Duże znaczy brzydkie

Duże znaczy brzydkie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wizyta Tony’ego Blaira w Warszawie wpisuje Polskę w wewnętrzne rozgrywki Unii Europejskiej, a to nie sprzyja integracji
Polska to największy, najważniejszy kraj, ale też taki, który stwarza największe problemy" - tak mało zachęcająco reklamował nas włoski poseł Jaś Gawroński, przedstawiając Parlamentowi Europejskiemu raport na temat naszego państwa. Uparte powtarzanie tej tezy szkodzi wizerunkowi Polski, umacniając i tak już powszechne negatywne stereotypy. Nawet takie sukcesy jak powodzenie rozmów w sprawie liberalizacji handlu produktami rolnymi nie są w stanie wymazać obiegowych sądów o Polsce. Mogą chwilowo poprawić atmosferę we wzajemnych stosunkach, lecz nadal ciąży na nas opinia kraju nieprzystosowanego.
Ostatnia seria rozmów to niewątpliwy postęp przed planowanym na początek listopada ogłoszeniem przez Komisję Europejską corocznych raportów o krajach kandydackich. Jeżeli znajdą się tam pochlebne słowa pod adresem Polski, to z czasem pozytywne oceny mogą trafić nie tylko na biurka polityków, ale też do opinii publicznej. To jednak dopiero początek długiej drogi, jaką mamy do przemierzenia. Podczas swojej niedawnej wizyty w Brukseli minister Jarosław Pietras z Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej ciężko wzdychał, że najtrudniej jest walczyć ze stereotypami. Nie tylko unijni urzędnicy, ale też media europejskie powtarzają zasłyszane opinie. Tłumaczenie, że Polska jest dużym krajem, więc i negocjacyjne problemy są większe, bardzo łatwo przekuć w inną tezę: big country - big problems, innymi słowy: Polska to duży kraj, z którym ciągle są kłopoty.
Minister Pietras przekonywał Komisję Europejską, że Polska znów zrobiła kilka kroków w stronę integracji. Przedstawił spis aktów przyjętych przez Sejm w celu dostosowania prawa do unijnych przepisów. - Bardzo dobrze się stało, wreszcie wyciągnęliście te ustawy z politycznego śmietnika - ocenia jeden z negocjatorów UE. Unijni urzędnicy byli zmęczeni ciągnącymi się od półtora roku rozmowami. Bruksela zaczęła się obawiać, że mniejszościowy polski rząd nie wykona żadnego zdecydowanego ruchu do końca kadencji. - Franza Fischlera znam od dawna i wiem, że bywa on bardzo trudnym partnerem. Teraz był przesympatyczny. Dawno nie było w Brukseli tak przychylnego klimatu - przyznaje Roman Jagieliński, który spotkał się z komisarzem ds. rolnictwa zaraz po podpisaniu umowy o liberalizacji handlu towarami rolnymi. W zespole zajmującym się negocjacjami z Polską zapanowało zadowolenie. - Porozumienie nie ma bezpośredniego związku z rozmowami w sprawie rolnictwa, ale poprzedza negocjacje i bez tego bardzo trudno byłoby coś zrobić - wyjaśnia jeden z urzędników. - Po zawarciu porozumienia w sprawie liberalizacji handlu produktami rolnymi kontakty Polski z unią są dobre. Niemniej jeśli chodzi o akcesję, nadal nic pozytywnego się nie dzieje, bo w UE brak jednoznacznego stanowiska - mówi Jacek Saryusz-Wolski, szef UKIE. O Polakach nierzadko można usłyszeć, że są histerycznie przeczuleni na punkcie suwerenności i podejrzliwie nastawieni do Unii Europejskiej. Po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie przystąpienia do unii walutowej, jeden z duńskich dziennikarzy podsumował z ironią: "teraz Duńczycy będą Polakami unii". W Brukseli zauważono gwałtowną reakcję Polski na propozycje Joschki Fischera dotyczące pogłębienia europejskiej integracji. Mało który polski minister był tak dobrze przyjmowany jak Bronisław Geremek, dlatego jego obrona polskiej suwerenności i niechęć do koncepcji Fischera mocno zabolała zwolenników budowania wspólnej Europy. Znów potwierdziły się obiegowe opinie, że Polska reaguje emocjonalnie. Tym bardziej że stopniowo łagodził krytykę sam minister Geremek, a potem nowy szef polskiej dyplomacji, Władysław Bartoszewski, przedstawił w Brukseli stanowisko o wiele bliższe pomysłom szefa niemieckiego MSZ. Ostatnio nieoczekiwany problem stworzyła zapowiedź zwiększenia importu gazu do unii z Rosji. - Jako przyszły członek powinniśmy uczestniczyć w konsultacjach. Układ stowarzyszeniowy zawarty między RP a UE przewiduje bowiem dialog polityczny oraz nasz pełny udział w polityce zagranicznej i obrony - uważa minister Saryusz-Wolski.
