Skowyt wygnańca

Skowyt wygnańca

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rodzimy rynek literacki zalewają żale emigrantów
Kilka ostatnich sezonów w rodzimej literaturze obfitowało w książki emigrantów wracających do ojczyzny i żalących się na swój tułaczy los. Obraz młodej emigracji polskiej lat 80. jest smętny i szyderczy nawet wówczas, gdy bohaterowie studiują na wyrafinowanych kierunkach lub bawią się w erotyczne wyuzdanie. Najbardziej przegrani są ci, którzy liczyli na zdobycie szmalu.
Wychowani w kulcie XIX-wiecznej Wielkiej Emigracji, z trudem przyswajamy powieści degradujące mit wspaniałej ojczyzny, trwającej niezłomnie na obcych ziemiach. XX-wieczna emigracja cieszyła się jeszcze prestiżem w epoce totalitaryzmu i targów państwami w Jałcie. Najmłodsze pokolenia w porównaniu z poprzednimi są po prostu dziećmi, które poszły w świat, bo miały dość życia w szarości, nudzie i strachu przed zagrożeniem. Poszły w świat, żeby posmakować wolności, pobawić się i zarobić. Losy ojców i ojczyzny już nie były ich głównym problemem. Nowocześni mieszkańcy globalnego świata mieli się otworzyć na innych, na różne style życia, przyjemną i dobrze płatną pracę.
Zastali jednak świat z zupełnie innej bajki. Mieszkali w piwnicach, ruderach, zatłoczonych pokoikach. Pracowali dorywczo, nieraz w szkodliwych warunkach, jedli byle co, pili bez umiaru. Powoli dochodzili do wniosku, że emigracja zamienia ludzi w zwierzęta. Myśleli o powrocie, ale nie mieli z czym ani za co. Rodacy, którzy nie wyjechali z kraju, wprowadzili za nich takie przemiany, że dom okazał się ciekawszy niż świat. Takie obrazy proponuje powieść polska końca wieku; Manueli Gretkowskiej "My zdies’ emigranty" (1995 r.), Edwarda Redlińskiego "Dolorado" (1985 r.) i "Szczuropolacy" (w drugiej wersji autor zmienił tytuł na "Szczurojorczyków"; 1997 r.), Jacka Kaczmarskiego "Autoportret z kanalią" (1994 r.), Janusza Rudnickiego "Można żyć" (1992 r.) oraz wydane w tym roku "Niskie łąki" Piotra Siemiona i "Fikcja" Daniela Karpińskiego.
Gretkowska, wydając debiutancką powieść, wierzyła w wyrafinowaną antropologiczną wiedzę, modną wówczas nie tylko na uczelniach, ale obecną także w paryskich kioskach, skrzynkach bukinistów, kawiarnianych rozmowach. Ambitna bohaterka pisze pracę seminaryjną "Postać Marii Magdaleny w gnozie judeochrześcijańskiej", uczy się języka hebrajskiego, chłonie wiedzę na temat wszelkich kultur. Upaja się paryskim życiem, chociaż stypendium ledwo wystarcza na skromne jedzenie i jeszcze skromniejsze mieszkanie. To intelektualne (a także zmysłowe) rozpasanie nie jest może najwyższej próby, ale pozwala mieć nadzieję na sukcesy w przyszłości. Była to jeszcze sielska wizja emigracji.
Czarna wyszła spod piór mężczyzn nie lubiących się łudzić, twardych i bez osłonek opisujących bezwzględną rzeczywistość. Mistrz tego gatunku, Edward Redliński, nie szczędził nam okrutnej prawdy. Obrzydliwością i grozą życia Polaków w Nowym Jorku wiało z każdego niemal zdania. Myśl o tym, że komuś mogło się naprawdę powieść w tym piekle, nie miała prawa przyjść czytelnikowi do głowy.
Konkluzja czytelników "Niskich łąk" Piotra Siemiona oraz "Fikcji" Daniela Karpińskiego jest tak samo smutna: nie da się wygrać w świecie, niezależnie od tego, o co się gra. Siemion naszkicował portret swojego pokolenia. Młodość rozpoczynali anarchizującym buntem w stylu Pomarańczowej Alternatywy, potem - wciąż jako niedouczone, nieodpowiedzialne dzieci - ruszyli w świat w poszukiwaniu pieniędzy i przygód. Wreszcie - rozczarowani i sfrustrowani - zaczęli wracać do odmienionej Polski, wierząc, że tym razem zrealizują swoje plany. Ameryka okazała się dla nich grobem wszelkich marzeń.
Kontrast beznadziejnego życia w Nowym Jorku i radosnego dnia w odmienionym Wrocławiu daje złudzenie optymistycznej odmiany losu. Nagle są pełni zapału, chęci do pracy, mają pomysły, plany, marzenia. Tworzą prywatną stację radiową, handlują czym się da, projektują telewizję kablową. Nareszcie, już dorośli, mogą i chcą urządzać swój kraj. Ta zbiorowa przemiana wydaje się cudem nad Odrą. Podczas wczesnowiosennego pikniku w ostatniej scenie powieści wszyscy wskakują do rzeki, zaśmiewając się "tak głośno jak jeszcze nigdy w życiu". Radość to czy autoironia?
Czemu Ameryka - także przez Siemiona, który ją dobrze poznał - przedstawiona została jako piekło Polaków? Dlaczego autor, który skończył w Nowym Jorku studia, jako prawnik dostał świetną posadę na Wall Street, kupił dom, nie uważał za stosowne wspomnieć w swej powieści, że losy Polaków mogą się układać różnie? Żeby choć na moment pojawił się ktoś, komu się udało... Niestety, same rozbitki. Czyżby stereotyp okazał się silniejszy niż doświadczenie?
Bohaterowie "Fikcji" Daniela Karpińskiego są emigrantami nie tyle z konieczności, ile z wyboru. Zmieniają miejsca pobytu, szukając tożsamości, licząc na intensywniejsze przeżycie sztuki, krajobrazu. Bardziej niż przeszłość interesuje ich przyszłość - tworzona, wyobrażana. Taka emigracja ma swoje uroki: pozwala trochę pożyć fikcją, którą w sztuce i życiu uwielbiają ponad wszystko.
Więcej możesz przeczytać w 43/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0