Allegro finanzioso

Allegro finanzioso

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy konkursy są dziś startującym muzykom potrzebne? - to pytanie staje przed uczestnikami międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, który po raz czternasty rozpoczyna się w Warszawie.
Zwłaszcza że laureaci głównych nagród ostatnich jego edycji nie robią olśniewających karier.
To już niemal reguła, że światową sławę zdobywają nie zwycięzcy imprezy, lecz odrzuceni. Taki właśnie mechanizm zadziałał w wypadku jugosłowiańskiego pianisty Ivo Pogorelicia, który razem z laureatami konkursu, Marthą Argerich czy Krystianem Zimermanem, jest jedną z gwiazd największej firmy fonograficznej, zajmującej się muzyką poważną - Deutsche Grammophon. Także w polskiej pianistyce ostatnich lat znamy podobny przypadek. Jedna z najwybitniejszych indywidualności młodego pokolenia, Piotr Anderszewski, w roku 1990 jako dwudziestolatek stanął do konkursu w Leeds, ale doszedł tylko do półfinału, ponieważ do walki o nagrodę główną po prostu się nie przygotował (pewien, że nie przejdzie). Swoim występem zrobił jednak furorę i tak rozpoczęła się jego międzynarodowa kariera.
Argentyńczyk Nelson Goer-ner, którego warszawskie jury pięć lat temu nie dopuściło do finału, był już wówczas w świecie bardziej ceniony niż główny laureat, Amerykanin Kevin Kenner (nie mówiąc o zdobywcach pozostałych nagród). Nawet gdy co do wyboru zwycięzcy nikt nie miał wątpliwości, artystyczne losy muzyków toczyły się niezależnie od werdyktu: w roku 1970 pierwsza nagroda bezapelacyjnie należała się Amerykaninowi Garrickowi Ohlssonowi, a dziś pianista ten jest dużo mniej popularny od swego rodaka Emanuela Axa, wówczas zaledwie wyróżnionego. Przyczyna tego nie tkwi w różnicy talentów, lecz w stopniu odporności psychicznej, która potrzebna jest zarówno w wypadku zwycięstwa, jak i porażki.
Konkursy bywają też mało wiarygodnym sprawdzianem talentu z powodu tremy pianistów. Coraz więcej młodych muzyków rezygnuje więc z udziału w nich. Na przykład Rosjanin Arcadi Volodos zamiast mierzyć się z innymi woli epatować swą wirtuozerią. Początkujący artyści od konkursów wolą dobrego impresaria i kontakt z renomowaną firmą fonograficzną. Nie chcą i nie muszą przeżywać stresów związanych z rywalizacją.
Opinie o Konkursie Chopinowskim po dwóch ostatnich edycjach bardzo się pogorszyły. Jaki jest cel współzawodnictwa, skoro z powodu obowiązującego systemu oceny dwa razy z rzędu nie przyznano głównej nagrody, indywidualności są niedoceniane, a promuje się średniaków? Jurorzy tłumaczą, że punktują jakiś mityczny model, piętnując nawet cień odstępstwa. Wygrywają więc na tym pianiści przeciętni. Promowanie ich nie ma jednak większego sensu, ponieważ swą grą, poprawną, ale bladą, mało kogo poruszają. Pokrzywdzeni mogli się czuć nie tylko ci, co odpadli, ale także laureaci. Zwłaszcza Magdalenie Lisak zrobiono pięć lat temu niedźwiedzią przysługę, kwalifikując ją do finału. Plotki o tym, kto zaliczył kurs przygotowawczy u którego jurora, także nie podnoszą rangi imprezy.
W tym roku zmieniono system oceny. Pierwsza nagroda na pewno zostanie przyznana, ponieważ o wygranej zadecyduje jury, a nie liczba punktów. Po każdym etapie będą się odbywały dyskusje. Oceniać pianistów będą wybitni artyści, z Marthą Argerich na czele (zwyciężczyni konkursu z 1965 r. zrezygnowała z członkostwa w jury, protestując przeciwko potraktowaniu Pogorelicia). Przewodniczącym składu został prof. Andrzej Jasiński, nauczyciel Krystiana Zimermana. Większość jurorów to pianiści koncertujący, a nie pedagodzy (profesorowie nie będą oceniać swoich ucz-niów). W konkursie udział weźmie 98 muzyków z 25 krajów, w tym dwanaścioro Polaków i osiemnaścioro Japończyków.
Tak naprawdę impreza bardziej potrzebna jest organizatorom niż młodym pianistom. To po prostu biznes jak każdy, a że dotyczy narodowej świętości (i to podziwianej w świecie) - tym bardziej jest opłacalny. Towarzystwo im. Fryderyka Chopina próbowało windować ceny za akredytacje prasy zagranicznej i relacje w radiu i telewizji, nie mówiąc o biletach. Sponsorzy oprócz konkursu muszą wspierać także działalność towarzystwa. A Ryszard Krauze (właściciel firmy Prokom), pierwsza w historii tej imprezy osoba prywatna niemal w całości ją finansująca, próbuje odbudować swój wizerunek po osławionej historii z komputeryzacją ZUS.

Więcej możesz przeczytać w 41/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0