Po ostatniej rundzie negocjacji Polska spadła na koniec pierwszej szóstki kandydatów do unii. Dyplomaci uspokajają jednak, że różnice między krajami nie są duże. Czesi i Węgrzy zamknęli po trzynaście rozdziałów, czyli o dwa więcej niż Polska. Chociaż nie są to jeszcze prawdziwie negocjacje, ale odpowiadanie na pytania, czyli "wymienianie się papierami", unijni negocjatorzy mają zastrzeżenia do polskiej staranności. Brukselscy urzędnicy lubią porządek. Polakom zarzucają brak koordynacji i rozbieżności w dokumentach. Nasi dyplomaci tłumaczą, że błędy nie wynikają ze złej woli: - W kraju ciągle zmieniają się kadry, za co zresztą krytykuje nas w raportach Bruksela. Urzędnicy zarabiają mało i odchodzą do innej pracy, a dokumenty dla unii trzeba pisać dalej.
Oprócz trudności na poziomie stołu negocjacyjnego Polska ma jeszcze problem polityczny. W krajach piętnastki toczy się teraz subtelna gra o przyszłość zjednoczonej Europy. Przedwczesna odpowiedź na pytanie, jakiej chcemy unii, nie leży wcale w naszym interesie. Polska dyplomacja musi jednocześnie delikatnie dawać do zrozumienia Brytyjczykom i Skandynawom, że silnie zjednoczona unia nie budzi naszego entuzjazmu. Z kolei Francuzom i Niemcom lepiej sugerować, że polskie marzenie to przyszłość w zintegrowanej Europie. Unijni eurosceptycy, czyli Brytyjczycy, Szwedzi i Duńczycy, stali się ostatnio rzecznikami szybkiego i skutecznie przeprowadzonego poszerzenia. Pozostali są przekonani, że chodzi o to, by wraz z przystąpieniem nowych członków "rozwadniać" unię. "Jeśli ktoś kocha, to nie należy pytać dlaczego" - argumentował podczas swojego pobytu w Brukseli minister Bartoszewski. Dlatego nie zamierzamy odrzucać wyciągniętej przez Brytyjczyków ręki. Nieprzypadkowo na miejsce swojego wystąpienia w sprawie polityki zagranicznej premier Blair wybrał właśnie Polskę. Z kolei Niemcy to kraj, który najwięcej płaci do unijnej kasy i razem z Francją gra pierwsze skrzypce we wspólnocie. Bez zgody tego duetu szybkiego rozszerzenia nie będzie. Zbyt głośne akcentowanie naszego zdania może nam zaszkodzić, a i tak nikt go poważnie nie weźmie pod uwagę przy podejmowaniu decyzji.
- Opóźnienia ma zarówno unia, jak i my - przyznał po ostatnim etapie negocjacji minister Jan Kułakowski. Z naszej strony winę za to ponosi administracja. Na szczęście fakt, że w zespole negocjacyjnym nie zasiada po kolejnych zmianach w resorcie przedstawiciel ministerstwa gospodarki, jest mniej widoczny niż długi wakat na stanowisku szefa Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. - Mogę zaprosić kogoś z niższego szczebla, ale jemu nie wolno podejmować decyzji - skarży się główny negocjator. Wyprzedzają nas Węgrzy, którzy wciąż są uważani za prymusów. - Mają sprawną administrację, są dobrze przygotowani - oceniają zgodnie polscy i unijni dyplomaci. Na szczęście kraje piętnastki zdają sobie sprawę, że o Polskę warto zabiegać. Francuskie delegacje specjalnie przyjeżdżają do Warszawy namawiać naszych polityków na poparcie wspólnej polityki obronnej unii. W przygotowanym przez brytyjskie Ministerstwo Transportu i Energii opracowaniu dla biznesmenów Polskę oceniono jako przykład "jednej z najlepszych transformacji ekonomicznych ostatniej dekady, osiągniętych dzięki konsekwentnej polityce ekonomicznej". W unijnej prasie nie mamy jednak aż tak dobrej opinii. Zmęczony polski koń, a za nim samotny rolnik - to wciąż najczęściej pojawiająca się ilustracja do tekstów o naszej wsi. Nawet tych korzystnych dla Polski. Niestety, nie ma prostej metody na przełamanie stereotypów i wywalczenie lepszego traktowania. Receptę łatwo sformułować, ale najtrudniej ją zrealizować: im bogatszym będziemy krajem, tym większy będziemy budzić szacunek. 


Więcej możesz przeczytać w 42/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0