Misjonarki

Misjonarki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Życie włoskich arystokratek i żon dobrze urodzonych mężów jest potwornie puste i nudne. Ileż można wydawać i kupować. Większość z nich nie pracuje. Sensu bezsensownego, ich zdaniem, życia szukają więc w klasztorze
W życiu każdego, każdej z nas zdarzają się zachowania i decyzje uchodzące za dalekie od standardowych. I to wcale nie naszym zdaniem, ale zdaniem innych. Tak dzieje się, gdy kobieta niespodziewanie dla otoczenia decyduje się na związanie swego losu z biedniejszym albo też gorzej wykształconym mężczyzną. Gdy zamiast świecić najjaśniejszym blaskiem (na przykład przed kamerami), wybiera domowe pielesze. Gdy woli być atrakcyjną starą panną niż atrakcyjną sfrustrowaną żoną. Gdy wreszcie bez specjalnych zapowiedzi porzuca uroki świata doczesnego i idzie do klasztoru. Jeśli czyni tak jedna z dam, można mówić o jednostkowym przypadku, jeśli jednak jej śladami podąża kilka kobiet z tzw. high life, zaczyna się mówić o trendzie. Olimpia Gucci, 36-letnia, śliczna jak z obrazka wnuczka króla włoskiej mody Aldo Gucciego wstąpiła do klasztoru Sacro Cuore we Florencji. Doszła do wniosku, że doczesne życie to nie wszystko. "Na szczęście ciągle trafiają do nas panienki z dobrych domów" - nie kryje zadowolenia jej matka przełożona, Mariella Aluffi, córka księcia Aluffiego, która ponad 50 lat temu jako 26-letnia dziewczyna również poczuła powołanie. Kolejną kandydatką do złożenia ślubów została 60-letnia Idina Feruzzi, dziedziczka koncernu chemicznego. Ponad sześć lat temu, gdy jej mąż w obawie przed oskarżeniem o korupcję popełnił samobójstwo, Idina, matka trojga dzieci, postanowiła wstąpić do zakonu karmelitanek. Wcześniej, z czego zwierzyła się włoskiej dziennikarce magazynu "Elle", wiodła życie księżniczki. Należało do niej sześć samolotów, cztery helikoptery, osiem jachtów. Wydawała kolacje na cześć Clintona, Mitterranda, Gorbaczowa i Chiraca. Dzisiaj, jako nowicjuszka, mieszka jeszcze w swoim XVIII-wiecznym pałacu w Rawennie i na razie nie musi rezygnować z tak drogich jej sercu kreacji największych projektantów mody. Antonella Moccia, 33-letnia była modelka, jest zakonnicą od sześciu lat.
Ta nadzwyczaj atrakcyjna dziewczyna zrezygnowała z uroków życia doczesnego u szczytu powodzenia. W swojej książce "Wybrałam Boga" opowiada o ciężkiej decyzji, jaką musiała podjąć: wiara czy miłość do ukochanego.
Jeśli mamy do czynienia z trendem, to musi być jakieś jego socjotechniczne wytłumaczenie. I jest. Otóż okazuje się, że życie codzienne włoskich arystokratek i żon dobrze urodzonych mężów jest potwornie puste i nudne. Ileż można wydawać i kupować. Ileż można kupować i wydawać. Nawet do fryzjera nie da się chodzić częściej niż siedem razy w tygodniu. Chyba że ktoś zwariował. Większość uprzywilejowanych pań nie pracuje, a jeśli już, to projektuje biżuterię albo zajmuje się architekturą wnętrz. Gdzie więc szukają sensu bezsensownego, ich zdaniem, życia? W klasztorze.
Odmiennie rozumiane poczucie życiowej misji starają się w krajach Trzeciego Świata realizować także inne słynne panie: modelki, sportsmenki i aktorki. Claudia Schiffer i Steffi Graf spełniają się w akcjach charytatywnych na rzecz dzieci. Calista Flockhart vel Ally McBeal pojechała do Kenii. Postanowiła wesprzeć swoją serialową popularnością afrykańskie kobiety w walce z bestialskim rytuałem obrzezania (FGM - female genital mutilation). Nie udało się go uniknąć ponad 100 milionom kobiet. Dopiero po tak brutalnym okaleczeniu dziewczyna może wyjść za mąż, ale nie może się już uczyć - jest dorosła i nauczyciel nie może wydawać jej poleceń.
Koło się zamyka. Koniec z szukaniem idealnego wybranka serca, koniec z nauką. Odtwórczyni neurotycznej pani mecenas od dawna angażuje się w walkę o prawa kobiet. A wydawałoby się, że taka neurotyczna. Przed kilku laty swoje honoraria z teatralnych projektów przekazała na konto pomocy dla kobiet bośniackich. Dwa lata temu wzięła udział w pierwszym amerykańskim V-Day u boku Susan Sarandon, Glenn Close i Whoopi Goldberg. Zainaugurowały tym dniem światowy ruch przeciwko przemocy wobec kobiet. "Po obejrzeniu taśmy wideo z zarejstrowanym zabiegiem obrzezania nie mogłam ani rozmawiać, ani jeść" - powiedziała amerykańskiej edycji magazynu "Marie Claire" Flockhart.
Aktorka spędziła w Kenii kilkanaście dni. Spotykała się z ofiarami FGM, brała udział w lekcjach poglądowych, podczas których mężczyźni dowiadywali się, jakie konsekwencje dla kobiety - poza oczywistym barbarzyństwem - przynosi ten rytuał: seksualną oziębłość, psychiczne dysfunkcje, wzrost ryzyka zarażenia wirusem HIV. Aktywność tamtejszych wolontariuszek spowodowała, że coraz więcej młodych kobiet ucieka z rodzinnego domu lub przekonuje najbliższych do nowej bezkrwawej wersji wchodzenia w dorosłość. Dziewczyna spędza kilka nocy z dala od domu i w tym czasie uczona jest swoich kobiecych powinności, obowiązków przyszłej żony. Gdy kończy się przepisowe odosobnienie, spotyka się z rodziną i po trwającej kilka godzin biesiadzie umownie staje się kobietą. Brzytwę zastąpiono słowami.
Do tej pory odbyło się 35 takich bezkrwawych inicjacji. Aż czy tylko? Według działaczek na rzecz walki z FGM, te 35 przypadków to prawdziwy sukces. Nie wolno przy tym zapominać, że nie jest to alternatywa, lecz jedyna szansa na uratowanie przed trwałym okaleczeniem milionów dziewczynek. Po powrocie do Ameryki Calista Flockhart wyrusza w turę po amerykańskich uniwersytetach z serią odczytów zachęcających młode kobiety do walki o godne życie. Tylko tyle.

Więcej możesz przeczytać w 41/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0