej, lecz od następnych lat będzie dostawał coraz mniej. Całkowitym niewypałem okazał się natomiast projekt reformy finansowania służby zdrowia, który odłożono ad acta.
Theo Waigel, były minister finansów w rządzie Kohla, nie podziela optymizmu socjaldemokratów. Jego zdaniem, SPD i Zieloni odcinają tylko kupony od polityki wcześniejszego chadecko-liberalnego rządu, a proponowane przez nich rozwiązania są gorszymi wersjami tych inicjatyw, które sami wcześniej blokowali.
Waigel skrytykował wprowadzenie ekopodatku, co spowodowało wzrost inflacji do 2,8 proc., rezygnację z energii atomowej uważa za nie przemyślaną, zarzucił też socjaldemokratom bezczynność wobec słabnącego euro. Niemcy zdali sobie sprawę, że nie są dziś awangardą w Unii Europejskiej. Choć ich gospodarka jest wciąż najsilniejsza na kontynencie, to jednak wymaga kontynuacji strukturalnego remontu. Czy jednak "różowo-zielona" koalicja zdoła przedstawić wizję wychodzącą poza leczenie objawów choroby? Helmut Kohl, któremu odmówiono zabrania głosu na głównej uroczystości z okazji rocznicy zjednoczenia Niemiec, przyznał w wywiadzie dla telewizji ZDF, że "nadzwyczaj trudna odbudowa nowych landów zbiegła się z koniecznością dokonania gruntownej przebudowy systemowej i odchudzenia państwa". Ale - jak pocieszył - kiedyś proces zjednoczenia skończy się i w budżecie federacji każdego roku będzie zostawać dodatkowe 120 mld marek. Na co Niemcy je wydadzą: na europejskie Krzemowe Doliny czy na wczasy na Majorce?


Więcej możesz przeczytać w 41/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0